[Recenzja] Xinran Xue – Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia

Jestem molem książkowym odkąd pamiętam. Mimo braku czasu na cokolwiek innego, zawsze znajdę choćby kilkanaście minut dziennie na zanurzenie się w lekturze. Coraz więcej osób pyta mnie o książki związane z tematyką azjatycką, a mi się już od ich nadmiaru zaczyna powoli w głowie mieszać. Dlatego postanowiłam, że będę od czasu do czasu wrzucać recenzje książek, które wywarły na mnie spore wrażenie, abyście też mogli chwycić w wolnym czasie po książkę i dowiedzieć się czegoś nowego o świecie, nawet jeśli mowa o kulturze z drugiego końca świata.

Pierwszą książką, o której chciałabym napisać to „Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia” autorstwa Xinran Xue (薛欣然). To zbiór prawdziwych historii, zaczerpniętych z programu radiowego prowadzonego przez lata przez Xinran, w którym poruszała szeroką gamę tematów związanych z kobietami. A problematyka poruszona w książce uświadamia czytelnikowi, zwłaszcza w Europie czy w Stanach, jak niewiele wiemy o kulturze wschodnioazjatyckiej, głęboko zakorzenionej po dziś w konfucjanizmie. Kilka miesięcy temu pisałam o tym, jak wyglądało dawniej życie kobiet w Korei, które musiały podporządkować się w każdej sekundzie swojego życia skomplikowanym neokonfucjańskim zasadom. Mogłoby się wydawać, że przecież teraz jest XXI wiek, Chiny są drugą gospodarką świata, coraz więcej Chińczyków studiuje czy pracuje za granicą i że takie podejście to zamierzchła przeszłość. Niestety, dla zdecydowanej części Chinek niewiele się zmieniło. A można uznać, że jest i gorzej – zasady konfucjańskie okraszone komunistycznym okrucieństwem, zaowocowały tragedią milionów kobiet, od tych najbiedniejszych po te z elit.

xinranaglosyxinranaglosy1

Inspiracją do napisania książki i do zedytowania setek czy tysięcy historii było dla Xinran spotkanie turysty z „pierwszego świata”, który stwierdził w rozmowie z nią, że kobiety i mężczyźni są w Chinach równi. Po angielsku jest takie powiedzenie: „Ignorance is bliss” – „Ignorancja jest błogosławieństwem”. Każdy z nas coś tam słyszał o rewolucji kulturalnej, o chińskiej partii, o Chinach czy Azji w ogóle, ale ani nas o tym nie uczą w szkołach, ani mało kto zainteresowany jest zgłębianiem społecznych problemów. A szkoda, bo myślę że i my, wychowani niby w innej kulturze, moglibyśmy się sporo w taki sposób nauczyć.

Xinran przez lata została mistrzynią w manewrowaniu po całym morzu zasad, zakazów i nakazów chińskich mediów, które całkowicie podporządkowane są linii partii. Wykorzystała ona powolne „otwieranie się” chin za rządów Deng Xiaopinga, naginając, jak tylko możliwe, konwencje i cenzurę. Jej „Słowa na wieczornym wietrze” były według jej słów „miniaturowym oknem, maleńką szczeliną”, oferującym ludziom choć odrobinę wolności.

Na książkę składa się kilkanaście historii, każda bardziej tragiczna i rozrywająca serce od poprzedniej. Jestem pewna, że w zbiorku znalazły się te tylko najbardziej tragiczne, lecz nawet gdyby to były tylko pojedyncze przypadki, można by zacząć nienawidzić świata. A Xinran zastanawia się głośno, co warte jest życie kobiety w Chinach (a może nic?) i pokazuje, że dramat kobiet jest raczej normą, a nie wyjątkiem.

Od początku uderzyły mnie podobieństwa do tego, co sama w jakimś stopniu zaznałam w szkole. Xinran wini za sporo problemów damsko-męskich brak jakiejkolwiek edukacji seksualnej. Teraz przynajmniej mamy Internet, zresztą w Europie można sobie wyszukiwać online co się człowiekowi rzewnie podoba. Niestety kilkadziesiąt lat temu w Chinach, a nawet teraz w Internecie, który jest ściśle regulowany przez rząd, znalezienie informacji na takie tematy jest po prostu niemożliwe.
Taka ignorancja, a nawet okrutne zakazy podejmowania takich tematów pod groźbą więzienia czy tortur, sprawiły że co najmniej dwa pokolenia Chińczyków wychowały się w totalnym zagubieniu. Jak bardzo tragicznie może się to skończyć, możemy zobaczyć już w pierwszym rozdziale, o „dziewczynce, która hodowała muszkę”. Maltretowana fizycznie i psychicznie przez ojca od momentu pierwszej miesiączki, ostatecznie ląduje w szpitalu. Z czasem uświadamia sobie, że jedyną nadzieją na ucieczkę od molestowania będzie pogłębienie swojej choroby i pozostanie na oddziale. Nikt jej nie broni – wszyscy dookoła, włącznie z matką, udają że nie widzą problemu albo każą się jej podporządkować. Honxue, która nigdy nie zaznała czułości, postanawia zaopiekować się… muszką. Opisy ztraumatyzowanej dziewczynki, która w listach do przyjaciółki z oddziału opisuje niemalże matczyne uczucia do insekta, którego większość z nas najchętniej rozgniotłaby kapciem, łamią serce.

Kolejny opis to historia „osobistej sekretarki”, młodej studentki, która rezygnuje z miłości i czułości i oddaje swoje ciało dla pieniędzy. Świadoma, że nie znajdzie nigdy idealnej miłości, skupia się na zarabianiu pieniędzy – jedynej rzeczy, która nobilitowałaby ją w społeczeństwie. Wie, że jej kochankowie jej nie kochają. Mimo młodego wieku, zdaje sobie sprawę z tego, że „z punktu widzenia mężczyzny dobre kobiety nie istnieją”:

Mężczyzna pragnie kobiety, która będzie cnotliwą żoną, dobrą matką, i zrobi wszystko w domu, jak służąca. Poza domem powinna być atrakcyjna i wyedukowana, żeby przysparzać mu szacunku innych. W łóżku powinna być nimfomanką. Ponadto chińscy mężczyźni wymagają, by kobiety zarządzały ich finansami i dużo zarabiały, tak żeby sami mogli obracać się w towarzystwie bogatych i wpływowych. Nowoczesnego Chińczyka martwi zniesienie poligamii. Ten staruszek Gu Hongming z końca dynastii Qing powiadał: „Do jednego mężczyzny pasują cztery kobiety, tak jak do czajniczka pasują cztery czarki na herbatę”. A dzisiejsi mężczyźni chcą jeszcze jedną czarkę – pełną pieniędzy. Proszę mi powiedzieć, ile chińskich kobiet jest w stanie spełnić wszystkie te wymagania? Według tych kryteriów wszystkie kobiety są do niczego.

Oczywiście, takie cyniczne opisy nie odnoszą się do całego społeczeństwa. W książce są też opisy kochających się par, które zostały ukarane w trakcie rewolucji kulturalnej za bycie razem bez ślubu, za złe pochodzenie, nawet jeśli winą był fakt, że dziadek pracował w zagranicznej firmie. Książka pokazuje świat, gdzie nikt nikomu nie ufa, bo zawsze ktoś może na niego donieść. Nieważne czy to będzie żona, dziecko, kolega z pracy czy sąsiad.

Książka to nie tylko opis różnych mechanizmów okrucieństwa ze strony partii czy też głęboko zakorzenionych konfucjańskich zasad. To także rozpacz matek, sióstr, żon czy kochanek. Xinran przedstawia nam kobiety, z których siłą wykorzeniono wykształcenie i arystokratyczne korzenie, jak i te, które poświęcają je same, aby przeżyć. Pokazuje matki, które aby uczestniczyć w życiu syna, przeprowadzają się do stolicy i mimo dobrego wykształcenia, mieszkają ze zbierania śmieci.

Możemy spojrzeć na tragiczne wydarzenia w chińskiej historii z perspektyw kobiet – nie tylko rewolucję kulturową, ale także na przykład trzęsienie ziemi w Tianjin w 1976. Tragedie ludzkie zestawione są z bezradnością chińskich władz, które przez kilka dni nie wiedziały, że taka tragedia miała miejsce. Xinran opisuje sierociniec prowadzony przez matki, które straciły w tej tragedii własne dzieci i poświęciły swoje życia, aby zaopiekować się innymi sierotami. Przedstawia opowieści kobiet, czuwających tygodniami przy uwięzionych dzieciach, których nikt nie był w stanie wyciągnąć z gruzów. W tym wszystkim jest jednak zarówno miejsce na okrucieństwo mężczyzn, gwałcicieli jak i miłość ojcowską. Nic nie jest czarno-białe. Wszystko jest w odcieniach szarości, jak ogromne Tianjin, które w mgnieniu oka zamieniło się w gruzowisko.

W pamięć zapadł mi fragment o kobietach i wierze. O tym, jak podejście zmienia się w zależności od klimatu politycznego. O rozdarciu między tym, co się mówi i myśli w domu, a co pokazuje na zewnątrz. Jedna z młodych kobiet obiecuje:

Jeśli się wzbogacę, nie będę niczego wyznawać. A jeśli dalej będę taka biedna, to zacznę.

Na pytanie Xinran o religię, którą wybierze, ta odpowiada, że to zależy od tego, co będzie wtedy modne. Tak jakby wytrzebiono z młodych umiejętność wiary w coś, co jest w nich samych. Jak to stwierdza pewna kobieta:

Kobiety i tak nie mogą niczego wielkiego osiągnąć. A modlić się do jakiegoś boga to zawsze lepiej niż grać w madżonga.

Podoba mi się, że Xinran poruszyła temat „kobiety, kochającej kobiety”, nawet jeśli zrobiła to dość nieporadnie. Historia jednej z słuchaczek przepleciona została z własnymi przemyśleniami autorki – uświadamiamy sobie zagubienie dziennikarki, która nie ma o homoseksualizmie zielonego pojęcia, mimo że jest wykształconą kobietą. Mimo tego odważyła się przeprosić oficjalnie „homoseksualnych przyjaciół” za wszelką krzywdę i pokazać, że nie jest to nic nowego i można o tym przeczytać już w źródłach z dawnych dynastii. To tematyka, o której z chęcią kiedyś więcej doczytam.

Nieważne czy z prowincji, czy z metropolii – wiele kobiet musiało poświęcić swoją godność. Nie mogą być z kimś, kogo kochają, zostały tak skrzywdzone, że nie są w stanie nikogo pokochać albo trwają w nieszczęśliwych związkach. Kobiety stają się niczym więcej jak przedmiotem, nawet jeśli byłyby w stanie pozwolić sobie na dość swobodne życie, bo mają pieniądze. Xinran opisuje często sytuacje, które są charakterystyczne nie tylko dla Chin, podobne problemy współczesności możemy zauważyć dziś na całym świecie:

Nasza trójka mieszka w apartamencie o powierzchni prawie dwustu metrów kwadratowych, z meblami od projektantów i najnowocześniejszym sprzętem – nawet sedes i deskę klozetową mamy z importu. Prawie codziennie ktoś przychodzi posprzątać i przynieść świeże kwiaty. Mój dom stanowi jednak tylko wystawę sprzętów domowych – między członkami rodziny brak jakiegokolwiek porozumienia, nie słychać tu śmiechów, nie widać uśmiechniętych twarzy. Kiedy jesteśmy ze sobą sam na sam, słychać tylko odgłosy zwierzęcej egzystencji: jedzenia, picia, chodzenia do toalety. Tylko goście przynoszą do domu powiew życzliwości. Nie mam w tej rodzinie ani praw żony, ani autorytetu matki. Mój mąż powtarza, że jestem jak wyblakłe szare płótno, które nie nadaje się już ani na spodnie, ani na narzutę na łóżko, ani na obrus. Jestem zdatna wyłącznie do wycierania mu butów z błota. Dla niego moją jedyną funkcją jest udowadnianie jego prostolinijności, pracowitości i prawego charakteru, dzięki czemu może liczyć na lepsze stanowisko.

Partia z jednej strony głosiła równość, dlatego kobiety i mężczyźni nosili takie same ubrania i wykonywali podobne prace. To wszystko miało jednak miejsce w sferze publicznej. W domu kobiety po pracy musiały i nadal muszą zajmować się domem. Jeszcze nie tak dawno temu, makijaż czy bardziej kobiece ubranie uznawane było za „kapitalistyczną” zdradę. W ramach rewolucji kulturalnej, przyjemności, które teraz uważamy za coś normalnego, dla Chinek były jedynie marzeniem.

Kiedy komuniści doszli do władzy, partia rekrutowała wśród kobiet należących do jej szeregów żony i kochanki dla nowych dygnitariuszy. Nikt nie przejął się jednak losem pierwszych żon oficjeli, które potrafiły latami szukać swoich mężów, nieświadome, że są oni teraz na szczycie społecznej drabiny, mimo że niedawno byli oni prostymi chłopami. Miłość zeszła na dalszy plan – ludzie zaczęli postrzegać małżeństwo jako umowę społeczną czy szansę awansu. Nie jest to jednak w konfucjańskiej tradycji nic nowego. Prawie każdej z bohaterek Xinran brakuje czułości. Część z nich doświadczyła miłości, część kojarzy bliskość jedynie z gwałtem.

To pragnienie ludzkiego ciepła kipi od pierwszych stron książki. Pod koniec czytelnik rozumie dlaczego. Autorka też ma za sobą straszne dzieciństwo, wywołane rewolucją kulturalną. Wychowana w bogatej rodzinie, jej pierwsze wspomnienia z „kapitalistycznego domostwa” to kwiaty i czekolada. Jednakże większość jej rówieśników w tym czasie mogła liczyć tylko na kilka ziaren soi. Ta błogość nie potrwała jednak długo. Partia za cel uznała wyrównanie różnic między biednymi i bogatymi; zrobiła to jednak w bardzo specyficzny sposób. Elity sprzed rewolucji były dręczone, bite i torturowane. Rodzice Xinran byli więzieni, a z czasem trafiła ona razem z bratem do specjalnego ośrodka. Nie pozwalano im spędzać czasu z ich rówieśnikami, którzy z dawnych kolegów, zamienili się szybko w najokrutniejszych dręczycieli.

Dokądkolwiek zmierzała nasza grupka, ludzie cofali się, jakbyśmy byli dotknięci zarazą. Dojrzali, dorośli ludzie w milczeniu okazywali nam współczucie, ale dzieci upokarzały nas i obrażały. Nasze ubrania były upstrzone plwociną i flegmą, ale nie potrafiliśmy się bronić, nie mówiąc już o odwecie. Nasze serca były naznaczone znamieniem pogardy wobec siebie samych.

Bez względu na to, ile historii kobiet wysłuchała autorka, nie była w stanie uwolnić się od okrucieństw zaznanych w dzieciństwie.  Potrzebna była tylko kropla, która przelała czarę i sprawiła, że Xinran, nie oglądając się za siebie, wyjechała do Anglii. Wiedziała coraz więcej o tragicznych warunkach życia wielu kobiet, o ich bolesnej przeszłości, ale nie mogła z tym nic zrobić.

Kiedy Chiny zaczęły otwierać się na świat, stały się jak wygłodzone dziecko, pochłaniające wszystko, co popadnie. Później, gdy świat widział już rozpromienione, szczęśliwe Chiny w nowej szacie, niepłaczące już z głodu – nasza dziennikarska społeczność zobaczyła ciało nękane skurczami niestrawności. Nie dało się jednak użyć mózgu tego ciała – mózg Chin bowiem nie wykształcił jeszcze komórek zdolnych do przyswajania prawdy i wolności. Konflikt między tym, co dziennikarze wiedzieli, a tym, co było im wolno powiedzieć, stworzył warunki szkodliwe dla ich zdrowia umysłowego i psychicznego.

Szalę przeważyła wizyta na „Wzgórzu Wołań”, malutkiej „wiosce”, gdzieś na „końcu świata”. Wysłana została ona z grupką innych dziennikarzy w rejony totalnej nędzy i uświadomiła sobie, że nie będzie w stanie nigdy naprawić świata. Mimo że był już prawie XXI wiek, Xinran zastała ludzi mieszkających w domostwach wykutych w jaskiniach, gdzie największym marzeniem kobiety jest zjedzenie jajka po urodzeniu syna. Kobiety, które od rana „gotują” rozwodnione papki na palenisku z krowiego łajna. Kobiety, którym zabiera się dzieci. Kobiety, które często mają wielu mężów i są przez nich wykorzystywane. Często nie mają pojęcia, kto jest ojcem danego dziecka. Nie mają one świadomości, że seksualność to ważna część życia i związku; zresztą we wsi mężczyźni mówią o „używaniu” kobiet, jakby były one jakimś narzędziem.

Największym honorem, którego może dostąpić kobieta na „Wzgórzu Wołań” jest urodzenie syna:

Jedynym czasem, gdy kobieta ze Wzgórza Wołania może nieść głowę wysoko, jest dzień, w którym urodzi syna. Zlana potem po trudach porodu słyszy słowa, które napełniają ją dumą i zadowoleniem: „Mamy go!” To najwyższa pochwała, jaką kiedykolwiek otrzyma od męża, a nagrodę stanowi jajko w miseczce, posłodzone i zmieszane z gorącą wodą.

Najbardziej jednak rozerwał mi serce wątek, w którym Xinran opisuje jak chłopcy są faworyzowani. Kiedy rodzina zdobędzie raz na kilka lat nowe ubranie, przyodziewa najpierw synów. Z reguły nie starcza już ubrań dla dziewczynek, więc te mają jeden komplet ubrań, w który przebierają się na zmianę. Pozostałe dziewczynki chowają się pod płachtą na posłaniu, czekając na swoją kolej. Wszelkie ich wspomnienia związane są właśnie z „ubraniem się”. To wtedy mogą wyjść poza jaskinię i zobaczyć odrobinę świata.

To, co my uznajmy za normalne, wcale nie jest normą na całym świecie. Kobiety na „Wzgórzu Wołań” nie znają podstawowych środków higieny, które można dostać w pierwszym lepszym sklepie. Podczas miesiączki używają chropowatych liści, które do krwi zdzierają skórę pomiędzy nogami, co sprawia, że większość życia chodzą niesamowicie pokracznie. Wykorzystywane przez wielu mężczyzn, często tej samej nocy, cierpią z powodu wypadającej macicy. Traktowane są jak maszyny rozrodcze i rodzą często dziecko co rok. Jedyną metodą ograniczania rosnących rodzin jest wysoka śmiertelność wśród noworodków lub poronienie. Nikt nie odczuwa specjalnej radości z nowego potomka. Ciąża nie zmienia wiele:

Nawet w zaawansowanej ciąży musiały pracować tak samo ciężko, jak przedtem, i pozwalać na „używanie” ich ciał przez mężczyzn, według których „tylko te dzieci, których nie uda się zgnieść, są wystarczająco silne”.

Wiecie, co w tej historii jest jednak najtragiczniejsze? To kobiety z „Wołających Wzgórz”, jako jedyne podczas kariery Xinran, stwierdziły, że są szczęśliwe, myśląc, że tak wygląda życie na całym świecie. Autorka nie miała serca ich uświadamiać i roztrzaskać to złudne poczucie zadowolenia z życia. Po wysłuchaniu historii kobiet z każdej grupy społecznej, kobiet z elity, wieśniaczek, matek, córek, znalazła się w miejscu, gdzie Chiny tak naprawdę nie istniały, a ludzie żyli podobnie do przodków sprzed tysiącleci.
[/spoiler]

Nie ma czegoś takiego, jak przeciętna Chinka czy przeciętna kobieta. Mimo że partia starała się wmówić, że wszyscy są równi, z opowieści Xinran wyłaniają się całkowicie inne Chiny, w których przepaść między kobietami i mężczyznami, ale także między poszczególnymi grupami społecznymi jest ogromna. Poza opisem ludzkich tragedii, autorka uświadamia nam, że jedne Chiny nie istnieją. Książka ta uświadomiła mi także, że kobiety w Chinach często nie różnią się wiele od tych w Polsce. W Chinach to konfucjanizm kierował życiem rodzin na przestrzeni wieków, w Polsce jest to Kościół. Szkoda, że wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z katastrofalnych skutków prób kierowania cudzym życiem i ingerowania w czyjąś prywatność. Xinran pokazuje, że każda kobieta (i każdy człowiek) zasługuje na prawo do ludzkiego ciepła, miłości i realizowania siebie, bez względu na orientację seksualną, pochodzenie, wyznanie, status społeczny czy poglądy. Mimo, że na co dzień często istnieje między nimi przepaść, to, co je wszystkie łączy, jest wspólne cierpienie.

Jedynym zastrzeżeniem, jakie mam do tej książki, jest jej bardzo subiektywny styl. Ale może dzięki temu historie te wstrząsną większą ilością czytelników, którym będzie łatwiej utożsamić się z przeżyciami bohaterek. Nie zmienia to jednak faktu, że część mnie chciałaby wiedzieć, jak wygląda to na większą skalę. Czy dotyczy to większości Chinek, jak to opisuje Xinran, czy zmienia się to na lepsze? Wiem, że bardzo mało jest takich danych w Chinach, ponieważ rząd udaje, iż wszystko jest w porządku. Mimo że historie opisane w książce dotyczą różnych kobiet, momentami miałam wrażenie, że są do siebie podobne. Jest to pewnie nieuniknione, jako że wszystkie rozdziały są przedstawione oczyma Xinran. Z kilku tysięcy historii wybrała te, które ją jakoś poruszyły.

Udało się jej jednak przedstawić w logiczny sposób, z czego wynikają problemy kobiet w Chinach. Zestawiła tradycyjny zestaw konfucjańskich wartości ze współczesnym pędem do pieniędzy, pokazując ewolucję traktowania kobiet na tle rozwoju komunizmu w Państwie Środka. Niezwykle ucieszył mnie fakt, że rewolucja kulturalna została ukazana przez pryzmat ludzkich tragedii, a nie tylko przez straty związane z niszczeniem świątyń czy bibliotek, na czym z reguły skupiają się media. Xinran na przykładzie kobiet pokazuje jak ideologia, która miała je wyzwolić, stała się źródłem ich cierpień. W końcu część z opisywanych kobiet dobrowolnie wstąpiła do partii z nadzieją na udział w nowo tworzonym egalitarnym społeczeństwie. Niestety, rewolucja pożera własne dzieci, nieważne czy w Europie czy w Chinach.

Dobre kobiety z Chin. Głosy z ukrycia” to książka dla każdego, bez względu na narodowość, wyznanie, płeć, wiek. To książka o uprzedmiotowieniu ludzi, o utracie wiary w miłość, o potrzebie czułości i dobra. O tym, że wszelkie tabu zamiast nas chronić, krzywdzą ze zdwojoną siłą.

Moja ocena: 4/5
★★★★☆

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Hej.zachecilas mnie.ta ksiazka juz jest moja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *