100. post, czyli czym jest dla mnie blogowanie

„Znajdź własną niszę“, „stwórz konkretny plan“, „uruchom machinę autopromocji“ – czytam niektóre ze wskazówek w ostatnim magazynie „Podróże“ i nie wiem czy się śmiać czy płakać. Niby sporo fajnych rad, ale patrząc na niektóre z nich, zaczynam się sama stresować, czy w jakimś stopniu także nie zaczynam tak postępować. Zgadzam się z całego serca z tym, że liczy się „jakość, nie ilość”, ale nie chcę spędzić kolejnych miesięcy czy lat, pisząc coś, bo zdobędę za to lajki albo wykreuję jakąś niszę. Nie daj Boże zachcę wyjechać gdzieś indziej niż Azja albo napisać o czymś innym niż zwykle – i totalny klops. Jedni się z blogowania śmieją, inni zazdroszczą, ale ja wiem jedno – prowadzenie bloga sporo w moim życiu zmieniło. I w pewien sposób trzymało mnie przy życiu. Zresztą nadal w chwilach, kiedy wątpię czasami we wszystko po kolei: w studia, w to co będę robić w przyszłości, wiem, że nadal chciałabym pisać.

Dzisiaj, w ramach 100. posta na „W krainie tajfunów” chciałabym opowiedzieć Wam, jak blogowanie o Azji i podróżach w ogóle zmieniło moje życie. Może zabrzmi to górnolotnie, może trudno w to uwierzyć, że jakiś kawałek Internetu, taki niby pamiętnik, niby dziennik miałby aż tak wpłynąć na to, kim jestem i czego chcę od życia. Nie będę rzucać oklepanych złotych myśli. Nie chcę porównywać się do innych, zamykać w pudełku jakiejś tam blogowej kategorii. Nie jestem oczywiście bez grzechu – snuję czasem wizję, co by było gdybym mogła z pisania o podróżach, na blogu czy też w innej formie, zacząć zarabiać na życie. Zanim jednak dam się ponieść fantazji, chciałabym się cofnąć w czasie i zobaczyć jak te ostatnie półtora roku i 99 wpisów wpłynęło przede wszystkim na mnie.

Pomysł prowadzenia bloga to zasługa moich rodziców, którzy martwili się, że przez różnicę czasu nie będą na bieżąco z moimi azjatyckimi przygodami. Na początku niezbyt mnie on przekonał, bo nie widziałam siebie jako osoby przelewającą swoją duszę nie dość, że na „papier” to jeszcze upubliczniającą to wszystkiego on-line. Kiedy jednak powoli dojrzewałam do tego, że raz na jakiś czas mogłabym co nie co napisać, pojawił się problem – trzeba by wymyślić nazwę. Uwierzcie mi, zajęło mi to ponad miesiąc. Do tej pory nie wiem czy jest ona całkowicie trafna, ale już się do niej przyzwyczaiłam na tyle, że nie dziwi mnie, jak ludzie zwracają się w komentarzach do mnie per „tajfunie”. Szczerze mówiąc to naprawdę miłe, że jakoś ta nazwa chwyciła, mimo że wybrałam ją trochę jako „najmniejsze zło”. Lepsze to niż sugestie niektórych moich znajomych a la „tęczowa karawana”… Na szczęście moja desperacja nigdy nie sięgnęła aż takiego poziomu i blog został ochrzczony jako „W krainie tajfunów”.

Początki były trudne. Od dawna nie pisałam dłuższych form po polsku, a tu nagle zostałam trochę zapędzona w kozi róg i obiecałam, że co najmniej raz w tygodniu coś napiszę. I przyznam szczerze, że na początku nie miałam pojęcia, o czym można pisać. Nie chciałam robić dziennika w stylu „zjadłam to i tamto”, bo chyba nie o to chodzi. Zatem powolutku, pomalutku, próbowałam znaleźć swój styl. Na początku szło to dość opornie. Niewielu z Was jest tutaj od pierwszego wpisu, ale uwierzcie mi, że siedząc na lotnisku Heathrow z pustym plikiem w Wordzie, wpadłam w niezłą panikę. No bo co mam napisać? Że się cholernie boję, co z tego całego wyjazdu wyjdzie? Że pewnie stresuję się nie mniej od moich bliskich? Że część mnie chce jechać, a część chce za wszelką cenę wrócić, nawet przed wejściem do samolotu? Że targają mną emocje, że już tęsknię, że chcę i nie chcę na raz? Że oczekuję od siebie tak wiele, a nie wiem czy temu podołam? Wiedziałam, że muszę być silna. Albo przynajmniej choć trochę udać. Lekko naciągnąć fakty, abym ani ja, ani czytający tego bloga ludzie nie stwierdzili, iż jestem słaba. Bo tego bałam się najbardziej – iż ktoś może pomyśleć, że nie jestem taką superwoman, jaką chciałabym być.

Z jednej strony marzyłam o mieszkaniu w Japonii, a z drugiej przerażała mnie wizja siedzenia tam samej. Zmęczona byłam moimi studiami, ciągłym ślęczeniem nad japońskim i zapominaniu o innych częściach świata; niby mnie nosiło, żeby zachłysnąć się Azją, ale w tym samym czasie chciałam także od niej uciec. W samolocie nie zmrużyłam oka, stresując się tym, co mnie czeka. Próbowałam wmówić sobie, że będzie wspaniale. Snułam plany, jak to zrobię to i tamto, pojadę tu i tam, w ogóle otoczę się samymi Japończykami, będę czytać same japońskie książki, słuchać japońskiej muzyki i wrócę z Japonii, mówiąc biegle po japońsku. I zamiast po prostu cieszyć się tym, że mam okazję mieszkać w Japonii, czego wielu ludzi nigdy nie doświadczy, nawet jeśli o tym marzą, ja, zanim postawiłam swoją stopę w Kraju Kwitnącej Wiśni, ułożyłam sobie w głowie plan, który z góry skazany był na porażkę. A ja, jak głupia, próbowałam wmówić sobie, że dam radę, „bo jak nie ja, to kto”. Powtarzałam sobie w głowie mantrę, którą słyszałam od rodziców, nauczycieli i znajomych. „Karolina, ze wszystkim sobie poradzisz”. „Nie znam silniejszej osoby od ciebie”. „Eee tam nie przejmuj się, będzie super”. Chciałam całą sobą w to uwierzyć, ale to nie było takie łatwe. Z czasem blog stał się tą częścią mojego życia, w której mogłam na chwilę zapomnieć o masie oczekiwań moich, ale także innych. Każdy czekał na wrażenia z końca świata, zdjęcia, opisy, przemyślenia. A ja, po przyjeździe do akademika, poryczałam się jak bóbr. Kryzys numer jeden zaliczony i to już pierwszego dnia. Uwierzcie mi, że gdyby nie fakt, że byłam wykończona podróżą i usnęłam w mgnieniu oka, nie zdjąwszy nawet butów, kusiłoby mnie żeby wrócić do Polski, schować się w domu i nie stawiać czoła moim demonom.

Nie było jednak takiej opcji. A jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy jest dotrzymywanie słowa. Obiecałam, że będę pisać. Wiedziałam, że moi rodzice stresują się i martwią wcale nie mniej ode mnie. A ja tak bardzo pragnęłam udowodnić im i sobie, że jestem sobie w stanie poradzić. Na początku, totalnie zmożona jetlagiem, nie miałam siły na żadne wycieczki. Próbowałam ogarnąć się w akademiku, zorientować co i jak z uniwersytetem i przyzwyczaić do japońskiego życia. Co kilka dni siadałam przy komputerze i starałam przypomnieć sobie, co mnie zaciekawiło. Co jest w Japonii na tyle fascynującego, żeby można było o tym opisać. I powolutku, powolutku, zapominałam o tym, że siedzę sama na drugim końcu świata, że mi smutno, że nie mam się do kogo przytulić. Zaczynałam pisać, a wszystkie problemy, stresy znikały gdzieś w tle. Każdy komentarz, nieważne czy na stronie czy w formie SMS-a czy maila dodawał otuchy. Uwierzycie, że byłam w kraju, o którym marzyłam niemalże od zawsze, a nie czułam się szczęśliwa?

Im więcej czytałam o Japonii nie na zajęcia, a dla siebie, bo potrzebowałam jakichś informacji do nowego posta, tym bardziej uświadamiałam sobie, że kocham ten kraj, mimo że trudną miłością. Że mam ochotę się nieraz popłakać, kiedy ludzie traktują mnie jako obcą i wytykają palcem, ale także rozpiera mnie energia, kiedy Japończycy chwalą mój japoński, pytają skąd jestem, dlaczego jestem w Japonii. Dzień po dniu, powoli, zaczęłam oswajać się z moim nowym życiem. Nie, nie udało mi się zrealizować nawet połowy planów, które snułam tak dzielnie w samolocie. Dużą część czasu poświęcałam na czytanie nie tylko po japońsku. Rozmawiałam także z nie-Japończykami w akademiku. I powiem wam, że gdyby nie to, pewnie zwariowałabym w ciągu kilku dni.

Nie było jednak tak, że po pierwszym kryzysie nastała światłość, a ja żyłam w Japonii przeszczęśliwa. Starałam się zbytnio nie uzewnętrzniać na blogu, nie pokazywać swoich zdjęć. Pisanie o sobie postrzegane jest często jako chwalenie się. A ja nie chciałam, żeby inni mieli błędne wrażenie, że mieszkam w raju i jeszcze na dodatek się tym perfidnie chwalę. Zwłaszcza, że momentami moje próby zgłębiania się w japoński tryb życia były bliższe piekłu. Wiecie, co sprawiło, że totalnie nie oszalałam? To, że prawie w każdy weekend zaczęłam gdzieś wyjeżdżać. Na początku nieśmiało zwiedzałam różne zakątki w Tokio. Potem pojechałam na Takao-san, do Kamakury, do Kawagoe – nadal w okolicach Kantō. Nie byłam pewna, czy sobie poradzę. Bałam się, że pojadę gdzieś daleko i skończy się to totalną klapą. Że totalnie się rozkleję, a potem zezłoszczę na swoją słabość jeszcze bardziej, bo kiedyś, dawno temu, wmówiłam sobie, że płacz to oznaka tego, że sobie nie radzę. Powód do wstydu. Bezsensowne marudzenie. Miałam być silną superwoman, a nie mazgajem, nieprawdaż? Zatem zamiast się zbuntować i pójść za głosem serca i zrezygnować z zajęć, które wysysały ze mnie resztki energii, chodziłam na nie, pogłębiając tylko swoje masochistyczne zapędy. Siedziałam tam, wiedząc że to bez sensu. Ale głupio by mi było wyjść, bo wiedziałam, iż mój uniwersytet za nie zapłacił, że moi rodzice myślą, że uczęszczam na zajęcia na japońskim uniwersytecie i że sama też chciałam móc kiedyś powiedzieć, że studiowałam w Japonii. Zagłuszyłam zatem totalnie to, czego pragnęłam gdzieś w głębi, zakopałam na samym dnie mojego serca ukryte marzenia i, niemalże jak robot, weszłam w rytm: śniadanie – kawa – uczelnia – powrót – sen. Jedynie w weekendy, kiedy nie musiałam nigdzie iść i ślęczeć na zajęciach, które były przeciwieństwem kreatywności, mogłam sobie pozwolić na uchylenie drzwiczek do tego zamkniętego sejfu pt. „marzenia”, otworzyć mapę i stwierdzić: „o, dzisiaj pojadę tutaj.”

Pamiętam, jak po dniu spędzonym na wycieczce, siadałam przy biurku i szkicowałam, co chciałabym napisać. Jak potrafiłam pogrążyć się w twórczym procesie, pisać, wykreślać, czytać o tym, co zobaczyłam. Próbować dowiedzieć się więcej o miejscu, zwyczajach, skąd, gdzie, dlaczego. Jak nurtowało mnie te pytania i chciałam zrozumieć więcej. Zalewała mnie uciszana chęć do nauki i poznawania Japonii i kiedy już dawałam się tej fali ponieść, pisałam od rana do nocy, edytowałam zdjęcia, czytałam legendy, historię, dane, wspomnienia… Aż nadchodził poniedziałek i znowu musiałam przyjąć postawę totalnego zobojętnienia. Bo inaczej pogrążyłabym się w rozpaczy.

Zaczęłam zatem żyć od weekendu do weekendu. W kalendarzu zaznaczałam kolorowym pisakiem daty świąt, planowałam wyjazdy na dłuższe przerwy. Powoli zaczęłam się wypuszczać dalej – wybrałam się między innymi na kilka dni do Kanazawy i wróciłam z tego wyjazdu o wiele szczęśliwsza. Spotkałam się z dobrą koleżanką z Polski, zjadłam masę dobrego jedzenia, a przede wszystkim spotkałam przesympatycznych ludzi, czy to w kawiarence, restauracji czy na przystanku. I uświadomiłam sobie, że to taką Japonię kocham, a nie stanie ściśniętym jak sardynka w metrze, chodzenie na nudne zajęcia, które nic nie wnoszą do mojego życia, a tylko mnie unieszczęśliwiają. Wpadłam jak śliwka w kompot – zdałam sobie sprawę z tego, że muszę podróżować, aby zupełnie nie oszaleć.

Pisanie o podróżach stało się istną terapią. Metodą radzenia sobie ze stresem, smutkiem i samotnością. Czytałam o jakiś zabytkach i w głowie pojawiała się myśl, że muszę tam kiedyś wrócić, bo nie zwróciłam na to i tamto uwagi, a to takie ciekawe. I kiedyś fajnie byłoby doczytać opowiadanie na temat tej historii po japońsku. Zobaczyć film, który nakręcono w tym mieście. Dowiedzieć się więcej, doznać więcej. Rodziło się we mnie to pragnienie, wstawałam coraz częściej z nadzieją, że będzie dobrze. I wtedy w mojej głowie, obok tego promyczka nadziei, pojawił się cholerny chwast, z którym walczę do tej pory. Próbując udowodnić sobie i innym, że jestem taka silna, iż potrafię robić po prostu wszystko – i chodzić na uniwersytet, pisać bloga, czytać książki, ćwiczyć regularnie na siłowni, zdrowo jeść. Perfekcjonizm stulecia. Nieważne, że od czasu do czasu miałam ochotę się poryczeć. Nie było czasu na rozczulanie się. Tryb robot albo tryb podróży. Wiedziałam, że nie udaje mi się doszlifowywanie japońskiego aż tak, jakbym tego chciała. Postanowiłam zatem, że będę „zdrowa”. Szczupła, piękna – bo, wydawało mi się, że chociaż to pokazałoby całemu światu, że jednak coś w tej Japonii osiągnęłam.

Zapisałam się na siłownię i każde zajęcia były okazją, żeby spędzić o godzinę mniej w moim pokoju sama na sama z myślami. Nie zadowalało mnie to jednak. Musiałam być lepsza. Obsesja, która tliła się we mnie nawet w Anglii, ale z którą jako tako sobie radziłam i potrafiłam racjonalizować niezdrowe myśli, w Japonii uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Nie dość, że dołowałam się, iż jedyne co potrafię, to uciekać, marzyć o miejscach, w których nigdy mnie nie było, zaczęłam nagle wątpić w samą siebie. Jakim cudem ktoś może myśleć, że jestem silna, jak tak naprawdę jestem takim pieprzonym słabeuszem? Jak mogę bezczelnie wszystkich okłamywać, przekonując, że wszystko jest wspaniale, kiedy w mojej głowie dzień po dniu, zaczęło się pojawiać coraz bardziej obsesyjnych myśli. Że nie jestem wystarczająco dobra. Mój japoński nie jest na odpowiednim poziomie. Powoli tracę kontrolę nad tym, co się dookoła mnie dzieje. Nie mam na nic wpływu. Muszę iść na zajęcia, to idę. Ledwo nacieszę się wolnością, mija kilka dni, i wracam do rutyny. Bałam się podjąć ryzyka, rzucić ten uniwersytet w cholerę i popodróżować po Japonii. Wyniosłabym z tego zapewne o wiele więcej. Zamiast tego mój mózg postanowił zamęczyć mnie chorą wizją perfekcjonizmu. No bo jak nie jesteś w stanie doprowadzić swojego ciała do takiego wyglądu, o jakim marzysz – to jak chcesz zapanować nad swoim życiem? Jeśli nie podejmiesz wysiłku, żeby być odpowiednio szczupła, jakim prawem ma Ci się udać cokolwiek sobie zamarzysz?

Początki takich myśli sięgają pierwszego roku studiów, kiedy potrafiłam spędzić całą noc, zakuwając słówka z rozpaczy, że a nuż któregoś z nich się nie nauczę i zawiodę – przede wszystkim moich rodziców. Że, ja, Karolina, ta, której zawsze wszystko wychodzi, nagle natrafiłam na ścianę. Jednak co dwa miesiące wracałam do domu, a z czasem poznałam także trochę Polaków w Oksfordzie, z którymi mogłam porozmawiać trochę na luzie, a trochę na poważnie i jako tako sobie z tym radziłam. Nieraz było lepiej, nieraz gorzej. Ale nigdy nie było tak, że marzyłam, aby być najchudszą wersją siebie. A jakoś, nie wiem nawet dlaczego, w Japonii część mnie chciała zniknąć. Wiele osób myśli, że takie myślenie to głupie dziewczęce mrzonki. Bo przecież taka szczupła, a marudzi o jakiejś fałdce. To nie jest takie proste. Tak samo, jak proste nie było duszenie w sobie tego, co sprawiało mi radość i robienie czegoś, bo „powinnam”.

Nadal jednak dotrzymywałam słowa i podczas swoich ucieczek od szarej codzienności, starałam cieszyć się życiem. Wtedy nie przejmowałam się tym, ile zjem. Czy na pewno nie za dużo. A może nieodpowiednio zdrowo? Co powinnam przyrządzić na kolację i jutro na śniadanie? A pojutrze? A na przekąskę? Zamiast czerpać z życia garściami, w mojej głowie roiły się takie myśli. Przechodziłam obok witryn i musiałam w każdą spojrzeć. Czy na pewno nie odstaje mi za bardzo brzuch? Czy przypadkiem nie wyglądam na za dużą? Komentarze Japonek, które jadały jajko i pół ziemniaka na lunch, że „ojej, ale dużo jesz, musisz być głodna” bynajmniej nie pomagały. Ale tu chodziło chyba o coś innego. Do tej pory staram się dojść do sedna tych myśli. Myśli, które zaczęły powolutku znikać, kiedy zaczęłam słuchać się serca i uświadomiłam sobie, że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Ani w nauce, ani w życiu osobistym. Ani na blogu. Że o mojej wartości nie świadczy ocena z testu kanji, czy to, co powie na mój temat profesor. Ani ilość lajków czy komentarzy. I kiedy myślałam, że podróże może mnie uratują, bo podczas nich potrafiłam się nie stresować, zachorowała nie tylko moja dusza. Moje ciało wysiadło. Było totalnie do kitu. Odmawiało posłuszeństwa na każdym kroku. A ja, nadal udając, że jestem superwoman, bałam się poprosić o pomoc.

Miewałam lepsze dni, ale także i gorsze. Były także dni bezproblemowe, z których większość była w podróży. Będąc w drodze, zwracałam uwagę na każdy szczegół, studiowałam mapy, szlifowałam moje posty, robiłam notatki, cykałam zdjęcia, pytałam się przewodników, rozmawiałam z ludźmi –powolutku wychodziłam poza swoją strefę komfortu i uczyłam się o Japonii, pisaniu, ale także o sobie. Poznałam kilka świetnych osób, spróbowałam masę nowego jedzenia – jedne z niewielu chwil, kiedy nie martwiłam się, ile to ma kalorii i czy na pewno nie za dużo. Zwracałam uwagę na teksturę, smak, temperaturę. Sposób podania. Dopytywałam się kelnerek o nazwy, o to jak jest ono przygotowane. Podziwiałam sprawność kucharzy. Patrzyłam na ludzi siorbiących makaron obok mnie i powtarzałam sobie, że będzie dobrze. Pisałam posta i zauważałam, powolutku, że życie może być fajne. Że powinnam bardziej zwracać uwagę na to, co się dzieje dookoła mnie. Że poradzę sobie ze wszystkim, krok po kroku, nawet jeśli będą to malutkie tip topki.

Po powrocie do rutyny, moje obsesyjne myśli wracały ze zdwojoną siłą. Kiedy starałam się napomknąć czy to rodzinie czy przyjaciołom o tym, co mnie męczy, nikt nie rozumiał o co tak naprawdę mi chodzi. „Ee tam, gadasz głupoty, spójrz jaka jesteś szczuplutka”. No bo przecież, musiałam sobie coś ubzdurać. Wymyśliłam sobie problem. Nie można przecież zbadać moich myśli, wymacać na mózgu, co jest z nim nie tak. Ale jak pokazać ludziom, że jednak wszystko nie jest w porządku? Jak w kraju, czy to w Japonii czy w Polsce, gdzie takie sprawy uznawane są za „głupie wymysły”, poprosić o pomoc, kiedy nawet nie potrafiłam wytłumaczyć, co mnie męczy? Czy to część charakteru, czy choroba, a może faktycznie, jakieś bzdury?

Do myśli dołączyło niebawem to, co lekarze nazywają mądrze „objawami psychosomatycznymi”. Po zjedzeniu większej ilości jedzenia, zaczynał mnie boleć brzuch. Na początku trochę, ale po kilku miesiącach w korporacji, doszłam do takiego etapu, że wracałam z niej prawie mdlejąc, bo nie mogłam wmusić w siebie nic od lunchu. Na który jadłam z reguły trochę warzyw i ryżu, bo cokolwiek ciężej strawnego doprowadzało moje wnętrzności do takiego bólu, że szprycowałam się nieźle lekami, żeby jakoś funkcjonować. Na szczęście w pracy, kiedy już skończyłam swoje obowiązki, nikt nie przejmował się zbytnio tym, co robię, więc pisałam. Jak szalona. I wtedy zapominałam o tym wszystkim, czułam, że może to ma sens. Że coraz więcej osób pisze do mnie z pytaniami na temat Japonii, że i ja się sporo o niej uczę, że ludzie polecają mojego bloga innym. Te kilka godzin dziennie byłam sobą. Silną Karoliną. To podczas siedzenia w moim korporacyjnym boksie, po kilku godzinach pracy, która nie miała jakiegokolwiek sensu, stworzyłam wiele z moich ulubionych postów. Jedyne, co mnie jakoś trzymało przy życiu to wizja, że ta beznadziejna robota była świetnie płatna i za te pieniądze nie dość, że mogę podróżować, to jeszcze odłożę sobie trochę na przyszłe wyprawy.

Kiedy nie miałam siły pisać albo nie miałam weny, czytałam jak najęta inne blogi podróżnicze, artykuły w Internecie – na stałe dodałam sobie nawet do zakładek Google Maps, żebym mogła sobie popatrzeć na mapę. Jakoś mnie to uspokajało. Mimo tego, że cierpiałam z bólu i nieraz jedyne co jadłam przez cały dzień to ryż i banany, bo wszystko inne sprawiało, że miałam ochotę strzelić sobie w łeb z bólu, planowanie podróży, oglądanie zdjęć, czytanie reportaży w formie e-booków na komputerze no i pisanie – sprawiało, że czułam, iż to ma sens. I że jakoś wynagrodzę sobie to cierpienie. Że będę mogła sobie pozwolić na realizację moich podróżniczych marzeń. Że nauczę się pisać, bo przecież praktyka czyni mistrza. Zatem do południa – tabelki w Excelu, po południu – wirtualne podróże. Planowanie kolejnych wypraw, wracanie myślami do poprzednich. Pisanie o japońskiej kulturze, poznawanie jej pod każdym kątem. Kto by pomyślał, że historia może być taka fascynująca? Albo architektura tradycyjnych świątyń? Filozofia? Sztuka? Okazało się, że więcej nauczyłam się podróżując i o tym pisząc, niż na uczelni czy w pracy.

Mimo pozytywnych przebłysków, było ze mną coraz gorzej. Zajeżdżałam swoje ciało i duszę, a nikt nie potrafił tego dostrzec. Poszłam do lekarza, a ten wysłał mnie na serię badań. Nie umiejąc do końca się dogadać po japońsku na tematy medyczne, próbując wytłumaczyć w obcym języku co mnie boli i kiedy. Badanie krwi jedno, drugie. Wszystko w porządku. USG? Perfekcyjne. Padła propozycja gastroskopii. Byłam przerażona. Ale zgodziłam się. Tak bardzo chciałam, żeby okazało się, że to jednak coś z moim ciałem jest nie tak. Pokazać, że o tu, tutaj, zobaczcie, tylko to wytniemy/zaleczymy i wszystko będzie w porządku. To nie moja wina. Nie jestem słaba, zobaczcie! Niestety, los nie był w tej kwestii łaskawy.

Siedząc w pociągu o szóstej nad ranem, wyobrażając sobie, jak ktoś wkłada mi rurkę do gardła, popłakałam się jak bóbr. Próbowałam ubrać w słowa to, co czuję, czekałam, aż rodzice, przyjaciele, ktokolwiek, pierwszy zasugeruje, że może wróć. Że nie musisz nikomu niczego udowadniać. Że jak nie chcę wracać, to może mogłabym zrobić coś, co mnie uszczęśliwia. Każda sugestia jednak, kończyła się reakcją a la „dasz radę!”, „głowa do góry”! A mnie wykańczało to noszenie głowy w górze. Uciekałam coraz bardziej w pisanie, chciałam pokazać rosnącej grupie czytelników, że za pomocą słów potrafię oddać moją trudną miłość do tego kraju. Okazało się jednak, iż nawet moc słów ma swoje limity. Sama, wystraszona, bez zrozumienia, snująca wizję o pisaniu i podróżowaniu, leżałam, trzęsąc się, na łóżku w gabinecie. Patrzyłam, jak lekarz wygina tę nieszczęsną rurkę, która za chwilę miała wylądować w moim gardle. Byłam głodna, niewyspana i wystraszona. I przede wszystkim sama. Modliłam się w duchu, żeby coś znaleźli i mnie wyleczyli. Żebym znowu poczuła, że jestem „wspaniałą córeczką”, a nie skończonym nieudacznikiem.

Musiałam wyglądać jak śmierć, bo pielęgniarka zamiast lekkiego znieczulenia, potraktowała mnie jakąś narkozą. Obudziłam się w fotelu, przykryta kocykiem i nie pamiętam nawet jak się tam znalazłam. Okazało się, że ze mną wszystko w porządku. Ale ja czułam, że tak nie jest. Wykończona, niewyspana, wychudzona, wyszłam na zewnątrz, kupiłam onigiri, usiadłam na krawężniku i zaczęłam się zastanawiać, czego od życia chcę. Kto by pomyślał, że pierwszą myślą w takiej chwili będzie mój blog? Że moim marzeniem, w stanie totalnej beznadziei, stanie się pisanie? Że zacznę snuć wizję tego, że podróżuję, uczę się o kulturze, historii, tradycji i o tym piszę. Iż próbuję zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Dotrzeć do sedna sprawy. Mimo że nie do końca udało mi się rozłożyć na części pierwszego tego, co ze mną było nie tak, chciałam pisać, pisać, pisać. Pokazać ludziom, że Japonia to nie tylko gejsze i sushi, ale także społeczeństwo, które potrafi z jednej strony ugościć, jak mało kto, a z drugiej – stłamsić, jeśli nie wpasowujesz się w sztywny zestaw reguł. To historia zarówno tragiczna dla Japończyków, np. Hiroszima, ale także historia brutalności, której doświadczyli mieszkańcy Korei czy Tajwanu w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Dyskryminacja cudzoziemców, ale także swoich – Ajnu bądź Okinawańczyków oraz tych, którzy dawno temu należeli do niższych kast. Piękne haiku na temat kwitnących wiśni a z drugiej strony książki opisujące śmierć, cierpienie i okrucieństwa.

Nie jadłam porządnie od kilku dni, ale pierwsze co wpadło mi do głowy, kiedy wróciłam do siebie to właśnie ten blog. Powolutku wybrałam się do jednego z moich ulubionych miejsc z jedzeniem – na wegański ramen. Każdy krok wydawał mi się katorgą. Byłam cieniem człowieka. Uświadomiłam sobie, że osiągnęłam dno. I że teraz może być lepiej. Że nie warto męczyć się w pracy, która mnie unieszczęśliwia. Po co mam mieszkać w Japonii w formie, która wysysa ze mnie resztki energii, jeśli mogę robić to, co lubię? Tak długo wytykałam sobie każde, nawet najmniejsze potknięcie, bałam się spojrzeć w lustro. Nie potrafiłam przyznać się ani przed sobą, ani przed innym do tego, że nie jestem taka silna. Przerażona byłam tym, że mogę kogoś zawieść. Wyobrażałam sobie niestworzone wizje tego, co o mnie myślą ludzie, zamiast zaufać bliskim i temu, że im na mnie zależy. Gubiłam się w labiryncie moich obsesji, tłumaczenia sobie obiektywnie, że to tylko obsesje, a następnie obsesji na temat tego, że mam obsesje.

Kilka dni później, zebrałam się w sobie i zwolniłam się z pracy, mimo że podpisałam umowę do czerwca. Postanowiłam pokazać moim rodzicom, którzy kilka miesięcy wcześniej zaplanowali odwiedzić mnie podczas złotego tygodnia, za co pokochałam Japonię, mimo tego że mieszkanie w niej okazało się próbą, jakiej nikomu nie życzę. Wpadłam w wir planowania wycieczek, zastanawiania się nad tym, co im pokazać, co fajnie by było żeby spróbowali. Sama, może nie aż tak rześkim krokiem, jak dawniej, spacerowałam po różnych zakątkach Tokio, starając się znaleźć miejsca, smaki i widoki, które pokazałyby, dlaczego ten kraj mnie fascynuje.

Przeglądałam posty, które napisałam do tej pory. Miejsca, których nigdy bym nie zobaczyła, gdyby nie to, że poznałam w Japonii kilka naprawdę fantastycznych osób. W Hiroszimie spałam u koleżanki, którą poznałam kilka tygodni wcześniej w kawiarni i to tam zjadłam bodajże najlepsze okonomiyaki na świecie. Na Shikoku pojechałam z R., która przychodziła na jedne z zajęć na uniwersytecie jako native speaker do pomocy w rozmówkach. Nocowałyśmy w Tokushimie u znajomego rodziny w klinice dentystycznej, który zaopiekował się nami, jakbyśmy były jego dziećmi. A przy okazji zabrał nas do kilku fajnych knajpek, które wspominam do dziś. Z nią także pojechałam do Sendai, zajadałam się zunda mochi i napełniałam swoje płuca słonym powietrzem w pobliskiej Matsushimie. Uświadomiłam sobie, że jedzenie nie jest moim wrogiem. Że to o nim myślę, kiedy wracam do podróży. Że mogę być szczęśliwa, ale tylko pod warunkiem, że będę robić to, co lubię. A nawet nie – to, co kocham.

Miewałam lepsze i gorsze dni. Pobyt w Japonii to mieszanka wspaniałych i totalnie beznadziejnych doświadczeń. Są posty lepsze i gorsze. Ale to dzięki niemu, dzięki tym ostatnim dziewięćdziesięciu dziewięciu postom, które po powrocie z Azji, były także o innych podróżach, dorosłam i dojrzałam. Jestem inną Karoliną niż byłam półtora roku temu, kiedy ryczałam wśród walizek w pustym pokoju w akademiku. Nie pozbyłam się do końca moich demonów, ale nie boję się prosić o pomoc. Nie boję się także o tym powiedzieć, mimo że dla wielu to temat tabu. A ja nie chcę ukrywać tego, przez co, w jakiejś tam formie, przechodzi wielu z nas. Niskie poczucie wartości, depresja, zaburzenia odżywania, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne – lista jest długa. Uświadomiłam sobie, ile z bliskich mi osób, próbuje udowodnić całemu światu, że wszystko w porządku, robiąc to, czego nie kochają, bo „tak trzeba”.

100. post. Setki tysięcy słów. Tysiące odwiedzin, z całego świata. Kilkadziesiąt komentarzy. A w tle tego wszystkiego ja, która dzięki pisaniu, dzięki Waszemu wsparciu, uwierzyłam, że potrafię. Bo po co marnować życie, na coś czego nie chcę robić? Kto by pomyślał, że to podróżowanie i pisanie o nim będzie czymś, co mnie uszczęśliwi? Do tej pory ludzie pytają się, co po tym Oksfordzie zrobię – polityka, biznes, a może dyplomacja? Jeszcze rok temu, zastanawiałabym się, którą z tych dróg wybrać. No bo przecież, „powinnam” zdecydować się na porządną karierę, czyż nie? Gówno prawda. Nic nie powinnam. Chcę. Chcę być szczęśliwa. Chcę poznać inne kultury. Posmakować innych dań. Nie przejmować się tym czy mam jedną fałdkę, dwie czy zero. Nie oceniać ludzi po tym, jak wyglądają, jaką mają pracę, wykształcenie, religię, poglądy polityczne. Starać cieszyć się każdym dniem.

Patrzę właśnie na pierwszy wpis i przypominam sobie dawną wersję siebie. Może dla niektórych blog to dobrze przemyślany plan marketingowy. Dla mnie jednak to coś o wiele więcej. Na nim opierałam się, kiedy nie miałam siły na nic innego. Słowa otuchy, często od nieznanych osób, sprawiały, że wstawałam rano i nie poddawałam się. Chciałam poznać Japonię od innej strony nie tylko dla siebie, ale także, aby pokazać jej prawdziwe oblicze innym.

Jadąc do Korei, byłam już silniejsza. Potrafiłam odpuścić zajęcia, kiedy widziałam, że nic nie wnoszą. Podróżowałam po kraju, w którym nie potrafiłam się porządnie dogadać i po raz pierwszy od miesięcy czułam się szczęśliwa. Zaczęłam konfrontować swoje demony, być bardziej otwarta na nowe doświadczenia, ale także na to, co czuję. A w międzyczasie czytałam coraz więcej reportaży i jeszcze więcej pisałam. Uświadomiłam sobie, że zarówno w Japonii, jak i Korei, ale także na całym świecie jest niezliczona ilość miejsc, które muszę odwiedzić. Nie – nic nie muszę – chcę. Chcę o nich pisać, przelewać moje uczucia i myśli na papier. Żeby to robić, nie mogę traktować ani mojego ciała, ani mojej duszy, jak worek do bicia. Nikt nie mówił, że podążanie swoją drogą będzie łatwe, ale nigdy nie przypuszczałam, że dojście do prostego wniosku, aby podążać za swym sercem, będzie tak cholernie trudne.

Nie chcę już zniknąć. Chcę być silna, aby móc podróżować. Do ostatnich dni. Zadeptać kawał świata. Wróciłam na siłownię, ale nie dlatego, żeby schudnąć, ale aby mieć siłę. W końcu plecak sam się nie poniesie. Każdy dzień bez obsesji świętuję uśmiechem od ucha do ucha. Nieraz jest lepiej, nieraz jest gorzej. Wiem, że czeka mnie długa droga. Ale ja lubię być w drodze. Zatem krok po kroku, powolutku, bez narzucania sobie całej listy wymagań, których żaden śmiertelnik nie jest w stanie spełnić, chcę iść do przodu. W obranym przez siebie kierunku.

To dzięki temu blogowi, temu niby pamiętnikowi, nie wpadłam w totalną rozpacz. To na łamach „W krainie tajfunów” dojrzewał nie tylko mój warsztat, wiedza o Japonii czy Korei, ale także ja – Karolina.

Tęsknię za Japonią, wiecie? Przed powrotem do Polski, poleciałam na kilka dni do Tokio i uświadomiłam sobie, że będę tam wracać. Że moje przeżycia, tysiące stron przeczytanych książek, setki godzin spędzone nad tworzeniem postów, obróbką zdjęć – to wszystko sprawiło, że związana jestem z tym miejscem na zawsze. Zaśmiałam się w duchu, przypominając sobie przestraszoną życiem Karolinę, i jej przemianę w tę Karolinę, którą jestem teraz.

Karolina – „blogerka podróżnicza”. No kto by pomyślał?

 

Categories Osobiste
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

12 comments on “100. post, czyli czym jest dla mnie blogowanie

  1. Gratuluję!
    To po pierwsze. Jesteś dzielna, bo sobie poradziłaś, bo potrafisz o porażkach i wychodzeniu z nich powiedzieć głośno. Bo Twoi Rodzice wiedzą, albo dowiedzą się, jak Ci było trudno.
    Bardzo się cieszę, że nie piszesz bloga dla lajków i statystyk. Tak jak Ty – i ja czasem marzę o utrzymywaniu się z pisania, o uczynieniu tego stylem życia, ale – nie podpiszę cyrografu by pisać to, co się podoba innym, a nie mnie. Mój blog jest mój, jest zagłębieniem się w moją chińską love&hate, jest historią wsiąkania w zupełnie inne miejsce, a nie produktem na sprzedaż.
    Dobrze, że obie w porę odkryłyśmy, co jest dla nas ważne. Obyśmy zawsze te ważne rzeczy potrafiły zauważać! 🙂
    Życzę następnych setek postów i dużo, dużo szczęścia 🙂

  2. Przepiękny tekst, który z chęcią przeczytałabym w Wysokich Obcasach! Brawo! Za szczerość, za odwagę, za to, ze możemy podróżować razem z Tobą! Pozdrawiam serdecznie. Tak trzymać! 🙂

  3. Cieszę się, że mogłam bardziej Cię poznać w tym poście i może dzięki temu lepiej zrozumieć. Uwielbiam Twoje wpisy. Nie zawsze mam czas, żeby czytać je na bieżąco, ale to co zgromadziłaś do tej pory to mnóstwo materiału do przeanalizowania i przestudiowania. Będę wracała do Twoich wcześniejszych wpisów, bo są ciągle aktualne. W tym roku wybieram się do Korei i Japonii (kiedyś to było tylko nieśmiałe marzenie). Trzymaj się ciepło Karolino i realizuj kolejne marzenia (po swojemu, bo nie musisz nikomu nic udowadniać). Dzięki, że mogę się od Ciebie uczyć.

  4. Bardzo prawdziwy post, taki z głębi. Nic nikomu nigdy nie musisz udowadniać.. A Twój blog jest świetnym miejscem! Powodzenia, Karolina!

  5. No to życzę ci kolejnych 100 postów, a potem 1000 i więcej 😀

  6. Piękny, osobisty wpis o dojrzewaniu jako kobieta, bloger ale też po prostu człowiek. Życzę Ci kolejnych wspaniałych wpisów dających siłę zarówno Tobie, jak i Twoim czytelnikom oraz wielu niezapomnianych podróży. Zadepcz ten świat swoimi krokami, dokładnie tak, jak planujesz!

  7. Karola, wzruszyłam się! I tak bardzo się z Tobą zgadzam 🙂 Chyba chciałabym się kiedyś spotkać na kawę, co Ty na to?

  8. Ja się nie mogę doczekać kolejnych wpisów 🙂 Widać jak ewoluują i jak ten nibydziennik zmienia się i po prostu żyje. Pozdrowionka!

  9. Bardzo fajny wpis!
    Trzymaj się dalej tak pozytywnie!

  10. pequeninha

    Oj! U mnie chyba ten setny post minął zupełnie niezauważenie. Znając swoje skłonności do obsesji, świadomie trochę olewam wszystkie cyferki na blogi, bo wiem, że gdy zacznę je analizować, stres przysłoni mi wszystko 🙂 Może napiszę coś z okazji pierwszej rocznicy 🙂

    Fajnie piszesz o przeżywaniu swojego pisania. Ono faktycznie pomaga wmyśleć się w to, co się dzieje; dzięki niemu jestem uważniejsza, bardziej skupiona. No i trzyma mnie w jednym kawałku w chwilach złych, których jak wiadomo nie brak za granicą. I… dzięki za opis przeżyć wagowych. Nie są mi obce, niestety, ale dzielnie przewracam je na grzbiet! Życzę Ci wielu pięknych chwil, które później można kreatywnie zabazgrać.

  11. Samantha N.

    Dziękuję za podzielenie się tymi wszystkimi przeżyciami! Naprawdę inspirujące i dodające otuchy słowa, szczególnie te o podążaniu za głosem swojego serca 🙂

  12. Bardzo inspirujący, ciekawy wpis. Muszę powiedzieć, że ja tą „słabą”, ryczącą w akademiku i zmuszająca się do uczęszczania na nudne zajęcia Karolinę bardzo podziwiam – za pracowitość, wytrwałość. Ja sama jestem leniwa i wygodniacka, jak mnie coś nie interesuję to nie jestem w stanie się na tyle skupić, żeby o tym czytać, a ludzie, którzy zawracają mi głowę tematami, pytaniami, które nie są dla mnie fajne momentalnie mnie irytują. Ubolewam nad tym, uważam za sporą przeszkodę w dążeniu do celu – czasami trzeba zacisnąć zęby dla „wyższej sprawy”, a ja tak nie potrafię. Jak nie jest fajnie, to nie chcę. A jakbym miała studiować w Japonii to bym na lotnisku się zrzygała ze strachu, zesrała w gacie i zemdlała, kolejność dowolna – także uważam, że jesteś bardzo silna, że tam poleciałaś 🙂 Punk widzenia zależy od punktu siedzenia, i myślę, że Ty tym bardziej zawsze byłaś silna skoro sam strach przed pobytem w Japonii, to że chciałaś uciec traktowałaś jako osobistą porażkę – dla mnie to by było coś oczywistego, koncentrowałabym się raczej na dojściu do samolotu, chociażby na czworakach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *