Mdina i L-Imnajra, czyli świętowanie po maltańsku

Po kilku dniach spędzonych na Malcie mieszkańcy tego malutkiego kraju wydali mi się dość chłodni. W głowie pojawiło się kilka hipotez:

a) Maltańczycy są po prostu chłodni

b) Maltańczycy mają dość wszelkich turystów, zadeptujących ich kraj

c) Nie miałam okazji spotkać normalnego Maltańczyka, poza obsługą hotelu czy restauracji (gdzie większość pracowników stanowią przyjezdni)

Dlatego postanowiłam, że wybiorę się na wydarzenie popularne wśród Maltańczyków a nie turystów. Z samego rana wybrałam się zatem na autobus w stronę Rabatu, dawnej stolicy, gdzie trwał dwudniowy festiwal L-Imnajra. Jakkolwiek miasteczka po drodze wydawały się opuszczone, im bliżej ogrodów Buskett tuż przy Rabacie, gdzie odbywały się obchody tego święta, tym ruch gęstniał. Po wyjściu z autobusu napotkałam istne tłumy, idące z samego rana, w niedzielę, w stronę parku na totalnym końcu świata.

L-Imnajra celebruje dwóch świętych – świętego Piotra i Pawła – i trwa dwa dni. Nie udało mi się przyjechać do Rabatu na początek odpustu w Katedrze w Mdinie, ale jakoś mnie religijny aspekt niezbyt interesował. Wybór padł zatem na uczestnictwo w bardziej wyluzowanej części, istnych „poprawinach”, gdzie Maltańczycy przychodzą zajadać się mięsem z królika, które jest narodowym daniem, słuchać tradycyjnej muzyki przy schłodzonym piwie i oglądać wystawione przez lokalnych rolników plony oraz zwierzęta.

limnarja1

limnarja6

Już od samego wejścia do ogrodów nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. W ciągu kilku minut znalazłam się w sercu ni to odpustu, ni to dożynek, otoczona kozami, krowami, ucztującym tłumem. A w tle słychać było wycie grajków, którzy swoim wyciem rozśmieszali młodszą część publiczności, krzyk wystawianych kogutów i piski dzieci oglądających króliki (w wersji żywej). Mimo przaśnej atmosfery, nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi. Tak jakbym była powietrzem. Chociaż nie – jedna kobieta zagadała do mnie w kolejce do toalety czy mam chusteczki. Więc można to uznać za jakąś tam poprawę w relacjach polsko-maltańskich.

Pogodzona z faktem, że raczej sobie specjalnie nie porozmawiam z tubylcami, wybrałam się za tłumem na oględziny plonów. Przyznam szczerze, iż niektóre warzywa czy owoce wyglądały obłędnie! Przy niemalże każdym koszyczku leżała karteczka z informacją, kto i gdzie wyhodował dane cudo. Nie do końca ogarniam zasady panujące podczas tego święta, ale zarówno plony, jak i zwierzęta podlegały jakiemuś konkursowi, bo Maltańczycy oglądali je ze szczególnym zainteresowaniem.

Wypiłam ogromne smoothie (tutaj duży plus dla Malty za tanie i wszędzie dostępne owoce), bo była to jedyna wegańska opcja w okolicy. Grajkowie zawodzili coraz gorzej, koguty piały bezsilnie, tak jakby miało to im pomóc w uzyskaniu wolności, a wszyscy zajadali smażone króliki, popijając to piwem. Rozgardiasz był z każdą minutą coraz większy, a ja jakoś nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca. Szwendałam się wśród stoisk, próbując znaleźć coś „dla siebie” i uświadomiłam sobie, że pasuję do tego miejsca jak pięść do nosa. Wymęczone kozy, czekające na swoją kolej, styrane krowy, ledwo dyszące króliki, noszone w przymałych kartonach, sówki i sokoły przywiązane do jakiegoś kołka, żeby można się nimi pobawić. Przyjrzałam się jednej sówce o smutnych oczach, zagłaskiwanej na śmierć przez tłum dzieci i stwierdziłam, że czas pożegnać się z jarmarkiem. L-Imnajra było ciekawym doświadczeniem i cieszę się, że się tam wybrałam, ale po obejściu parku dookoła i poobserwowaniu świętowania w maltańskim wydaniu z pewnej odległości, miałam już dość.

Słońce smaliło niemiłosiernie, czego nie odczuwałam w cieniu ogrodów Buskett. Kiedy wyszłam, a raczej wspięłam się, poza teren ogrodów, poczułam się, jakbym znalazła się na patelni. Oczywiście nikt nic nie wiedział: każde moje pytanie o autobus w stronę centrum zostało zbyte machnięciem ręki. Przyjedzie, to przyjedzie… Podeszłam po jakiejś pół godziny do policjanta, który przysypiał przy barierce, ale nawet on nie miał pojęcia. Przysiadłam zatem na przystanku obok kilku babć z tobołami. Przypomniałam sobie, jak kiedyś w erytreańskiej knajpce w Londynie, właściciel powiedział mi, że jestem niecierpliwa i że przed wyprawą do Afryki powinnam nauczyć się czekania. Pole pole, jak to mówią ponoć w Afryce.

limnarja16

Autobus w końcu przyjechał, a ja znalazłam się z powrotem na festiwalu, tylko w wersji mobilnej. Plotki, ploteczki, rozmowy. Tak ludzie chwalili, że po angielsku można dogadać się wszędzie, a ja czułam się bardziej, jakbym była w Maroku niż w Europie. Maltańskiemu bliżej do arabskiego, więc nie miałam zielonego pojęcia, o czym rozmawiali ludzie dookoła mnie. Nieraz tylko ktoś wplótł jakieś angielskie, a czasem i włoskie, słówko, ale to by było tyle. Coraz więcej osób przyjeżdża na Maltę uczyć się angielskiego, ale ja miałam więcej problemów z dogadaniem się po angielsku tutaj niż w innych krajach europy. Chyba że to ja mam jakiś dziwny akcent?

Niemalże ugotowałam się żywcem w autobusie, ponieważ klimatyzacja przestała działać (albo kierowca ją wyłączył, kto to wie), więc kiedy dotarłam do stacji końcowej w Rabacie, wytoczyłam się z niego sino-blada. Miałam w planach dzielne zwiedzanie Rabatu, lecz w mojej głowie było tylko schowanie się przed słońcem. Rzut kamieniem od przystanku znajdowało się wejście do Mdiny, starego miasta, gdzie udałam się z nadzieją na znalezienie cienia.

mdina1 mdina2

Jednakże nawet mimo wysokich budynków i wąskich uliczek, nie było to aż takie łatwe zadanie, bo słońce świeciło bezlitośnie niemalże pionowo. Stwierdziłam zatem, że zwiedzę Katedrę Świętego Pawła w Mdinie, starszą siostrę Konkatedry w Vallettcie. Nie przewidziałam jednak, że festiwal Świętego Pawła i Piotra będzie oznaczał świętowanie na całego. Większość atrakcji turystycznych była zamknięta, więc zostało mi tylko schować się w cieniu kawiarenki, wypić dobrą schłodzoną kawę i coś przekąsić.

mdina14

mdina28 mdina30

Mdina okazała się mikroskopijna. Wydawało mi się, że Valletta jest niewielka, ale przy niej dawna stolica to naprawdę maleństwo. Zbudowana jest jednak w innym stylu niż stolica – uliczki nie są prostopadłe i gdyby była nieco większa, można by nawet się w niej zgubić. Wybrałam się na powolny spacer, idąc przed siebie bez jakiegokolwiek planu i dość szybko zaczęłam się orientować, co i gdzie się znajduje. Na początku zwracałam uwagę bardziej na całokształt atmosfery, ale z czasem, kiedy wylądowałam w tym samym miejscu po raz kolejny, w oczy zaczęły wpadać mi szczegóły, takie jak przepiękne kołatki do drzwi:

mdina8

Na głównej uliczce ledwo można było przecisnąć się przez tłum, lecz wystarczyło skręcić trochę w bok, aby zatopić się w atmosferze dawnej stolicy Malty. W końcu Mdina pełniła tę rolę od starożytności do XVI wieku, aż przybyli na wyspę joannici. Zwana jest ona często „Milczącym Miastem”, ponieważ w starej części mieszka tylko kilkaset osób. Zresztą i ja podczas swojego spaceru napotkałam może dwie czy trzy – reszta chowała się w chłodzie swoich kamiennych domów. Swoją drogą, wcale się im nie dziwię.

mdina22 mdina31 mdina27

Najbardziej podobało mi się chyba to, że w Mdinie nie można jeździć samochodem. Dlatego po wejściu kilka metrów w jakąś boczną wąską uliczkę, można było na spokojnie przycupnąć i rozkoszować się cieniem. Po jakimś czasie miałam jednak wrażenie, że chodzę w kółko. Że mijam te same budynki po raz kolejny. Nie byłam pewnie w błędzie, ale od tego słońca aż zaczęło mi się kręcić w głowie.

Mdina otoczona jest murem, który można przejść dookoła, oglądając okolicę. Wtedy uświadomiłam sobie, w jak dobrym miejscu wybudowano dawną stolicę, z murów rozciąga się niesamowity widok na całą Maltę. Mimo że dojazd z St. Julian’s lokalnym autobusem zajął mi z godzinę, teraz północne wybrzeże wyspy zdawało się być na wyciągnięcie ręki. Nie wiem czemu, ale poczułam się lekko klaustrofobicznie. Trochę tak, jakbym znalazła się na jakimś wygnaniu w miejscu, z którego nie ma ucieczki. A gdybym się postarała, to w dwie, trzy godziny mogłabym dojść do morza, nieważne z której strony.

mdina18

Słońce smaliło, większość atrakcji była pozamykana, a ja powoli zaczęłam odczuwać zmęczenie. W końcu dzień wcześniej przeszłam w skwarze z dziesięć kilometrów, odkrywając zakamarki wysepki Comino. Ale wąskie uliczki kusiły ciszą, niezakłóconą przez hordy turystów. Kiedy tylko usłyszałam dziwne krzyki, oddalałam się od hałasu. Z jednej strony chciałam już wracać do hotelu, może odpocząć, wybrać się na jakieś dobre wegańskie jedzonko (los mi sprzyjał, bo pyszna wegańska knajpka znajdowała się dosłownie 3 minuty piechotą od hotelu). Coś mnie jednak jeszcze trzymało w tej Mdinie. Chodziłam powolutku, starając się nie pominąć jakiegoś ciekawego szczegółu. Na początku w oko wpadły mi kołatki do drzwi, jakiś czas później zauważyłam też figurki religijne przy drzwiach i nie znalazłam chyba dwóch takich samych:

mdina36

Miałam niby w planach zwiedzanie Rabatu, ale stwierdziłam, że zamiast wykończyć się po dwóch czy trzech dniach wakacji, w klimacie jakże innym od tego, do czego przywykłam w Anglii, postaram się co nie co odpocząć. Po przyjeździe na Maltę, napisałam przecież, że chcę zacząć cieszyć się życiem i nie robić wszystkiego, bo „powinnam”. Uwierzcie mi, że po latach słuchania wewnętrznego głosu, który mi mówił (a raczej krzyczał), że „muszę”, zrobienie czegoś wbrew wcześniejszym planom wcale nie było łatwe.

mdina16

Po ostatniej rundce dookoła Mdiny, kupieniu pocztówek i bombki do rodzinnej kolekcji (nasza choinka to istna kolekcja dekoracji z całego świata) w sklepie ze szkłem, z którego słynie Mdina, udałam się na poszukiwanie przystanku autobusowego. Okazało się, że nie jest to wcale takie łatwe, bo przy wejściu do Mdiny znajduje się niby kilka przystanków, ale nie ten, który by mnie interesował. Jak już odnalazłam się w labiryncie przystanków, okazało się że akurat podjechał autobus w stronę St. Julian’s i Sliemy, więc mogłam na spokojnie usiąść w klimatyzowanym wnętrzu i trochę ochłonąć. Patrząc przy okazji na Maltę, od tej mniej turystycznej strony, której miałam okazję doświadczyć też kilka godzin wcześniej w ogrodach Buskett podczas L-Imnajra.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (16)

  1. Klimat wydarzenia faktycznie mocno odpustowy, ale przynajmniej można się przyjrzeć miejscowemu kolorytowi. Szkoda, że w tym kolorycie męczyły się zwierzaki. Cierpienie zwierząt zawsze było czymś, co mocno na mnie działało…

    Malta jest faktycznie mocno turystycznym kierunkiem podróży i znam bardzo wiele osób, które tam były. Może faktycznie nastawienie Maltańczyków do turystów jest bardziej zdystansowane, bo mają ich u siebie strasznie dużo.

    • Karolina

      Posiedziałabym na tym odpuście dłużej, ale nie mogłam już patrzeć na te sówki, króliki, koguty, kozy i całą gamę zwierzaków, które ledwo dychały w tym upale :/ Sporo czytam w tej tematyce i potem strasznie mnie takie sytuacje ruszają, a zwłaszcza bezsilność, że nic nie mogę z tym zrobić.
      Zgodzę się, że Maltę zalewają ostatnio turyści. ALE tłumy widać jedynie przy kilku największych zatokach, wystarczy nieraz wejść w boczną uliczkę, a tam spokój. Maltańczycy chowają się w domach i może wychodzą w środku nocy – nie wiem – ale często miałam wrażenie, że miasta po których chodzę, są opuszczone. Na południu wyspy totalny luz, na festynie też nie spotkałam chyba żadnego turysty, a mimo wszystko wyczuwało się spory dystans.

  2. Hah… Doskonale rozumiem ten Twój wewnętrzny głos krzyczący o tym, że musisz coś zrobić. I rozumiem niechęć wywołaną przez to. Sama ostatnio zgłębiłam różnicę pomiędzy „muszę”, a „chcę” i od tego czasu jestem o wiele szczęśliwsza 🙂

    • Karolina

      Nie jest to łatwe zadanie i muszę sobie często powtarzać, że przecież ja to „CHCĘ” a nie „MUSZĘ” i wtedy jakoś wszystko przychodzi łatwiej i przyjemniej. Nadal się łapię na tym, że myślę co jakiś czas „no ok, ale POWINNAM zrobić to i to”, ale coraz lepiej mi wychodzi pozbywanie się takich natarczywych myśli. A o ile łatwiej sobie człowiek radzi z czymś takim w podróży! 😀

  3. Ok, po opisie rozumiem, że nie zachęcasz się tam wybrać, bo i tak turystów nie lubią i ogólnie nie idzie się z nimi dogadać. (-:, Obserwatorem jesteś dobrym, bardzo ciekawe zdjęcia.

    • Karolina

      Może to coś ze mną jest nie tak, ale na przykład w Portugalii czy we Włoszech, nawet w Grecji, zawsze odbierałam ludzi jako niezwykle ciepłych i przyjaznych, którzy się spytają o to czy ci pomóc, skąd jesteś albo powiedzą coś miłego. Na Malcie nawet nie jest tak, że ludzie byli jakoś specjalnie niemili, oni po prostu żyją we własnym świecie i mają trochę w nosie najazd turystów 😛
      Słyszałam o kursach angielskiego na Malcie, ale ja naprawdę miałam problem się dogadać. Spędziłam ostatnie cztery lata na studiach w Anglii, więc albo mam jakiś niesamowicie dziwny akcent, albo to Maltańczycy nie ogarniają 😛

  4. Ludzie chłodni mający dość turystów? Od razu pomyślałem, że jestem we Francji… :P. PS. Przyjemnie się czytało, masz lekkie pióro!

    • Karolina

      No tak, we Francji wygląda to całkiem podobnie 😛 Tylko przynajmniej na Malcie mówią po angielsku, a przynajmniej starają się dogadać, a we Francji… no wiadomo jak jest.
      Dzięki za miłe słowa! 🙂

  5. Uwielbiam takie odpustowo-festynowe prowincjonalne klimaty! 🙂 Jeśli kiedyś będę wybierać się na Maltę, Mdina będę musiał odwiedzić.

  6. Jaaaa, uwielbiam takie odpuściki zbierające lokalsów, byłbym zachwycony zapewne 😛
    No ale rozumiem, że to nie są atrakcje dla wszystkich 😛

    • Karolina

      Klimat był jak najbardziej spoko, ale nie miałam tam zbytnio co pojeść, a te przywiązane zwierzaki mnie po prostu przerażały 😛

  7. Jeśli chce się zobaczyć życie maltańczyków, wystarczy wybrać się do jakiejś niedużej miejscowości tak po 17-tej. Gdy już nie świeci takie słońce. Wtedy ludzie wychodzą z domów siadają z sąsiadami na krzesełkach w wąskich uliczkach, gdzie nawet samochód się nie zmieści i rozmawiają.

    Jeśli miejscowość jest nad morzem (np. Marsaskala) wieczorem po 18 całe rodziny oblegają ławki na promenadzie nad zatoką i siedzą do 20 -22.

    Po wyjściu z Mdiny polecam pójść w stronę centrum Rabatu (koło Willi Rzymskiej) tam jest knajpka „Crystal Palace” coś co z zewnątrz trochę wygląda jak garaż. To miejsce gdzie przesiadują Maltańczycy.

    I najlepiej nie jeździć w wakacje na wyspy 🙂 Obecnie w marcu wyspy odwiedza około 100 tys. turystów, w kwietniu już 150 tys. lipiec i sierpień to około 200-240 tys. 🙂

    • Karolina

      No niestety niektórzy mogą jeździć tylko w wakacje 😛 Ale i tak jestem zadowolona z wyjazdu, bo w bardziej turystycznych rejonach spędziłam niewiele czasu, nosiło mnie od razu na jakieś maltańskie „zadupia” 😀 Dzięki za masę informacji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *