Klify Dingli, czyli dlaczego warto słuchać intuicji

Po zwiedzaniu Mdiny i festynie L-Imnarja, znowu mnie nosiło, żeby pochodzić na jakimś maltańskim końcu świata, z dala od zabytków, a zwłaszcza kościołów (chociaż o to akurat trudno na Malcie). Po krótkim przejrzeniu strony Visit Malta, zdecydowałam się na wyprawę wzdłuż klifów Dingli, całkiem niedaleko od Mdiny. Pojechałam tam z samego rana i z mapką zapisaną na komórce, wyprawiłam się tak „na azymut” w stronę megalitycznych świątyń Ħaġar Qim. Nie do końca trafiłam do celu, ale o moich przygodach związanych z (nie)podążaniem za mapką opowiem za chwilę.

dingli1

Swój „spacer” zaczęłam na parkingu z przylegającym do niego malutkim kościółkiem. Kilkaset metrów dalej znajdował się radar, ale nie chciałam się już do niego cofać, więc wyruszyłam na wschód wzdłuż klifu.

dingli1 dingli2

Odeszłam kilka kroków, a zatrzymał się van i pan się mnie pyta czy chcę może świeżutkie truskawki. No jasne! Nie ma chyba lepszej przekąski, zwłaszcza kiedy słońce pali, niż świeżutkie owoce „z ogródka”. Wydawało mi się, że trasę mam jako tako ogarniętą, zresztą na stronie pisali, żeby podążać za oznaczeniami szlaku rowerowego. Taaa jasne. Niby wszystko pięknie, zwłaszcza na początku, ale przy pierwszym skręcie, ja już zdążyłam się pogubić.

Zero znaków, na mapie wyglądało, że niby idę dobrze, to idę przed siebie. Ale nie wiadomo kiedy wylądowałam na końcu ślepej uliczki. Patrzę na morze i widzę, że wzdłuż niego, tam na dole, leci też jakaś ścieżka. No ale przecież nie skoczę z tego klifu na główkę, a żadnej drogi, ścieżki czy schodów nie było widać.

dingli5

Postanowiłam więc iść tak trochę na oko, tak długo, jak morze będzie po mojej prawej stronie, z nadzieją, że kiedyś dotrę do celu. Po drodze niby miały jeździć autobusy, ale wylądowałam na jakieś bocznej dróżce, totalnie na końcu świata, gdzie nawet samochodów nie było. Z jednej strony super – pięknie, cicho (!) i spokojnie.

dingli18

Po lewej stronie krzaka widać St. Julian’s i Sliemę; po prawej – Vallettę

dingli17

Salwa wybijająca godzinę gdzieś na wschodzie wyspy

Można iść przed siebie i rozmyślać nad sensem życia albo w ogóle nie myśleć i popaść w niby-medytację. Z drugiej jednak trochę zaczęło mi się to z czasem nużyć, bo maltański krajobraz jest niezwykle monotonny. Mapka twierdziła, że na swojej drodze spotkam różne ruiny kościółków, ale ja jedyne gdzie wylądowałam to na przykład gospodarstwo rolne, gdzie nie było żywego ducha, a psy biegały po dachach. Serio.

dingli14

Niewiele później znalazłam się… na polu cebuli. Tak jakby mało mi było tiptopkowania, żeby przypadkiem te psy nie zaczęły zeskakiwać z dachu, aby ochronić te kilka wychudzonych kózek i jakieś zagubione kury. Trochę winnicy, trochę cebuli, z odrobiną jakiś warzyw, a w tle ocean. Na szczęście cały czas miałam ocean po dobrej stronie, a malutka wysepka Filfla dodawała mi otuchy, kiedy już słońce zaczęło przepalać powolutku moje szare komórki.

dingli21

Filfla to w ogóle całkiem ciekawa skała. Po pierwsze, jest to wysunięty najbardziej na południe punkt Malty. No tak prawie, bo tak naprawdę jest to miniaturowa skała, leżąca tuż obok – Filfoletta. Nazwa wywodzi się ponoć z arabskiego filfel, co znaczy „pieprz”. Na pierwszy rzut oka wysepka wygląda na jedną wielką skałę (zresztą Comino z daleka nie prezentuje się o wiele inaczej). Później doczytałam troszkę o niej, w końcu towarzyszyła mi przez większość dnia, dodając otuchy, kiedy znowu znalazłam się na jakiejś dziwnej dróżce prowadzącej donikąd. Wygląda na to, że zamieszkuje ją cała masa różnego ptactwa, a także jakiś gatunek jaszczurki i ślimaka, które występują tylko tam. Nie można na Filflę się wybrać ot tak, bez zgody jakiś maltańskich oficjeli, ponieważ jest ona rezerwatem przyrody.

dingli27

Wysepka ta nie była zawsze taka miniaturowa. Ponoć mapa z końca XVIII wieku pokazuje fort, latarnię i klasztor, które się tam znajdowały przed ogromnym trzęsieniem w 1856, które zatopiły znaczną część wyspy. Kiedy na Malcie zjawili się Brytyjczycy, znaleźli dla Filfli inne przeznaczenie – marynarka, jak i lotnicy, ćwiczyli na niej celowanie, więc aż dziw bierze, że nie wygląda ona teraz jak wielki skalny durszlak. Zatem wszelkie ruiny albo ślady jakiejś ludzkiej działalności pewnie obróciły się w proch.

dingli22

Do tej pory rybacy nie mogą podpływać zbyt blisko wyspy, nie tylko po to aby chronić specjalne ślimaki, ale dla bezpieczeństwa: istnieje ryzyko, że w skałach, a także w wodzie nieopodal mogą znajdować się niewypały. Ale może to i dobrze, niech sobie te zwierzaki tam harcują w spokoju. Oby nikt już nie wpadał na pomysł ich bombardowania.

dingli24 dingli25 dingli26

Tak się jakoś zapatrzyłam na to maleństwo wystające z wody, że nawet nie zauważyłam, kiedy wylądowałam nieopodal Għar Lapsi, pięknej zatoczki i kąpieliska popularnego wśród Maltańczyków. Ogarnęła mnie przy tym ogromna radość, że znalazłam się w takim miejscu dla lokalsów. Zero turystycznej spiny, zero hałasu, skałki, woda i spokój. Większość ludzi pływała spokojnie albo smażyła się na słońcu, nikt nie nagabywał do wynajmu leżaków, kupna lekko rozmrożonych lodów czy ociekającej mało apetycznym majonezem zapiekanki.

dingli44

Weszłam do restauracji przy zatoczce i zamówiłam makaron z warzywami. Przy pytaniu czy chcę porcję a la przystawka czy danie główne, stwierdziłam, że normalną. No i to była moja zguba, bo porcja była ogromna. Wtedy przekonałam się, że jedzenie w normalnych, niewegańskich miejscach jest ogromne. Dlatego zapamiętałam sobie na kilka następnych dni, że jeśli będę gdzieś zamawiać makaron, to muszę koniecznie pamiętać o tym, żeby zrobili normalną porcję, bo inaczej wyląduję z paczką makaronu przed sobą, a mój brzuch nie będzie w stanie tyle na raz zjeść. Podziwiam Maltańczyków, jeśli faktycznie są w stanie zjeść i przystawkę, i jakieś kilkaset gram makaronu. Naprawdę.

Średnio widziało mi się wędrowanie z pełnym brzuchem, więc schowałam się w cieniu skał nad wodą z książką. Po jakimś czasie pomyślałam, że wypadałoby się wykąpać, więc przebrałam się szybko w strój, który zapobiegawczo wzięłam ze sobą i chwilę później pluskałam się w orzeźwiającej wozie. Wzięłam ze sobą mały wodoodporny aparat z nadzieją na cyknięcie kilku podwodnych zdjęć i nawet udało się złapać jakieś kilka rybek!

Kiedy już się odświeżyłam po spacerach na totalnym zadupiu Malty, postanowiłam, że idę dalej i że tym razem postaram się iść według mapki. I to okazało się moją zgubą. Minęłam knajpkę w klimacie obozów sportowych sprzed lat i podążyłam ścieżką. Nie wyglądała może ona na porządnie ubitą drogę, ale wszystko wydawało się być w porządku, zwłaszcza że przede mną szła para z psem. Gdzieś w oddali widać było jedną z wież, których pełno na Malcie (też na Gozo, a nawet na Comino!), więc stwierdziłam, że dojdę do niej, a potem już do Ħaġar Qim powinien być tylko rzut kamieniem.

Po kilku minutach ścieżka zaczęła się coraz bardziej zwężać, ja szłam coraz bliżej klifu, który w zastraszającym tempie robił się coraz wyższy. Wiatr zaczął wiać w najlepsze, a po plecach spływać strużka zimnego potu. Moja intuicja podpowiadała mi, że coś tu nie tak. No ale patrzę na mapkę, sprawdzam swoje położenie na Google Maps, a tam ścieżka, czarno na białym. Ścieżka zniknęła, a ja przytulona do skały, niemalże na czworakach, „szłam” przed siebie. No bo jak tamta para przede mną przeszła bez problemów, to pewnie po prostu wiedzą, że to takie zwężenie, no i trzeba iść dalej. Okazało się po jakimś czasie, że oni skręcili w dół w stronę zacisznej zatoczki, a ja po ponownym skonsultowaniu się z mapą, wyruszyłam wzdłuż ścieżki, która o dziwo pojawiła się ponownie. To mnie jakoś podbudowało, więc zaczęłam iść coraz pewniej, mimo że wiało już w najlepsze. Nie zanosiło się jednak na deszcz, a ja chciałam już mieć za sobą to przytulanie się do klifów, więc szłam coraz szybciej.

dingli28 dingli29 dingli32

I znowu to samo. Ścieżka stawała się coraz węższa, a ja w pewnym momencie schowałam do plecaka aparat, żeby przypadkiem nie bujnął i mnie nie przeważył. Głos w mojej głowie zaczął powtarzać: „Karolina, zawróć”. Ale tak bardzo nie chciałam przebijać się ponownie koło tego nieszczęsnego klifu, że brnęłam dalej. Do momentu… kiedy ścieżka się skończyła. A ja znalazłam się na skale niczym z „Króla Lwa”, trójkącie z klifu wysokiego na co najmniej kilkanaście metrów. Z prawej przepaść. Z lewej przepaść. A ja myślałam, że dostanę zawału.

dingli35

Przez chwilę miałam ochotę wdrapać się na ten cholerny klif Dingli, który towarzyszył mi przez całą drogę. Wolałam już poskakać niczym jakaś kozica, niż czołgać się z powrotem. Usiadłam na chwilę, przytulona do skały i wyrównałam oddech. A niech to. Nie dałam się jednak strachowi, bo wiedziałam, że od tego zależy powodzenie całej misji. Powoli, stawiając rozważnie stopy, zaczęłam się wycofywać. Już mi się odechciało wizyty gdziekolwiek. Chciałam dostać się w jakieś bezpieczne miejsce, napić zimnej kawy i odetchnąć. Ale wiedziałam, że przy wzmagającym się wietrze, spacer, który zajął mi wcześniej kilkanaście minut, teraz może potrwać o wiele dłużej. No ale nie miałam wyjścia. Powolutku, pomalutku, doczołgałam się z powrotem w miejsce, gdzie mini ścieżynka zaczęła przypominać drogę. Minęłam znak, krzyczący do mnie „Danger!” i zaśmiałam się głośno. Wręcz histerycznie. Z godzinę wcześniej zrobiłam sobie tam zdjęcie, z miną, którą mój tata nazywa „zadziorem”. A teraz czułam się totalnie wyzuta z energii, wystraszona i zmęczona. W ułamku sekundy poczułam się wykończona. Trasa miała mieć jakieś 10 km, ale przez to moje kluczenie po dziwnych ścieżkach, wracanie się, próby znalezienia dobrej trasy, pewnie przedreptałam w pełnym słońcu o wiele więcej. Nie wspominając już o końcówce, która odebrała mi chęć dotarcia do końcówki trasy, promowanej przez maltańską organizację turystyczną.

dingli36

dingli39 dingli33

Doczłapałam się jakoś do kawiarenki, gdzie kupiłam lurowatą kawę z lodem, ale to nieważne. Postawiła mnie na nogi na tyle, żebym ogarniała, co się dookoła mnie dzieje. Przeklęte Dingli, pomyślałam. Niby takie piękne, towarzyszyły mi cały dzień, a przyszło co do czego i mnie zdradziły. A niech was! Poszłam na przystanek tuż obok pseudo kawiarenki, a tam przywitał mnie napis, że „przepraszamy bardzo, ale ten przystanek jest nieczynny, prosimy o przejście na następny”. Następny przystanek nie może być zbyt daleko – powiedziałam trochę do siebie i nie zastanawiając się więcej, zaczęłam iść pod górę, w stronę głównej drogi.

dingli38

To, co na mapce pewnie było kilkuset metrami, mnie wydawało się wiecznością. Zmęczona, szłam powoli pod dość stromą górę, której nawet aż tak dobrze nie zauważyłam, kiedy rześkim krokiem niemalże truchtałam z górki w stronę morza kilka godzin wcześniej. Doszłam do skrzyżowania, a tam pustki. Zero samochodów, brak przystanku. Stwierdziłam, że nie będę się wracać, co to, to nie, więc wyruszyłam w drugą stronę. Po jakimś czasie zobaczyłam znak w kierunku Valletty, więc stwierdziłam, że najwyżej będę łapać stopa. A w najgorszym wypadku dojdę z powrotem do hotelu piechotą, w końcu z jednego końca wyspy na drugi (z południa na północ), idzie się najwyżej dwie czy trzy godziny, przynajmniej według Google Maps. Na szczęście niebawem wylądowałam na jakimś większym rondo-skrzyżowaniu i odnalazłam jakiś przystanek. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jechać, więc postanowiłam poczekać na jakikolwiek autobus, nieważne w którą stronę. Po kilku minutach los zlitował się nade mną i podjechał jakiś autobus. Powiedziałam kierowcy, gdzie chcę pojechać, on mi wytłumaczył, gdzie mam się przesiąść i rozsiadłam się w klimatyzowanym wnętrzu. Po kilku przesiadkach, zahaczeniu o kilka knajpek, gdzie chciałam zjeść jakieś wegańskie ciacho, a które okazały się zamknięte, wylądowałam w hotelu i padłam wykończona na łóżko.

Wiecie, co w tej całej historii jest najfajniejsze? Że to chyba ten dzień wspominam do tej pory najbardziej. Z perspektywy czasu to wszystko nie wydaje się już takie straszne, a staje się coraz bardziej materiałem na anegdotę. To ciekawe, jak działa ludzka pamięć, no nie? Co z tego, że dzień później, miałam zero ochoty na cokolwiek, więc odpuściłam jakiekolwiek chodzenie i podróżowanie i spędziłam go w przesympatycznej wegańskiej knajpce w Gzirze – The Grassy Hopper – gdzie objadłam się bananowym chlebko-ciachem i opiłam przeróżnymi smoothies. Odpoczęłam, różne dziwne myśli w głowie zaczęły się układać, a zakwasy w dziwnych miejscach nóg przestały dawać (aż tak) w znak. Rada na przyszłość: jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli iść przed siebie na Malcie, nie korzystajcie z żadnych turystycznych mapek, bo Maltańczycy nie mają zielonego pojęcia o oddawaniu rzeczywistości na mapie, nie mówiąc już o znakowaniu dróg. Chociaż jeśli podejdziecie do sprawy tak jak ja, to przynajmniej będziecie mieli co wspominać!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (10)

  1. Niezłe pustkowia! Można by tam nakręcić jakiś marsjański film SF :P. Gdyby nie to przepiękne niebieskie niebo ;-)).

    • Karolina

      Prawda! Nieraz przez godzinę nie mijał mnie żaden samochód, a w oddali nie było żadnych domów.. Totalne zadupie 😀

  2. Heh, uśmiałem się. Zazdroszczę widoków i podziwiam optymistycznie nastawienie w stosunku do Google Maps. 🙂

    • Karolina

      Dzięki 🙂 W większości przypadków Google Maps się sprawdzają, co sprawia, że człowiek zaczyna im bezgranicznie wierzyć… no i potem ląduje na jakimś klifie 😛

  3. No cóż, jakby wszystko poszło jak po maśle, to nie byłoby czego wspinać i z czego się śmiać. Mnie rozbroiło pole cebuli, Klimat niczym z Albanii 😛 My tam kiedyś trafiliśmy na urokliwe pole kapusty. Też było fajnie 😀

    • Karolina

      W Albanii mnie jeszcze nie było, ale na Malcie kilka razy wylądowałam na takim totalnym zadupiu 😀 Ale pole cebuli było wyjątkowo urokliwie!

  4. Oj mieliśmy też parę takich histori, wypadów w „dżunglę”, powrotów z podkulonym ogonem ze szlaków, które miały być krótkie i oznakowane i to prawda, że po jakimś czasie to właśnie je wspomina się najdłużej i najlepiej! 🙂

    • Karolina

      Powtarzałam sobie, czołgając się po tym nieszczęsnym klifie, że „przynajmniej będę miała co opowiadać”. I od razu było łatwiej 😀

  5. 🙂 też kilka razy nie udało mi się dotrzeć do celu, chociaż byłam obok- chrzanić to. I też miałam sytuacje, gdy zniecierpliwienie zaczynało graniczyć ze strachem, wtedy chciałam po prostu rzucić wszystko, ale z czasem stało się to właśnie zabawną anegdotą 🙂 i może nie zrobiłaś tego, co sobie założyłaś, ale zamieniłabym zwykłe, szybkie wdrapanie się na klif, na Twoją (męczącą) przygodę, bo pomijając jej wady, brzmi o wiele ciekawiej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *