Warszawa na słodko-gorzko

Zazwyczaj kiedy chcę odpocząć od nauki, wsiadam do słynnego Oxford Tube, autobusu łączącego Oxford z Londynem i jadę do brytyjskiej stolicy. Nieraz, jak mam chwilkę na zaplanowanie innego wyjazdu, zdarzało mi się wyjechać na dzień czy to do Brystolu czy do Bath. Kiedy znajdę tanie loty, nosi mnie poza deszczową Anglię i dlatego w listopadzie wywiało mnie do Amsterdamu. Tym razem jednak wyszło inaczej. Poleciałam na weekend do Polski… i to nie do domu! Moi rodzice z psem siedzą w Szczecinie, siostra we Wrocławiu, a ja wymyśliłam sobie, że polecę do Warszawy, a potem pojadę do Krakowa. I przy okazji najem się polskiego chleba.

W ogóle skąd pomysł, żeby polecieć do Polski? Przecież mogłam wybrać się, i to pewnie taniej, na jakąś ciepłą wyspę i spędzić weekend spacerując bez potrzeby zawijania się w zimowy płaszcz. Otóż jakiś czas temu napisała do mnie organizatorka spotkania podróżniczek w Krakowie z zapytaniem czy nie chciałabym powiedzieć na forum co nie co o tym, jak być weganką w podróży i przy okazji nie umrzeć z głodu. Ponieważ Japonia nie jest raczej znana jako kraj przyjazny wegetarianom, nie zastanawiałam się ani chwili i tak oto, dosłownie w kilka sekund, zapominając na chwilę o esejach, egzaminach, testach i innych takich, podjęłam decyzję, że tak, owszem, przylecę na drugi koniec Europy, nawet jeśli tylko na dzień czy dwa, aby spędzić popołudnie w miłym gronie. A przy okazji pokazać ludziom, że bycie weganką jest naprawdę łatwe i przyjemne.

Zanim jednak wylądowałam w Krakowie, spędziłam półtora doby w Warszawie. Po całym dniu spędzonym na spacerowaniu po stolicy, napisałam kilka słów na temat moich mieszanych uczuć dotyczących pierwszych wrażeń z tego pobytu w Polsce i sprowokowałam niezłą dyskusję. Wiem, że niektórych zaboli krytyka ich ukochanego miasta czy kraju. (Mnie też to boli, naprawdę!). Ale widok tych wszystkich znudzonych i styranych twarzy bynajmniej nie nabuzował mnie pozytywną energią. A wręcz przeciwnie. Sama nie wiedziałam, co jest w życiu każdego mijanego przechodnia nie tak, że wygląda na zmęczonego życiem. Zero energii. Kompletny brak uśmiechu. Wyłączyć myślenie i do przodu. Jeszcze tylko kilka godzin do domu. Do kolacji. Do łóżka. Tryb: robot.

Co drugi sklep na głównych ulicach jak np. Marszałkowska zabity deskami. A jeśli już działa to będzie w 90% bank. Albo lumpeks tudzież sex shop. Nieczynna księgarnia Traffic Club w samym sercu Warszawy straszy pustkami. Wchodzę do środka i uderza mnie kontrast – w jednym kącie sprzedawane są luksusowe herbaty za 50 zł za 20 torebek, a w drugim można dostać trochę książek. Jednakże w głębi straszy pustka wysoka na kilka pięter. Tam gdzie kiedyś były książki, teraz… nie ma nic. Zaglądam do empiku, a tam wszystko tylko nie książki. Miski dla psa, foremki do pieczenia ciast, maskotki, czekolady, kapcie. Gdzieś z tyłu, niemalże na zapleczu trochę tomów na wyprzedaży. Pytam się o kilka tytułów, ale otrzymuję tylko szorstką odpowiedź: „trza zamówić z neta”. Czyli nawet w księgarni nie trzeba już mówić poprawną polszczyzną. Po co. Wymaga to za dużo wysiłku.

Zresztą jak mam to wszystko odbierać, jak na każdym kroku słyszę tylko narzekanie? Ton mojemu pobytowi w Warszawie nadaje zresztą już dosłownie kilka minut po wyjściu z lotniska taksówkarz, który dosłownie w momencie, kiedy zamknęłam za sobą drzwi, zaczął monolog pełen narzekania. Żeby to jeszcze było ot takie biadolenie. Ale nie. Polska rozkradana jest przez „grupę trzymającą władzę”, ludzie są siłą ciągnięci na wybory i pilnuje się ich, żeby głosowali na odpowiednich kandydatów, a miasto rozpada się, bo wszyscy oszukują na każdym kroku. Słucham tego jednym uchem, bo jest północ, a ja marzę jedynie o ciepłym łóżku.

– Można płacić kartą, prawda? – pytam tak dla pewności, bo na drzwiach przyklejony jest wielki informujący o tym plakat. Ale po przychodach z taksówkarzami w Maroku, wolę się upewnić, na czym stoję.

– No niby można, ale czy musi Pani kartą? Toż to takie oszustwo, bo potem ja muszę jeszcze odprowadzić kilka złoty od tej transakcji i wie Pani, potem zamiast tyle i tyle, to dostanę tylko tyle, a paliwo drogie, zresztą w ogóle z tym paliwem to tak, że oni tylko by kradli i oszukiwali, bo jak to żeby to tak drogo, wie Pani, no jak tak można, ja taki biedny taksówkarz, ale tak, ludzie zbyt leniwi, żeby wysiąść i wziąć gotówkę… – facet się rozkręca, więc pytam się go znowu, co z tą kartą.

– Nie no, można można, tak tak, no bo tak Pani to przynajmniej do centrum i taki porządny kursik, ale tak jak niektórzy hop siup i podjadą dwa metry a potem kilka złoty mi kartą chcą płacić, no chyba żarty.

Wyłączam się kompletnie. Przejeżdżamy przez centrum, więc rzucam komentarz, że trochę się zmieniło od mojego ostatniego pobytu, pootwierało sporo knajpek, które mam zamiar odwiedzić.

– W Śródmieściu? Knajpki? Jakie. No chyba że jakieś kebaby u tych no… Turków. Albo te no seksszopy i inne miejsca takie no wie Pani.. no dla nich… no dla, no tych lewych, no dla geji.

– Jeśli otwierają jakieś miejsca przyjazne gejom, to super! – odzywam się, ale czuję że wkroczyłam na niebezpieczny teren, więc ucinam rozmowę i czekam aż podjedziemy do hotelu.

Na szczęście kilka minut później wytaszczam się z torbą z auta (nie żeby mi kierowca z nią pomógł) i wchodzę do hotelu. Po kilku minutach formalności, wchodzę do pokoju, przebieram się w piżamę dosłownie w locie i padam na łóżko z wykończenia.

Następnego dnia zaplanowałam sobie głównie „wegański maraton” po knajpkach w Śródmieściu, które robią co mogą by nieco ożywić wszechogarniającą szarość (tak trzymać!) – część z nich to nowe, nieodwiedzone przeze mnie jeszcze miejsca, a w innych byłam wcześniej, ale chciałam do nich koniecznie wrócić. Zatem poniżej krótka rozpiska mojej trasy:
[circle_list]

Wybrałam się tam na śniadanie, zarówno w piątek, jak i w sobotę. Byłam tam raz czy dwa rok temu, ale postanowiłam wybrać się tam ponownie. Nie dość, że mają masę wegańskich opcji, otwierają się za samego rana, to jeszcze położeni są w samym centrum. I co najważniejsze – i jedzenie pyszne, i obsługa fajna. No nic dodać nic ująć. W piątek wcinam naleśniki z masłem orzechowym i bananem i zagryzam dopiero co wyjętym z piekarnika ciastem bananowym.

 

Natomiast w sobotę funduję sobie ucztę stulecia – wegańskie śniadanie w formie bufetu. Cała gama past do chleba (którego też było kilka typów do wyboru), sałatki, świeże warzywa. Do tego można zamówić ciepłą jaglankę bądź tofucznicę. Hitem jednak był „tort naleśnikowy” – gryczane naleśniki przekładane domowej roboty konfiturą żurawinową i masłem orzechowym.

warszawamysa6

Co z tego, że byłam już pełna po jaglance, granoli i kilku kromkach chleba. Zjadłam połowę „tortu”, bo był naprawdę niesamowity. Polecam to miejsce z całego serca!
[circle_list]

[/circle_list]
Nowe odkrycie, ale także dość nowe miejsce, którego nie było w ostatnie wakacje, kiedy byłam dzień czy dwa w stolicy. Totalnie pozytywnie zakręcona miejscówka z obsługą, która po prostu nakręca energią każdego, kto wejdzie do środka. Jamniczek to knajpka, gdzie można dostać wegańskie hot-dogi. Ale nie z byle jakiej sojowej parówki, tylko z kiełbaski robionej na miejscu z samych dobroci, takich jak strączki i warzywa. Nie mogłam się zdecydować, bo wybór był autentycznie spory, ale ostatecznie decyzja zapadła i kilkanaście minut później zajadałam się już sezonowym jamniczkiem, czyli Stefanem – z białej fasoli i majeranku, który smakował jak… żurek.

Do tego warzywka, pełnoziarnista buła, musztarda i majonez i można żyć. Wzięłam także ciasto na wynos, które planowałam zjeść od razu, ale nie dałam rady go w siebie zmieścić. Na pewno tam wrócę przy kolejnej wizycie w Warszawie!

W planach miałam także zajść na wegańskie gofry… ale nie do końca wyszło. Wybrałam się dzielnie na spacer przez Nowy Świat, spędziwszy po drodze z Jamniczka godzinę w mini księgarence wydawnictwa Czarne, skąd wyszłam z kilkoma książkami i płócienną torbą gratis. Wszystko pięknie – w brzuchu pyszne jedzenie, w torbie nowe książki, no żyć nie umierać. Idę sobie w stronę Nowego Światu, skąd jako tako miałam pojęcie jak trafić do polecanego na fejsbukowych łamach „Sklepu z goframi”. Weszłam na ich profil, patrzę – wegańskie gofry z wegańską bitą śmietaną. No po prostu muszę takiego zjeść!

Znalazłam miejsce bez większego problemu, wchodzę do środka i próbuję zamówić gofra.

– Nie ma. – pierwsze słowa, które słyszę po wejściu do środka.

– Ale… czego nie ma?

– Nie ma słodkich wegańskich gofrów. – odpowiada opryskliwie kobieta stojąca za ladą.

– Ale… jak to?

– Nie ma. Przyjdź kiedy indziej.

Lekko skonfundowana pytam się w takim razie, co jest dostępne.

– Wszystko, ale nie słodkie wegańskie gofry.

– Czyli nie ma wegańskich gofrów? – próbuję się upewnić – to co jest?

– Wszystko, ale nie wegańskie słodkie gofry.

Nie wiem czy to ja mówię w innym języku, czy ta pani, więc zadaję pytanie trochę inaczej:

– W takim razie, są dostępne jakieś wegańskie opcje?

– Tak, no są gofry – kobieta patrzy się na mnie jak na idiotkę, a ja na nią pewnie podobnie.

– Ale… – czuję, że mój mózg zaraz wybuchnie – mówiła pani, że nie ma gofrów wegańskich.

– No nie ma! – kobieta prawie na mnie krzyczy – Nie ma słodkich gofrów.

– NO TO CZY SĄ JAKIEŚ NIESŁODKIE??? – próbuję się kontrolować, ale mam ochotę krzyczeć.

– No tak, mówię przecież, że wszystko jest tylko nie słodkie wegańskie gofry.

Autentycznie poddałam się. Patrzę na menu, a tam faktycznie, kilka pozycji „na słono”.

– To ja w takim razie poproszę tego słonego gofra, ale z owocami.

– Tak się nie da.

– No najwyżej będzie smakował dziwnie, trudno, po prostu chcę takiego gofra, wegańskiego, z wege bitą śmietaną, no wymarzyłam go sobie! – mówię niemalże szeptem, cedząc ostatnie kilka słów i starając się zachować spokój, niczym mnich zen.

– Nie no tak się nie da, a słodkich nie ma, więc nie ma i już, po prostu nie ma, no proszę przyjść kiedyś indziej –słyszę. Jeszcze tylko brakowało tupania, więc obracam się na pięcie i wychodzę. No cóż. Właśnie stracili klienta.

Zastanawiam się nieraz, jak te wszystkie hipsterskie miejscówki działają, jak mają taką obsługę. Jak to mówi mój tata: „przyłóż do rany i gangrena murowana”. Nie udało się z goframi, no trudno, mimo że miałam na nie ogromnego smaka. Stwierdziłam, że zjem w takim razie ciasto z Jamniczka i przy okazji kupię po drodze jakąś kawę. No i znowu się okazało, że sobie wymyślam.

Zamawiam w kawiarni kawę, a obsługujący pan się przejmuje nie tym, jak ją zrobić tudzież tym, żeby się mnie spytać, jak mi minął dzień. Bo w menu jest americano, ale nie z lodem, no i narobiłam mu kłopotu.

– No ale, proszę pani, no jak mam to nabić? – pyta się mnie barista. No jasne, przyjechała taka z Anglii i kombinuje.

W kawiarni pustki. W Londynie o tej porze trudno znaleźć jakikolwiek stolik. Ludzie siedzą, dyskutują, uczą się, czytają książki. Robią coś. Planują. Kształcą się. W Warszawie? Pusto, a jak już słyszę jakąś rozmowę, to jest to albo narzekanie na rząd albo obgadywanie kogoś. Ludzie, ogarnijcie się z tego marazmu!

Po kilku minutach dostaję łaskawie kawę, mimo że muszę tłumaczyć jak ją zrobić, bo w menu nie ma americano na zimno, więc po co się zastanowić. Espresso, lód i woda? Zbyt skomplikowane. Po co myśleć, po co wychodzić poza ramki tego, co trzeba. Czuję się jak bohater „Dnia Świra”, prowadząc dialogi z takimi samymi Polakami, jak ja. A może innymi? Może to coś ze mną jest nie tak?

Siedzę w kawiarni, a obok mnie, niemalże jak anonimowe pasażerki w pociągu, które napotyka Miauczyński, dwie dziewczyny w podobnym do mnie wieku:

– W nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie chodzę, chodzę.
– I ja, i ja!
– A w nocy sobie śpię, śpię, śpię.
– Ja też, ja też!
– A w dzień sobie chodzę, chodzę.
– I ja, i ja!
– No, śniadanie jem, jem, jem.
– Tak? Tak?

Próbuję przygotować prezentację na następny dzień, ale nie mogę się skupić. W całej kawiarni siedzę jedynie ja i te dwie dziewczyny. A ich gadanie i to na pełen regulator, tak jakby niesamowicie mnie interesował fakt, że na przecenie w jakimś tam sklepie kupiła paczkę z trzema parami majtek w cenie dwóch. Chyba że powinno mnie to fascynować? No ale buntuję się, tak jak mam już we krwi, to ciągłe pchanie się pod prąd, biorę resztkę kawy na wynos, pakuję do torby laptopa i idę przed siebie. Wychodząc, starym nawykiem, rzucam „do widzenia i miłego wieczoru”, ale odpowiada mi tylko dwójka ślepi, jakby ktoś rzucał na mnie klątwę. Ale nieważne – myślę sobie – liczy się to, że ja jestem szczęśliwa. Albo przynajmniej, że próbuję. I że są w tym mieście fajni ludzie, nawet jeśli trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać.

W drodze powrotnej zahaczam o kilka sklepów polskich marek odzieżowych i mimo że podoba mi się zarówno wystrój, jak i atmosfera, nic nie trafia w mój gust. Naprawdę nie wiem, dlaczego w Polsce tyle marek postanowiło produkować wszystko z dresu. Ale pewnie nie znam się zbytnio na modzie… Zresztą, nawet jak już coś mi się ostatnio podoba, to stwierdzam, że po co mi to, przecież planuję najbliższą przyszłość spędzić w podróży.

Kupuję jedzenie w Groolach na wynos (tutaj też obsługa wyjątkowo sympatyczna i cierpliwie pokazuje mi wegańskie opcje) i wracam do hotelu z pieczonymi ziemniakami pod hummusową kołdrą i ciastem, które noszę ze sobą od kilku godzin. A tam, zamiast delektować się jedzeniem i kompletnie zrelaksować, bierze mnie na przemyślenia.

Chcę wierzyć, że Warszawa zapadła w zbiorową hibernację spowodowaną beznadziejną pogodą. Ale tutaj nawet żebracy już się poddali. Nie słychać nawet płaczu dzieci, nawoływania ze sklepów. Wieczne czekanie. Ale na co? Nie chcę, po prostu nie chcę dopuścić myśli, że to z „Dniem świra” kojarzy mi się mój kraj.

Nikt i nic mnie już nie czeka! Nie widzę przed sobą przyszłości! Jestem w proszku! W rozsypce! Wypalony! Rozmontowany! Śmiertelnie zmęczony, chociaż niczego w życiu nie dokonałem! Muszę przystanąć w biegu, chociaż nigdzie nie dobiegłem. I odpocząć! Odpocząć za wszelką cenę!

Po wieczorze spędzonym na oglądaniu kabaretów Abelarda Gizy, zajadając się wegańskim ciastem, zasypiam pełna rozterek. Zanim następnego ranka wybiorę się do Mysy na śniadaniowy bufet, a potem na pociąg, wymeldowywuję się z hotelu. Robiłam to już tyle razy w swoim życiu, ale widać, zawsze jest na wszystko pierwszy raz.

Kobieta podaje mi cenę i prosi o kartę. Ja dodaję, że wzięłam jeszcze dwa razy wodę z minibarku i żeby doliczyła do rachunku. Ona w tym momencie patrzy się na mnie jak na skończoną kretynkę.

– Eee, nieważne – odpowiada i klepie dalej w klawiaturę.

Wkładam kartę do terminala, wyświetla się kwota i widzę, że nie naliczyła tych dwóch nieszczęsnych butelek. Nie chce mi się z nią kłócić i upominać, ale czuję się trochę niefajnie. Wieczne kombinowanie, jakby tu coś uszczknąć, jakby okraść szefa. Wiedziałam przecież, że ta woda będzie mnie kosztować kilka złotych, ale wolałam sięgnąć po nią niż iść szukać czegoś do picia w środku nocy. Liczę sobie w głowie, ile straci hotel, gdyby ta kobieta odpuściła każdemu a tu jedną, a tu dwie butelki. W ciągu dnia będzie to kilkaset złotych! No ale to nie jej pieniądze, to po co się tym przejmować. I chciej potem założyć swój biznes i zatrudnić kogoś do swojej firmy.

Zabieram rachunek, a kobieta wpatruje się we mnie wzrokiem pełnym politowania. Na kącikach jej ust rysuje się lekceważący uśmieszek. Nie wiem czy oczekuje ode mnie podziękowań za bycie „taką fajną”, ale ja zatopiona jestem już w swoich przemyśleniach. Wychodzę na zewnątrz i lawirując pośród wyprowadzających swoje psy ludzi, którzy bynajmniej nie mają w planach po swoich ulubieńcach sprzątać, idę do Mysy, gdzie wiem, że w ciągu godziny czy dwóch naładuję swoje baterie i poobcuję z Warszawą taką, jaką sobie ją wyobrażam, będąc z dala od Polski.

Czasem myślę sobie, że fajnie byłoby do Polski wrócić i w niej zamieszkać. Wracam jednak do kraju i po kilku godzinach mam dość. Nie chcę skakać od wysepki do wysepki pozytywnej energii, bojąc się wyjścia na ulicę, w obawie, że i ja niedługo zacznę narzekać na wszystko i wszystkich. Ale może nie powinnam oczekiwać, że całe miasto zmieni się w istny raj i po prostu cieszyć tymi miejscami, gdzie przebywają młodzi i starają się zrobić coś fajnego? Nawet jeśli muszę minąć cały szereg banków, przecisnąć się przez szary tłum, aby do nich trafić?

Po jakimś czasie dochodzi do mnie jednak, że nie zmienię całego narodu. Jedyne co mogę zrobić, to upewnić się, że nie wpadnę w sidła szarej codzienności i nie będę kroczyć niczym zombie po ulicach. Podejmę ryzyko. Spróbuję być szczęśliwa. Będę emanować pozytywną energię na tyle, na ile dam radę. Przełamię swój strach. Będę mniej krytykować. Popracuję nad swoją wyrozumiałością. Na każdym kroku postaram się czynić wbrew słynnej „Modlitwie Polaka” z „Dnia Świra”. Nawet jeśli będę z dala od Polski. Nawet jeśli nigdy nie wrócę do niej na stałe. Wiem, że prędzej czy później będąc na drugim końcu świata, będę za nią tęsknić. Dlatego jeśli mieszkacie w Polsce, postarajcie się uśmiechnąć, nie dajcie się wciągnąć w epidemię marazmu. Niech ludzie, którzy przyjeżdżają do nas z wizytą, nie odbierają nas jako armii gburów. Już niedługo wiosna, więc a nuż nawet na polskich ulicach pojawi się więcej uśmiechów. A wysepek pozytywności będzie coraz więcej.

Warszawo, do zobaczenia latem – mam nadzieję, że zrzucisz z siebie ten marazm i poznamy się od lepszej strony!

Categories Jedzenie
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

17 comments on “Warszawa na słodko-gorzko

  1. To co mnie irytuje, to te narzekanie. Po nawet kilkudniowym pobycie zagranicą i powrocie do kraju, to rzuca się w oczy. Co do historii z taksówką, to ostatnio miałem również taką „rozmowę” w taksówce- w drodze do opery na musical. Pan zapytał a ile taki bilet, ja na to, że 80 zł. A panie, a kogo na to stać, kto panu kupił ten bilet ? Ja na to, że jak to ? Sam sobie kupiłem. A panie, to nie każdego stać, żeby takie bilety były po 40 to i to już wystarczająco i ludzi dużo by było. Ja muszę cały dzień jeździć żeby 80 zł a tu proszę. Przyznam, że zaczynało mi się robić nieswojo. Nie, nie z tego powodu, że np. zaczęło mi się robić tego taksówkarza szkoda. Powiedziałem tylko, że nawet jak są bilety po 80 czy 150 to ludzi zazwyczaj jest pełno. A z moich przemyśleń to raczej nie chodzi się codziennie ani też co tydzień do takich miejsc więc bez przesady.I co najważniejsze. Kiedyś spotykałem się z wyrzutami, że jeżdżę, podróżuję itp. a ten ktoś inny nie. No to przepraszam bardzo, czy jeżeli ktoś nie chce jeździć lub w końcu rzeczywiście nie ma za co, to ja mam też nie jeździć ?! I tak samo w tym przypadku. Mam nie chodzić do opery, bo dla innych jest za drogo. Ah szkoda gadać. Przepraszam, że się tak rozpisałem i być może nie wszystko będzie zrozumiałe, choć mam nadzieje, że jednak będzie 🙂

    • Karolina

      Uwielbiam długie komentarze, więc proszę mi tu nie przeszkadzać i nie marudzić 😛 Ja w Polsce nieraz boję się odezwać, bo zawsze zostanie to jakoś skomentowane. Bo zjadłam na mieście, kupiłam książkę, poszłam do teatru, pojechałam na wakacje. Nie będę sobie odmawiać tych rzeczy tylko dlatego, że ktoś tam nie może sobie na nie pozwolić. Wiem, że mam spore szczęście, że mogę podróżować i staram się tym cieszyć, a nie siedzieć i zastanawiać „no pojechałabym, ale co pomyśli o tym sąsiad X”…
      Najbardziej rozbrajają mnie jednak takie komentarze od moich znajomych, którzy wcale nie narzekają na brak pieniędzy, ale wolą je wydać na coś innego. Idą na imprezy 2-3 razy w tygodniu, wydając kilkadziesiąt funtów za jednym zamachem, kupują sobie ubrania za jakieś krocie, których potem nie noszą, ale mi marudzą, jak to ja mam dobrze, bo byłam gdzieś tam na weekendowy wypad. No kurde, ale ja tam wolę pojechać sobie na trzy dni do Amsterdamu niż przepalić ze dwieście funtów w ciągu miesiąca 😛

  2. Cześć, mam pytanie: czy podróżujesz zazwyczaj sama czy raczej w towarzystwie przyjaciół, chłopaka? Ciągnie mnie gdzieś powłóczyć się po świecie, ale za bardzo nie mam towarzystwa.. Jak Ty masz? Pozdrawiam

    • Karolina

      W Japonii i Korei mieszkałam sama, więc w większość miejsc jeździłam w wersji solo. Nieraz zdarzyło mi się pojechać z poznaną w Japonii koleżanką, tudzież z rodziną, która przyjechała mnie odwiedzić. Teraz podróżuję także różnie – nieraz z chłopakiem, nieraz sama 🙂 Pozdrawiam!

  3. No właśnie. Ja też nie widzę powodu do rezygnacji tylko dlatego, że inni np. nie chcą iść do opery, teatru. Nie wspominając już o jakimś wyjeździe… .

  4. szklanewlokna - Marek

    Genialne zdjęcia i genialny wpis. Co do komentarzy to każdy decyduje jak chce żyć. Ja otaczam się ludźmi, którzy są ciekawi i interesujący, ale narzekać można wszędzie i na wszystko. Mam w planach pojechać w czerwcu do Wenecji (realizacja marzeń) a kumpel powiedział że nie warto bo tam śmierdzi…. Cóż, wszędzie znajdzie się wadę 😉

    • Karolina

      Wielkie dzięki za komentarz! Wróciłam niedawno z wielkanocnej wizyty w Polsce (tym razem ze Szczecina) i naprawdę przeraża mnie narzekanie ludzi, nawet moich rówieśników. Dlatego cieszę się, że są jeszcze w tym kraju ludzie pozytywni. A opiniami innych się nie przejmuj 🙂 I miłego pobytu w Wenecji, która także jest na mojej liście „must see” 🙂

  5. pequeninha

    Ach, te przygody z taksówkarzami, aż się czasem boję odezwać! Kiedy nie mam nastroju wmyślać się w ich narzekania, zdarza mi się udawać zagraniczniaka, zwłaszcza jeśli jestem z kimś. Wstyd się przyznać, ale…

    Mieszkam w Stanach i lubię mówić, że nastawienie Amerykanów jest dokładną odwrotnością Polaków: pierwsi są przekonani, że mieszkają w najlepszym kraju pod słońcem, drudzy, że w najgorszym. I jedno, i drugie przekonanie jest trochę irytujące, ale zdecydowanie o wiele lepiej wychodzi się na pozytywie! Czy to tak trudno się zorientować! Wiecznym narzekactwem i samemu sobie człowiek nastrój psuje, i światu.

    Wawa nadal wydaje mi się cudna, ale być może dlatego, że uciekam z Centrum i spędzam dużo czasu w okolicach byłego getta, do których mam sentyment. Tam czas się jakby zatrzymał, tam zawsze będę małą dziewczynką. Tylko gołębi już nie ma, ale może to lepiej. Pozdrawiam Cię ciepło 🙂

    • Karolina

      Mam do Stanów mieszane uczucia, lecz chciałabym tam przez jakiś czas pomieszkać i zarazić się trochę tym optymizmem. Z jednej strony to fajne, jak ci ludzie w sklepach rzucają co chwilę komplementy, ale jak przez cały dzień słuchałam, jaka to jestem wspaniała, jaki mój angielski jest genialny i w ogóle moje włosy i ubrania i torebka i buty i wszystko amazing i awesome, to po jakimś czasie zaczęło mi się robić od tego wszystkiego niedobrze 😛 Ale prawda – Polacy i Amerykanie są na dwóch biegunach w podejściu do życia, więc zarówno im przydałoby się trochę kontaktu z rzeczywistością, jak i nam optymizmu.

      Warszawy nie znam zbyt dobrze i podejrzewam, że są gdzieś tam fajne zakątki. Jednakże dla osoby, która przyjeżdża do stolicy, jej oblicze w centrum może nie wydać się przystępne. Kiedyś muszę spędzić w Warszawie więcej czasu i zajrzeć w uliczki z dala od centrum – może tam odkryję trochę tej warszawskiej magii, o której Warszawiacy wspominają.

      A gdzie w Stanach mieszkasz? 🙂

      • pequeninha

        Karo, a jakie ja mam mieszane uczucia względem Stanów! Niestety tak się złożyło, że od zawsze były w moim życiu, więc trochę się do nich przyzwyczaiłam. Co nie zmienia faktu, że gdy pierwszy raz pojechałam do Anglii, przeżyłam pewien szok. Pomyślałam: „Czyli za granicą człowiek niekoniecznie musi się czuć obco…” Do teraz płn. Anglia jest pełna moich ukochanych miejsc.

        Kultury są chyba trochę jak ludzie, niektórych bardzo lubimy niezależnie od wad, innych niekoniecznie mimo niesamowitych podobno zalet. Amerykańska dla mnie należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Zgrzyt noża po szkle!! Na szczęście Teksas, gdzie mieszkam, pełen jest kultury meksykańskiej, która jest mi o wiele bardziej bliska. Uciekam też w kultury prekolumbijskie: lubię ten nieco pokręcony świat indiańskich mitów i legend.

        A mieszkam w Houston, stolicy Teksasu, a raczej w małym osiedlu pod nią. Wokół same rafinerie i przemysł chemiczny. Brr. Miasteczko zdecydowanie robotnicze. Przynajmniej dzięki temu mogę sobie pooglądać, jak naprawdę wygląda American Dream. Czasem mnie to przygnębia, ale na szczęście często gdzieś wybywam 🙂 Uwielbiam San Antonio i Nowy Orlean.

        • Karolina

          Przyznam się bez bicia, że Ameryka Południowa to bodajże kontynent, o którym wiem najmniej. Niezwykle kręci mnie wizja poszwendania się po ruinach w Peru czy Meksyku, ale wypadałoby się kiedyś w tym zakresie podszkolić. Polecasz może jakąś książkę w klimacie „pokręconego świata indiańskich mitów i legend”, jak to pięknie ujęłaś? 🙂 Jakkolwiek moje serce zostało skradzione przez Azję, z chęcią poczytam coś NIE-azjatyckiego, jak skończę te przeklęte egzaminy.

          Słyszałam wiele dobrego o Teksasie. W Stanach byłam tylko raz i od razu zaliczyłam i Kalifornię i Nowy Jork, dlatego bardziej „liznęłam” USA niż je poznałam. Marzy mi się kiedyś jakiś porządny road trip, w końcu jakże inaczej zwiedzać kraj, który ma totalnego świra na punkcie samochodów? 🙂 Muszę kiedyś koniecznie zasmakować prawdziwie amerykańskich klimatów (ach te stereotypy!). Samochód wielkości autobusu, lurowata kawa, gofry w dinerze (tylko gdzie ja znajdę takie wegańskie? :D). Niezwykle podobał mi się Nowy Jork, mimo hałasu, tłoku i brudu. Spacerując po Manhattanie, miałam podobne uczucia, jak za każdym razem, kiedy jestem na dużym lotnisku. Ludzie z całego świata, istny tygiel kultur, języków, religii – niezwykle mnie to kręci i dodaje energii! Nie mogłabym jednak mieszkać długo w takiej metropolii – co uświadomiłam sobie po roku mieszkania w Tokio – ale kiedyś fajnie byłoby pomieszkać kilka miesięcy w NYC albo innym amerykańskim mieście.

          • pequeninha

            Bardzo Ci polecam „American Indian Myths and Legends” Erdoesa i Ortiza; baaaardzo fajny zbiór podań, uporządkowany z głową: idzie się w tym rozeznać. Z beletrystyki „natywnej” bardzo lubię współczesną pisarkę Louise Erdrich, jest z plemienia Ojibwe bodajże i pięknie pisze, jeśli lubisz realizm magiczny. Polecam „Love Medicine”. Z Mezoameryki niestety nie pomogę, bo nie mam przy sobie moich książek… pamiętam tylko przez mgłę „Meksyk przed konkwistą” Justyny Olko, dr naszego uniwersytetu i ogólnie bardzo ciekawą osobę. Jak mi się przypomni coś jeszcze, napiszę Ci tu albo na twitterze 🙂 Dzięki za follow przy okazji 🙂

            Ja właśnie jeżdżę samochodem wielkości małego busa 🙂 Jeśli znajdziesz kiedyś czas, ogarnij tag Teksaski Paszport na blogu, bo tam właśnie piszę o pickupach, dinerach, country etc. Przepraszam, nie lubię tak się bezczelnie promować, ale skoro już o tym rozmawiamy 🙂 A południową Americanę pięknie ujął Wong Kar Wai w „Blueberry Nights”… niektórym ten film wydawał się banalny, ale mnie kompletnie zauroczył. Gdy śmigam sobie po tych niekończących się autostradach, czuję się trochę jak w tym filmie 🙂

          • Karolina

            Nie przepraszaj, bo to nie bezczelna promocja 😀 Zresztą – zajrzałam na Twojego bloga już wczoraj i poszperałam sobie także w zakładce „Teksaski Paszport”. Uśmiałam się niesamowicie, czytając o Walmarcie. Wygląda na to, że trzeba faktycznie się tam wybrać i zasmakować tej innej, nieznanej mi jeszcze Ameryki.

            Wielkie dzięki za rekomendacje książek! Jestem molem książkowym odkąd pamiętam, więc już zapisałam sobie je na niekończącą się listę książek do przeczytania 🙂 Twittera aż tak często nie używam, ale chyba powinnam zacząć tam coś pisać 😛

            Trzymaj się ciepło!

  6. Pracuję koło Mesy i kiedyś tam jadałem. Ale wiesz, woda z fasolą i taką ilością przypraw żeby nie było czuć, ze to tylko woda z fasolą – nie jest warta wydania tylu pieniędzy, ile kazano mi wydać. Rozumiem, że to mają być wegańskie potrawy – ale niech chociaż ceny będą adekwatne do poziomu tych potraw. Pęczak z sosem z pieczarek mogę sobie zrobić w domu za grosze, nie za kilkanaście złotych. Tak wiem narzekam jak Polak – ale no właśnie…
    Wyobraź sobie taką sytuację. Masz dziecko. Wychowujesz je najmniejszym kosztem. Trzymasz w czterech ścianach i opowiadasz, że wszystko na zewnątrz jest złe i zepsute. Od czasu do czasu prowadzisz do dużej sali, w której może się ono bawić z innymi dziećmi wychowywanymi w taki sam sposób. Dziecko dorasta i nagle wszystko się zmienia. Wypuszczasz je z domu. Pokazujesz domy bogatych sąsiadów, pokazujesz wystawy sklepów, pokazujesz kolorowe zabawki, ale za każdym razem kiedy wyciągnie po to rączkę mówisz: „Drogie dziecko, to nie dla Ciebie. Ty jesteś brzydkie, szare, brudne, nie masz zainteresowań, nie masz pragnień, jesteś ciemnogrodem, lecz się ze swoich kompleksów i przepraszaj za wszystko co zrobiłeś”. Tak moja droga – takie słowa biją z polskiej prasy i polskiej telewizji. To jest właśnie Polska.
    Ma to minusy, które wykazałaś. My tutaj narzekamy i chodzimy jak struci. Ale wiesz, tak się składa, że trochę podróżuję i widzę jedną istotną przewagę jaką mamy na Londynem i całym tym wspaniałym Zachodem. My tutaj jesteś szczerzy. Nie udajemy (jak londyńczycy), że nasze miasto jest ładne (wybacz, ale po jednym dniu wizyty w Londynie, mam dosyć tego miasta) albo jak paryżanie, że nie mamy problemów z biedą i emigracją. Nie udajemy, że lubimy sąsiada, albo że podoba się nam to brzydactwo na placu Zbawiciela czy to drugie nazywane Świątynią Opatrzności Bożej. Nie udajemy bo nam się nie podoba. Wiesz, Andrzej Stasiuk, jeden z nas, napisał kiedyś :””Wracam zawsze tak samo głupi, jak ciemny wyjeżdżałem. Wszędzie stoją faceci na rogach ulic i czekają, aż coś się zdarzy, wszędzie siedzenia w pociągach mają dziury powypalane papierosami i ludzie po prostu spędzają czas i patrzą spokojnie, jak historia dociska gaz do dechy. Tracę czas i kasę. Równie dobrze mógłbym nie ruszać się z domu, bo to wszystko mam na miejscu” Iluzja jest fajna, ale prawda chyba jednak lepsza. Wasza krew jest tak samo czerwona jak nasza.

    • I jeszcze jedno. Takie z życia. Wracam z teatru, rozpoczynam rozmowę ze spotkaną starszą panią. Po dwóch zdaniach słyszę, że prezydent zdrajca, że sprzedali kraj, że złe czasy, że dawniej lepiej bywało. No powiedz mi co ja bym usłyszał w Londynie? Że jest super? Ale przecież nie jest. Że tu obok jest fajny klub? No i co z tego? Że ktoś tam napisał fajną książkę? Ale ta książka wcale nie jest fajna.
      Nie, nie wolę nóż w serce niż plecy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *