[Recenzja] Piotr Milewski – Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia.

Pierwsza recenzja na blogu spotkała się z wyjątkowo pozytywnym odzewem, więc czas na kolejną. Jakiś czas temu zaproszono mnie do zrecenzowania nowej książki Piotra Milewskiego „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia”. Odkąd tylko zobaczyłam gdzieś wzmiankę o tej książce, a później opis na okładce głoszący, że autor:

Wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem

pierwsze, co przyszło mi do głowy to myśl, że ktoś właśnie napisał książkę, jaką ja chciałam napisać. Też marzy mi się opisanie moich wojaży w formie książkowej, zwłaszcza w niekoniecznie turystycznym wydaniu. Dlatego zgodziłam się na recenzję od razu i kiedy tylko otrzymałam pocztą egzemplarz, zaraz zasiadłam do lektury.Milewski1

Pierwsze słowa książki wciągnęły mnie od razu i aż się zaśmiałam w duchu, bo też japońska wilgoć dawała mi się we znaki:

Upał. I wilgoć. Wilgoć taka, że w niektóre wieczory można ją ujrzeć. Szarzeje i ciemnieje wraz z nadejściem nocy, lecz tak długo jak jest, nigdy nie ustępuje miejsca czerni. Rozlewa się po mieście jak rzadka solanka, z której przechodnie wynurzają się niczym zjawy. Wciska się w każdy kąt i szczelinę. Rozprasza światła ulicznych latarni, neonów i szyldów. Rozmazuje kształty, wygina kontury, zaokrągla krawędzie.

Autor na początku opisuje swój pobyt w Tokio, wędrówki bez celu po nieznanych dzielnicach z dala od centrum. (Zresztą sam celnie zauważa, że „centrum” w europejskim wydaniu w Tokio nie istnieje). Podpatruje bezdomnych w Ueno, zagląda do salonów pachinko, a przy tym daje całkiem zwarte historyczne tło. Przydałaby się tutaj mapka, bo ja kojarzę te okolice, zresztą o wielu z nich pisałam już na blogu, tak jak na przykład o Asakusie, ale dla przeciętnego czytelnika Ginza, Shinjuku czy Akihabara zlewają się w jedną niezrozumiałą całość. I wcale się im nie dziwię, bo mam tak samo, kiedy czytam o nieznanych mi krajach czy miastach.

Z „roku królika” to opis czasu spędzonego w Tokio i ten fragment przypadł mi najbardziej do gustu, mimo że czuć momentami, iż autor bazuje na wspomnieniach sprzed lat, w końcu odbył tę podróż w 1999 roku. W Tokio Milewski ma czas na rozmowy z przypadkowo spotkanymi na swej drodze Japończykami, którzy opowiadają o swoim życiu, powtarzając często frazesy, które i ja nie raz słyszałam od swoich japońskich znajomych. Mimo to autor nie generalizuje; nie twierdzi, że dane postawa to coś co spotkamy „zawsze”.

Jednakże od wyjazdu z Tokio w podróż autostopem na południe Japonii, narracja zaczyna być niespójna. Od wcześniejszych spacerów i rozmów z ludźmi, przechodzimy do krótkich opisów losowych spotkań, pobieżnych relacji z danych miast, przeplecionych suchymi informacjami. Mnie, jako japonistkę, takie rzeczy kręcą i często wspominam o nich na blogu. Staram się jednak zawsze takie informacje podać razem ze zdjęciami, aby można było sobie w miarę łatwo wyobrazić, o co chodzi. W książce, owszem, są zdjęcia, znajdują się one jednak jedynie na specjalnych wstawkach z błyszczącego papieru, a ponadto są to zdjęcia przyjaciół czy losowe panoramy, nic co by popierało historyczne opisy zabytków.

Milewski nie zobaczył ich zresztą zbyt wiele. Wielokrotnie wspomina o tym, że go nie było stać. Doceniam to, że ludzie podróżują w wersji budżetowej, ale ciągłe opisywanie głodu, ssania w żołądku, łapczywego rzucania się na jedzenie, nadziei na to, że ktoś go nakarmi za darmo, jest po prostu męczące. A kiedy już autor zaczął opisywać zwiedzanie na głodnego Nary (tutaj suche opisy historyczne, sprawdzone zapewne później, przeplatają się z biadoleniem głodnego) i chwalić, że omijał bramki biletowe, aby uniknąć opłaty, jakby to było coś godnego chwalenia się, zaczęło mnie to po prostu irytować. Po jakimś czasie opisuje nawet, jak chodził do luksusowych centrów handlowych, żeby zajadać się darmowymi próbkami. Czy naprawdę jest to powód do dumy? Czy może to ja czegoś nie łapię i powinnam tutaj śpiewać peany o polskiej zaradności? (A może kombinatorstwie?)

W pewnym momencie ten głód wyczuwa się już w każdym zdaniu. Niby fajnie, że student jedzie na drugi koniec świata, nawet mimo braku pieniędzy, ale nie wiem jaki jest sens kupowania książki o Japonii, aby poczytać sobie o młodym chłopaku (książka bazuje na dziennikach sprzed 16 lat), który jest głodny, zmęczony i w obszarpanych ubraniach. A fragment, gdzie opisuje z rozmarzeniem uda dziewczyny po prostu przelał czarę goryczy i nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać:

Dziewczyna rozwinęła długi warkocz i wykręciła włosy, a potem zaczęła wyżymać sukienkę. Wtedy ukazały się jej mlecznobiałe uda. Szczupłe i gładkie. Symetryczne. Dziewicze. Spływały po nich krople wody. (…) Ile to już miesięcy minęło, odkąd ostatni raz miałem okazję dotknąć kobiecych ud?

Dlaczego autor zawarł taki bzdurny opis w książce promowanej jako podróżnicza? Rozumiem jak najbardziej, że jest to forma dziennika, jak sugeruje sam tytuł. Ale stronę wcześniej opisuje on, jak to Toyotomi Hideyoshi rozkazał wybudować zamek, podkreślając przy tym topografię Osaki. Jeśli to jest faktycznie pamiętnik, po co te wszystkie naukowe opisy, które przecież nie zostały napisane na kolanie, podczas jazdy autostopem, tylko pewnie dopisane podczas pisania książki? Jeśli to miał być jakiś polski odpowiednik „Buszującego w zbożu” to, cóż powiedzieć, nie wyszło. Przewodnik po Japonii też to nie jest, bo te wszystkie suche fakty można sobie sprawdzić bez problemu w Internecie. Gdyby ta książka wyszła zaraz po wyprawie autora do Japonii, może miałoby to jakiś sens. Ale ja mam zdecydowaną większość wszelkich informacji, jakie Milewski podaje w swojej książce na swoim blogu. Kanazawa z ogrodem „Sześciu Wspaniałości”, Świątynia Tōdai-ji w Narze, Mauzoleum w Sendai – o tym wszystkim pisałam u siebie i nie dowiedziałam się niczego innego, wykraczającego poza łatwo dostępne foldery turystyczne czy notki z przewodników. A szkoda.

Autor większość z miast mija w biegu. Postanowił przejechać Japonię autostopem – super, brawa! – i to bez pieniędzy, więc na zwiedzanie nie ma czasu ani sił. Próbuje braki nadrobić poetyckimi opisami, a to rzeki, a to gór, ale nieraz mam wrażenie, że już było ich po prostu za dużo. Tym bardziej, że nie było w nich nic, co odróżniłoby je od opisu jakiejkolwiek przyrody czy miasta. Wszystko zaczyna się po pewnym czasie stapiać w jedno. Nic dziwnego, jak autor poświęca wyspie Shikoku kilka stron ogólnych opisów, które nic nie wnoszą do treści, ani nie zaciekawią nikogo, aby tam faktycznie pojechał.

Rozumiem wiele z uczuć, targających Milewskim. Jego tęsknotę za zielenią, która sprawiła, że wyjechał z Tokio. Obiektywne spojrzenie na japońską architekturę, jej totalny rozgardiasz i wszechogarniającą szarość. Wgląd w tkankę prawdziwej Japonii mamy kilka razy podczas książki, głównie wtedy, kiedy autor zatrzymał się gdzieś na dłużej niż na szybki lunch. W Hiroszimie spaceruje po Muzeum i dochodzi do podobnego wniosku co ja, że miasto to odżyło i nie dało się zaszufladkować. Nie zwrócił jednak uwagi na propagandę na wystawie, a szkoda. Jednak wychodzi poza to, odkrywa energię w Hiroszimie, którą ja także poczułam, spędziwszy w niej kilka dni rok temu.

Książka składa się z dwóch części – „roku Królika” za młodu i „roku Konia” trzy lata później. Nie do końca rozumiem dodanie tej drugiej części, bo trochę się one gryzą stylistycznie. Pewnym pocieszeniem jest to, że obserwujemy w niej o wiele większą dojrzałość autora, który nie przyjechał na drugi koniec świata po to, aby przymierać głodem czy spać w miejskim szalecie. Widzimy mężczyznę, który zwiedził trochę świata i wraca do Japonii bardziej w celach prywatnych (konkretniej aby spotkać przyszłych teściów). Nie dowiadujemy się nigdy, jak to wszystko się udało. Cieszy mnie brak akcentów niczym z telenoweli i skupienie się na podróży.

Najbardziej, poza opisem malutkiej dzielnicy na przedmieściach Tokio na początku książki, spodobał mi się fragment o pobycie w świątyni zen w Kioto. Kilku moich znajomych miało okazję spędzić czas na medytacji w różnych świątyniach w Japonii i każdy z nich opowiadał mi o tym, że jest to budujące doświadczenie. Szkoda, że Milewski nie rozpisał się na temat innych nowicjuszy w świątyni odrobinę dłużej, bo to właśnie jego opisy ludzi, ale nie tych spotkanych przypadkowo, lecz tych, z którymi spędza co najmniej kilka dni, są największym plusem tej książki.

Książka jest nierówna, zarówno stylistycznie, jak i tematycznie, dlatego jej ocena jest trudna. Gdyby to były jedynie dzienniki, nie czepiałabym się zbytnio formy, bo każdy zapisuje w końcu swoje myśli, jak mu się rzewnie podoba. Jednakże nie widzę potrzeby mieszania stylów, przerabiania, dopisywania informacji, które można w kilka sekund znaleźć na Wikipedii. Czytelnik wyczuje jednak bakcyla podróży:

Tego samego, który nie pozwala człowiekowi wysiedzieć długo na miejscu i pcha go w coraz to dalsze rejony świata, na przekór życzeniom rodziców i ścieżkom wydeptanym przez prowadzących stateczne życie rówieśników.

Mimo tego, że autor stara się przybliżyć Japonię czytelnikowi, podając różne ciekawostki historyczne czy powiedzenia, nie wiem czy zachęca ona do wyjazdu osobę, która jeszcze nigdy w niej nie była. Ktoś, kto spędził w Japonii trochę czasu odnajdzie się jako tako w gąszczu nazw miejsc, nazwisk czy jedzenia – gdybym jednak nie była w większości opisywanych przez Milewskiego miejsc, wszystko zaczęłoby mi się plątać w głowie już po jego wyjeździe z Tokio. Opisy większości zwyczajów czy miejsc są niezwykle pobieżne, więc mogą służyć jedynie za tło do opisu wewnętrznych rozterek autora. Dlatego jeśli ktoś chce przeczytać o tym, co oznacza podróż sama w sobie, myślę, że będzie zadowolony. Ci, którzy chcą się co nie co o Japonii dowiedzieć, również znajdą coś dla siebie, chociaż nieraz przebrnięcie przez niektóre fragmenty będzie wymagało cierpliwości.

Moja ocena: 3/5
★★★☆☆

Dziękuję wydawnictwu Znak oraz Piotrowi Milewskiemu za egzemplarz książki do recenzji.

Categories Literatura Recenzje
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

10 comments on “[Recenzja] Piotr Milewski – Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia.

  1. Uwielbiam, gdy ktoś jedzie „na drugi koniec świata po to, aby przymierać głodem czy spać w miejskim szalecie” (btw świetne określenie! 😉 ) a później słyszę, że „wszystkie te świątynie to nudne, ciągle jedno i to samo, w tej Japonii to nie ma co zwiedzać. Serio stary?!
    Książka widziałam, że jest ostro promowana w internecie, od jej recenzji aż furczy na blogach i stronach japonofilnych. Dobrze, że nie kupiłam, Oszczędziłaś mi frustracji, dzięki 🙂

    • Karolina

      Ale on sam pisze o „miejskim szalecie” i o tym, że tam ciepło i czysto, więc jak już odkrył ten patent, to pierwsze kroki na parkingu kierował właśnie tam 😛 Na strony japanofilne nie zaglądam, bo wszystko co z Japonią związane musi być mega wspaniałe, najpiękniejsze i w ogóle najlepsze.

  2. Znakomita recenzja. Miałam ostatnio w rekach tę książkę, ale ujarzmiłam potrzebę jej nabycia, tłumacząc sobie to potrzebą opanowania mojego tsundoku.

    • Karolina

      Wielkie dzięki! To dopiero druga recenzja, jaką napisałam w życiu, więc cieszę się, że się podoba 🙂
      W Polsce nie jest mi aż tak trudno opanować moją tsundoku-manię, bo jak tylko wejdę do jakiegoś empiku, to zanim dotrę do książek, to mi się już odechciewa przedzierać się przez stoiska ciasteczek, konewek i innego badziewia. Ale jak wylądowałam w księgarni wydawnictwa Czarne w Wawie to nie mogłam się opanować!

  3. Też otrzymałam od Piotra tę książkę do recenzji. Jeszcze nie skończyłam jej czytać, aczkolwiek już w tym momencie mogę powiedzieć, że mam podobne odczucia 🙂

    • Karolina

      No to się cieszę, bo już chwilami myślałam, że to ja mam jakieś japonistyczne skrzywienie i wybrzydzam niemiłosiernie 😀

  4. Justynam

    Wkrótce wybieram się po raz pierwszy do Japonii. Czytam różne rzeczy i między innymi natknęłam się na te książkę. Mnie się ona podoba – jestem w połowie. Też irytuje mnie ten wątek biednego kombinującego Polaka, ale podoba mi się sposób, w jaki Piotr pisze. W wdzięcznością, ciepłem, tkliwością, szacunkiem dla ludzi. Jakże inaczej niż autor książki, którą już przeczytałam i której nie polecam – „W drodze na Hokkaido”, Will Ferguson. Autor również w latach 90-tych odbywa podróż autostopem przez Japonię (twierdzi, że zrobił to jako pierwszy) wyprzedzając nieco sakurę lub jadąc śladami sakury.
    Autor jest sfrustrowanym seksualnie, ksenofobicznym, nie lubiącym chyba Japończyków, nieustająco czującym się wyobcowanym, egotycznym mężczyzną. Ten dla odmiany ma kasę ale również chętnie przyjmuje zaproszenia od Japończyków, i daje się również zapraszać na męskie popijawy. Większość opisów to historie o piciu z Japończykami, no, oczywiście jest kilka rozmów, niektóre bardzo poruszające. Nie znam Japonii ale z tego, co się zorientowałam to Milewski podróżuje po „turystycznych” miejscach, Ferguson po mało znanych.
    Ferguson ma swoiste poczucie humoru i jeśli przebrnie się przez połowę książki – ja utknęłam na jakiś czas – i się oswoi z tym, ze bohater naprawdę jest niesympatycznym dupkiem (sorry, ale inaczej się nie da go nazwać) to można kilka razy się uśmiechnąć.
    Podsumowując: nie wiem, czy gdybym czytała „Zapiski” przed „W drodze na Hokkaido” też byłabym zachwycona. Ale podoba mi się ten stan zachwytu i wdzięczności Polaka, w porównaniu do sfrustrowanej pogardy Kanadyjczyka.
    Teraz czytam Twój blog;-) Troszkę trudno mi się po nim poruszać – brakuje mi spisu treści;-) No ale to specyfika blogów, a ja zaczynam dopiero czytać blogi – trochę starsze pokolenie jestem;-)
    Dziekuje za wszystkie informacje, które zamieszczasz 😉
    Justyna

    • Karolina

      Nie czytałam „W drodze na Hokkaido” – przyznam szczerze, że miałam kilka podejść do różnych pozycji o Japonii na polskim rynku i za każdym razem odpuszczałam. Skończyłam właśnie „Bezsenność w Tokio” (a raczej wymęczyłam się przy tym) i opisuje tam podróż autostopem w podobnym czasie, więc Ferguson na pewno nie był pierwszy. U Milewskiego zdenerwowało mnie to, że książka ma niby opisywać Japonię z innej strony, a tak naprawdę jest jej w książce niewiele. Gubiłam się w niespójnej formie – raz czytało się to jak luźne zapiski, innym razem jak encyklopedię. Postanowiłam, że przeczytam też inne książki o Japonii po polsku, więc niebawem pojawi się więcej recenzji 🙂
      I dziękuje bardzo za miłe słowa. Faktycznie, nie ma tu „spisu treści”, może muszę się nad czymś takim zastanowić.
      Pozdrawiam,
      Karolina

  5. Zgadzam się, że opisy podczas autostopowania są suche, ale poza tym książka jest bardzo wrażliwie napisana i zachęciła mnie do podróży tam.

  6. Jestem przed swoją pierwszą podróżą do Japonii i ta książka niestety wpadła w moje ręce. Początek był wciągający, ale później było dokładnie tak jak to opisałaś, ktoś kto tam nie był nie jest sobie wstanie wyobrazić pewnych rzeczy. Nie lubię się spieszyć czytając, więc wspomagałam się internetem i szukałam zdjęć, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie, ale to jednak zaburza proces czytania.
    Z przyjemnością odkrywam Twoje opisy Japonii, zachwycił mnie dzisiaj artykuł o Yanaka! takich miejsc właśnie szukam, takie chcę odwiedzić na jesieni. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *