Mellah i garbarnie, czyli zapomniane zakątki Marrakeszu

Też tak czasami macie, że musicie odpocząć od czegoś, co kochacie? Kiedyś wydawało mi się, że Azja nigdy mi się nie znudzi. Odkąd pamiętam, pochłaniam hurtowo książki o Japonii, Korei i innych azjatyckich krajach, studiuję japonistykę z koreańskim, piszę bloga o Azji Wschodniej. Jednakże z nadchodzącymi egzaminami, które powoli zaczynają mnie przerażać, muszę od czasu do czasu wziąć oddech… i odpocząć od Azji. Obejrzeć jakiś serial. Poczytać książkę o całkowicie innej kulturze. Ostatnio jednak nie mam już siły czytać. Po całym dniu nauki moje oczy po prostu błagają o litość. Ciało nie ma siły uczyć się tyle, ile by można. Dlatego ostatnio przed snem, zaczynam marzyć. O przyszłych podróżach, wspominając też te już odbyte – zarówno niedawno, jak i te sprzed niemalże wieków, które zostały zakopane gdzieś w głębi mojej pamięci. Pomyślałam sobie zatem, że powoli, kawałek po kawałku, zakończę wspominanie jednej z najciekawszej wyprawy ostatnich lat – mojej pierwszej wizyty w Afryce, w Marrakeszu. Pisałam już o pięknych soukach, o pachnącej morskim wiatrem Essaouirze i ogólnie, o moich wrażeniach z kilku dni w Maroku. Nadszedł czas na zakończenie tego rozdziału. Nie tylko po to, abym mogła sobie wspomnienia z Maroka poukładać w głowie, przygotowując miejsce na kolejne podróżnicze marzenia, ale także, aby przypomnieć Wam, że nie tylko Azją człowiek żyje.

mellah21Po powrocie z Maroka, kilka osób pytało się mnie, co mi się najbardziej w Marrakeszu podobało. Owszem, jedzenie było pyszne, souki klimatyczne, ale mi w oko wpadła chyba najbardziej była dzielnica żydowska. Mellah. Nie umiem wytłumaczyć dokładnie, co sprawiło, że zarówno w Marrakeszu, jak i w Essouirze, to te dzielnice najbardziej przypadły mi do gustu. Może fakt, że toczyło się w nich normalne życie, z dala od turystycznego zgiełku? A może wynika to z mojej fascynacji ruinami, wspominaniem tego, co przeminęło i zapewne nigdy nie wróci? Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia.

Ale coś jest w zakurzonych uliczkach Mellah i w wiszących w powietrzu szeptach sprzed wieków. W miejscu, gdzie jedynie garstka ludzi zauważa coś więcej, niż to, co widać na pierwszy rzut oka. Balkonik w innym stylu, wytarta gwiazda Dawida, kafelki w innym kolorze. Nie przygotowałam żadnego planu zwiedzania. W przewodniku wypisano kilka miejsc, które warto zobaczyć, lecz ja chciałam dać się ponieść chwili. Nawet jeśli przez to (a może dzięki temu) nie trafiłam na ponoć bardzo dobrze zachowany cmentarz. Wylądowałam za to w ukrytej w małej uliczce nadal działającej synagodze i uciełam sobie długą pogawędkę z kobietą, która pełniła funkcje kuratora sztuki, ale także promotora kultury żydowskiej w Marrakeszu.

mellah11 mellah12

Lezama, bo tak się nazywa ta synagoga, nie jest jedyną żydowską świątynią w dzielnicy, lecz jedynie ona otwarta jest dla zwiedzających. Ponoć kilka pozostałych pełni funkcje bardziej prywatne dla małego grona żydowskiej diaspory. Po raz pierwszy synagoga powstała tutaj pod koniec XV wieku, konkretniej w 1492 roku. Zbudowana została przez uciekających przed hiszpańskimi inkwizytorami Żydów. Niestety, oryginalny budynek nie przetrwał różnych historycznych zawieruch. Ten, który możemy podziwiać dziś ma jedynie sto lat, ale i tak przypadł mi do gustu. Myślę, że przyczyniła się do tego kolorystyka – biel z granatem, jakże inna od piaskowych odcieni w Medinie. Białe poręcze balkoników, fontanna, niebieskie doniczki (pamiętacie ten bijący po oczach błękit z Ogrodów Majorelle?). No i ta cisza. Nie uwierzyłabym nigdy, że w środku dnia może być w Marrakeszu tak cicho!

mellah14
 mellah17

Niedługo po tym, jak rozsiadłam się na dziedzińcu z przewodnikiem w dłoni, starając się ułożyć, tak „na azymut“, trasę spaceru, rozbrzmiały głosy w języku, którego nie rozumiałam. Kuratorka, z którą chwilę temu rozmawiałam po angielsku, wstała niczym oparzona i zaczęła się kłaniać jednemu z mężczyzn, jakby właśnie spotkała na swojej drodze króla. Pewnie był jakimś żydowskim kapłanem – nie mam pojęcia – ale za nimi do środka weszła cała grupa Żydów, a ja poczułam się niczym intruz w czyimś domu. Otoczona ludźmi o poważnych i smutnych spojrzeniach, zatopionych w niezrozumiałej mi dyskusji, spakowałam książkę do torby i wyślizgnęłam się na gwarną uliczkę.

marrakesz_garbarnie2

Z każdym krokiem z dala od synagogi, rosło natężenie hałasu i czułam, że wracam do Marrakeszu. Bańka spokoju pękła. Próbując nie zginąć pod kołami jednego z wielu szalonych motorzystów, udało mi się jakoś dojść do miejsca, o którym słyszałam od właściciela mojego rijadu – dzielnicy garbarni. Miejsce piękne i szkaradne zarazem, w którym uświadomiłam sobie kilka rzeczy, nad którymi gdzieś tam w głębi zastanawiałam się od dawna.

Zapewne z wielu z Was nosi produkty skórzane, nieprawdaż? Ja też mam kilka par świetnych butów i torebek, bez których nie wyobrażam sobie życia. Większość przewodników i stron internetowych poleca z całego serca marokańskie skórzane wyroby. Fakt, wiele z nich wygląda pięknie – pewnie też sporo jest naprawdę dobrej jakości. Nie uświadamiałam sobie jednak wcześniej, jak okropna – do tego stopnia, że prawie zemdlałam, a nadal znajdowałam się dobre kilkanaście metrów od garbarni – jest obróbka skóry.

Nie jestem może najlepszym przykładem, bo kilka miesięcy przed wyjazdem do Marrakeszu przeszłam na weganizm, a wcześniej kilka lat temu byłam wegetarianką. Bez problemu udało mi się zrezygnować z produktów mięsnych w moim jedzeniu, ale nadal wahałam się, jak to będzie z całkowitym ich wyeliminowaniem. Miałam z „poprzedniego życia“ skórzane wyroby, które kojarzyły mi się jedynie z estetycznym wyrobem, pięknym prezentem. Szczerze mówiąc, krótki spacer po kilku uliczkach położonych na wschodzie Mediny poprzewracał moje spojrzenie na świat. I obiecałam sobie wtedy, że jeśli produkcja skóry wygląda tak, iż ludzie brodzą w jakiś obryzganych krwią kadziach, wypełnionych Bóg wie jakimi chemikaliami, ubrani od stóp do głowy w gumowe kombinezony, to nie będę brać w tym udziału.

marrakesz_garbarnie5Jednakże najgorszy był w tym wszystkim zapach. Nie jestem w stanie go opisać, lecz pachniało po prostu śmiercią. Gnijącym trupem. Cmentarzyskiem. Tysiące świeżych skór poukładanych na piekącym słońcu, ludzie zdrapujący z nich kawałki kości, ścięgna i inne niepotrzebne „brzydkie“ elementy. Odór palonego włosia. Walające się pod stopami kostki i kosteczki. Bliżej było temu wszystkiemu do „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną“ niż do romantycznej wizji artyzmu rzemieślnika.

marrakesz_garbarnie3

Co ciekawe, według marokańskich legend, garbarze to potomkowie demonów, skazani na taki okrutny los za niewykonanie rozkazów swojego władcy. Do dziś większość z nich używa technik żywcem wyjętych ze średniowiecza. Dawniej uważano ich za jednych z najniżej położonych w społecznej hierarchii – dlatego zamieszkiwali oni na obrzeżach Mediny.

marrakesz_garbarnie1 Jak to w Marrakeszu bywa, co chwilę zza rogu wyskakiwał ktoś ze sztucznym uśmiechem na twarzy, krzycząc „My friend“ i wciągając mnie niemalże siłą do buchającej niewyobrażalnym smrodem jamy. Tak, może z daleka ciągnące się w nieskończoność kadzie, w których obrabia się skórę wyglądają pięknie, ale uwierzcie mi – czar pryska, kiedy człowiek zbliży się, nawet na kilkanaście metrów. Cała dzielnica tonęła w istnym smogu – odorze rozkładających się ciał, wymieszanym z gryzącym oczy żrącym zapachem chemikaliów. Turystom, którzy skusili się na pomoc „przewodnika“, oferowano gałązki (a raczej całe bukiety) świeżej mięty, które trzymali przy twarzy, aby jakoś przeżyć wizytę w którejś z garbarni. Był początek stycznia, kilkanaście stopni – nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak musi śmierdzieć cała okolica w letnie upały.

marrakesz_garbarnie6

Na szczęście istnieją ponoć plany, aby zamknąć garbarnie, które nie dość, że są źródłem okropnego odoru, to jeszcze zanieczyszczają glebę i wodę w całej okolicy tak, że nie nadaje się do picia. Turyści zapuszczają się tam jedynie na chwilę – często trwa to dosłownie kilka minut, od wyjścia z taksówki do powrotu biegiem do auta – robią kilka zdjęć i uciekają, jak najdalej się da. Niestety, większość z nich doznaje zbiorowej amnezji i dzień później ląduje w soukach w poszukiwaniu skórzanych wyrobów. Podejrzewam, że sporo z nich wypiera z siebie obraz garbarni, jako zbyt traumatyczny, aby został w świadomości. Przecież opowieść o przypalanej sierści z niemalże jeszcze ciepłej skóry, zdrapanej niedawno z małego jagnięcia nie nadaje się do opowiadania przy świątecznym stole. No a pamiątki trzeba przywieźć – nieważne czy będą to skórzane babouches, torebki czy kurtki. Tak jakby ludzie specjalnie unikali połączenia tego okropnego smrodu z produktami sprzedawanymi kilka kilometrów dalej.marrakesz_garbarnie4

W soukach natrafiłam przypadkiem na mały dziedziniec, gdzie handlowano skórą, dopiero co przywiezioną z garbarni. Byłam tam chyba jedyną osobą spoza wtajemniczonego kręgu. Chciałam się od razu wycofać, ale patrzyłam niemalże zahipnotyzowana na ciągnące się do nieba góry świeżo wygarbowanej skóry. Przed oczyma stanął mi obraz tysięcy butów, torebek, breloczków czy kurtek. Chyba jedynie ja patrzyłam na góry rozpłaszczonych zwierząt, przeliczając sobie w pamięci, ile skór mieści się na jednym wozie. Setki. Tysiące. Na całym placu zapewne dziesiątki tysięcy. Turyści często mdleją, a nawet wymiotują, więc pokazuje się wielu z nich tylko te ładniejsze zakątki, skąd zdążono kilka minut wcześniej uprzątnąć kości i sierść, kawałki głowy, kopyta i inne części, które nie nadadzą się do produkcji pamiątek.

Żaden Marokańczyk o zdrowych zmysłach nie zapuszcza się w rejon Bab Debbagh. Nawet mieszkańcy zdawali się marzyć jedynie o ucieczce, która większości zapewne się nigdy nie uda. Totalnie rozbroił mnie widok przedszkola z widokiem na garbarnie, w których umorusane dzieci uczą się pewnie, że tak wygląda świat. Ich świat. Polega na duszeniu się od momentu urodzin do śmierci, spędzaniu całych dni wśród resztek zwierząt, moczeniu skór w różnych chemicznych roztworach, suszeniu ich na słońcu, w nadziei, że stracą swój szkaradny zapach śmierci. Ja tak nie chcę. Nie chcę brać w tym udziału. Nie chcę, żeby ktokolwiek musiał na tym świecie mieć taką pracę. (Nie wspominając już o losie biednych zwierząt…). To jedna z głównych lekcji, które wyniosłam z Marrakeszu i o której zapewne nigdy nie zapomnę.

Pobyt w Marrakeszu nauczył mnie zadziwiająco wiele. Podszkoliłam swoją asertywność, zobaczyłam jak wygląda życie poza „magią“ Maroka, o których czyta się w różnych artykułach i książkach. Pogodziłam się jakoś z tym, że świat faktycznie składa się z niesamowitych kontrastów. Obok baśniowego świata z „In Arabian Nights“ Tahir Shaha mamy historie mrożące krew w żyłach, takie jak „To oślepiające, nieobecne światło“ – oparta na faktach opowieść o tajnym więzieniu, autorstwa Takar Ben Jellouna. Tak samo w Marrakeszu, mamy piękne sklepiki w soukach, ciszę w Mellah czy pałac zamieszkany przez bociany, ale także biedę, garbarnie, przekręty i namolnych przewodników.

Owszem, można udać że ta druga strona medalu nie istnieje. Ale to tak jakby wmówić sobie, że możliwe jest zrozumienie istoty szczęścia bez odniesienia go do przebytego do tej pory cierpienia. Nic nie jest czarno-białe. Świat to odcienie szarości. I nawet nie wiecie jak bardzo chcę te wszystkie niuanse szarości poznać. Oby każda kolejna podróż nauczyła mnie tyle, co kilka dni w sercu Maroka. Niech da mi impuls do zmiany siebie – i świata – na lepsze.

 

 

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. pequeninha

    Wiem, że muszę koniecznie zobaczyć Maroko! Już od dawno chodzi za mną ten kraj 🙂 W dzieciństwie przeczytałam książkę Fatimy Mernissi o jej dzieciństwie w marokańskim haremie (rodzinnym, nie takim z zachodniej wyobraźni). Bardzo polecam, była naprawdę magiczna, czar trwa do dziś.

    Mówisz, że rozmawiałaś z panią kurator z żydowskiego zakątka. W jakim języku? Czy w Maroku trzeba koniecznie znać francuski albo arabski? Można się dogadać jakoś inaczej?

    • Karolina

      Rozmawiałam po angielsku, ale przydaje się choćby podstawowa znajomość francuskiego – np. do kupienia czegoś na bazarze, zamówienia taksówki, itp. Przyznam szczerze, że nie umiem francuskiego, ale sprawdziłam kilka podstawowych słówek, poprzekręcałam odpowiednio niektóre angielskie i jakoś dawałam radę 😀
      A książkę sobie zapiszę i kiedyś z pewnością po nią sięgnę. Marrakesz jest naprawdę wspaniałym miejscem – niestety ma także to ciemniejsze oblicze.

  2. Uwielbiam takie miejsca… idealnie nadaje się na ciekawe miejsce do fotografowania. Z jednej strony syf, kiła i mogiła a z drugiej piękne kolorowe zdobienia i szczególiki, które na zdjęciach wyglądają perfekcyjnie 😉

    • Karolina

      Też mam słabość do takich kontrastów 😛 A w takich miejscach lubię najbardziej to, że skłaniają mnie one do przemyśleń. Piękne, odpicowane turystyczne atrakcje też są fajne, ale nie oddają prawdziwego klimatu miejsca. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, a tam, jak to określiłeś, „syf, kiła i mogiła”, która też momentami ma w sobie coś pięknego, no i może bardziej prawdziwego 🙂 Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *