[W sieci] Lekcja asertywności w marokańskim wydaniu

Maroko nie daje o sobie zapomnieć. Staram się jak mogę wejść w tryb nauki, ale to wcale nie takie łatwe, kiedy za oknem pada, a kiedy tylko zamknę oczy, przypominam sobie marrakeszańskie słońce. Dlatego też kiedy Justyna z W Afryce zaproponowała mi udział w akcji „Listy w Afryce” i napisanie o moich przeżyciach z tego kontynentu, nie zastanawiałam się ani chwili. Pisałam już trochę o moich przejściach z taksówkarzami, „przewodnikami” i wszelkiej maści naciągaczami w pierwszym poście o Maroku, ale tym razem miałam szansę na spokojne przeanalizowanie tamtych emocji, niemalże dwa miesiące od powrotu z Afryki.

marrakesz3

Wysiadam z samolotu i od razu uderza mnie powiew gorącego powietrza. Jest koniec grudnia, pod pachą trzymam płaszcz, który potrzebny był mi jeszcze kilka godzin wcześniej. Kolejka do sprawdzania paszportu mało mnie dziwi, ale już obojętne podejście znudzonych do bólu strażników trochę tak. Staję jednak grzecznie w ogonku, starając się przygotować na wyjście z terminala i zderzenie z Afryką – w końcu to moja pierwsza wizyta na tym kontynencie. W głowie masa wyobrażeń i oczekiwań; w mojej pamięci tragiczne wiadomości i reportaże przeplatają się z magicznymi baśniami i opowieściami niczym nie z tej ziemi.

Czego nauczyłam się podczas tygodniowego pobytu w Maroku? Czy warto tam jechać, nawet mimo częściowo negatywnych wspomnień? – odpowiedzi na te pytania znajdziecie na W Afryce!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Komentarze

  1. Spotkanie się z inną obyczajowością i zasadami wymaga wspomnianej asertywności, bo turyści to zysk, więc robi się wiele, aby na nich zarobić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *