Gozo, czyli Malta trochę z innej strony

W końcu nadszedł ten dzień, którego z reguły nie cierpię. Ostatni dzień podróży czy pobytu gdzieś. Zazwyczaj cierpię, bo nie mogę pogodzić się z myślą, że to już koniec i że czas wracać do domu. Ale odkąd skończyłam studia, gdzie przez kilka lat mieszkałam a to w Anglii, a to w Japonii, a to w Korei, moje pojęcie „domu” się trochę rozmyło. A ja, nie wiem czemu, czułam się na Malcie coraz bardziej klaustrofobicznie. Niby miałam w planach wizytę jeszcze w Marsaxlokk, ale po przejściu kilkunastu kilometrów wzdłuż klifów Dingli miałam już trochę dość Malty. Coraz bardziej miałam wrażenie, że widziałam już wszystko. Kiedy stanęłam na fortyfikacjach Mdiny kilka dni wcześniej, cała Malta leżała przede mną jak na dłoni. A ja potrzebowałam czegoś więcej.

Z samego rana (nawet wcześniej niż to mam w zwyczaju), wybrałam się ponownie w stronę Ċirkewwy tak, jak przy okazji wyprawy na malutkie Comino. Tym razem wsiadłam jednak na ogromny prom. Pierwsze zdziwienie? Na pokładzie można było złapać darmowe Wi-Fi. Tutaj muszę się przyznać, że cierpię na (nie)małe uzależnienie od Internetu, które mam nadzieję wyleczyć podczas pobytu w Korei Północnej poprzez totalny detoks. Kupiłam sobie jakąś lurowatą kawę, chociaż po amerykańskiej kawie, każda wydaje mi się smaczna i zasiadłam z komórką w dłoni, starając się w miarę ogarnąć, co chcę zobaczyć.

W ogóle nie zdziwił mnie fakt, że większość rzeczy, które chciałam zobaczyć, leżały na przeciwległych końcach wyspy. Normalnie jak na złość. Postanowiłam nie przejmować się zbytnio tym fantem, bo wyspa była niewielka. Zobaczę, co zobaczę. Poszwendam się trochę, porobię zdjęcia, może zjem coś dobrego. I na takich rozmyślaniach (no i sprawdzaniu co chwilę, czy aby ktoś nowy nie lajkował czegoś na FB czy Instagramie) nawet nie wiem kiedy upłynęła większość drogi na Gozo.

Malutki port Mġarr nie miał specjalnie dużo do zaoferowania. Gdzieś w oddali majaczył kościół, ale nie miałam w ogóle nastroju na kolejne kaplice i kościółki. Na Malcie jest ich ponoć 365. Na początku taka liczba pewnie nie robi wrażenia, jednakże kiedy weźmiemy pod uwagę, że mieszka tutaj jedynie trochę ponad 400 tysięcy osób, powoli zaczyna ona przytłaczać.

Zatem postanowienie numer jeden: koniec z kościołami.

Niedługo doszło kolejne: nie stresuj się.

No i trzecie: spróbuj zrobić coś, czego się boisz.

A czy jest coś bardziej przerażającego niż jazda samochodem po lewej stronie po górzystym terenie i uliczkach, które są nieraz niewiele szersze od malutkiego samochodu? Do tej pory mam wrażenie, że kierowcy maltańskich autobusów używają jakiejś magii, niczym „Błędny Rycerz” w Harrym Potterze, bo czasami zaprzeczają podstawowym prawom fizyki. Po wyjściu z portu zaszłam do malutkiej wypożyczalnio-graciarni i udało się wziąć jakiegoś malutkiego grata i to całkiem tanio. Początkowo w planach było poruszanie się autobusem, ale jak zobaczyłam rozkład – jeden autobus na godzinę czy dwie – to mi się odechciało.

Miałam wgraną na telefon mapkę Malty i Gozo, ale nie okazała się jakoś szczególnie przydatna, bo można się po Gozo poruszać w miarę „na azymut”. Najpierw podjechałam do stolicy Victorii (zwana przez mieszkańców Rabat), lecz próba zaparkowania spełzła na niczym. Wszędzie tłumy i totalny chaos, więc postanowiłam uciec stamtąd jak najszybciej i wrócić może późnym popołudniem, jak ludzie pochowają się w domach.

Za cel obrałam sobie, dość przypadkowo, Xlendi, głównie dlatego, że znajduje się tam… Grota Karoliny. Początkowo nie miałam w ogóle zielonego pojęcia, o jaką Karolinę chodzi, ale jedynie nazwa wystarczyła mi do podjęcia decyzji o tym, żeby tam podjechać. No i okazało się, że jednak warto słuchać własnej intuicji, nie tak jak miało to miejsce dwa dni wcześniej na klifach Dingli. Mimo że spędziłam w Xlendi tylko ze dwie godziny, atmosfera tam panująca niesamowicie przypadła mi do gustu i aż żałowałam, że nie przyjechałam na Gozo na dłużej niż jeden dzień.

gozo1 gozo2 gozo6 gozo7

Grota Karoliny wzięła swoją nazwę od Caroliny Cauchi, urodzonej w 1824 roku. Pochodziła ona z bogatej i religijnej rodziny, lecz postanowiła żyć w ubóstwie, przekazując sporo majątku zakonowi dominikanek. Ponoć siostry odwiedzały ją w jej domu w Xlendi i nawet zażywały kąpieli w lazurowej wodzie zatoczki. Aby schować się przed niechcianymi oczyma, kąpały się właśnie w tej grocie, do której prowadzą strome schody, a nawet i mała brama.

gozo15

gozo17 gozo18

Po drugiej stronie zatoki widać wieżę Xlendi, jedną z wielu fortyfikacji rozsianych na Malcie. Nie miałam jednak ochoty obejść całej zatoczki, aby do niej dojść, więc wróciłam spokojnie na mały bulwar, aby znaleźć odrobinę cienia i może zjeść coś dobrego.

gozo8 gozo9

Na początku zaszłam do polecanej przez przewodnik restauracji Ta’ Karolina, nazwanej tak od groty. Niestety kelnerka, jak tylko usłyszała, że jestem weganką, powiedziała niby, że „teoretycznie kucharz mógłby przygotować coś specjalnie dla mnie”, ale po chwili dodała, żebym jednak poszła gdzieś indziej. Kolejna knajpka i znowu to samo. Niezwykle się zdziwiłam, bo do tej pory nie miałam jakiś wielkich problemów. Postanowiłam zatem pójść do jakiegoś miejsca trochę na uboczu i była to świetna decyzja. Zjadłam tam chyba najlepszy posiłek podczas mojego pobytu na Malcie, a na pewno była tam najmilsza obsługa.

gozo10 gozo16

Momentami czułam się wręcz jak jakiś VIP. „Och, przyniosłam pani dip z fasoli z krakersami, sprawdzałam specjalnie, czy nie ma w składzie jajek albo mleka, mam nadzieję, że będzie pani smakować”. Potem zupa z ciecierzycy, też po sprawdzeniu z kucharzem, który przybiegł, że nie nie, on tylko warzywa, nie dodaje tam mleka ani masła. A na końcu talerz makaronu, któremu już nie dałam rady, więc zapakowano mi go na drogę w przeurocze pudełeczko. Kilka dni temu narzekałam, że coś z Maltańczykami jest nie tak, ale może wystarczyło przyjechać na Gozo?

Najedzona i zrelaksowana, ruszyłam dalej w drogę. Zdecydowałam się na bardziej malowniczą wersję, co z jednej strony było dobrą decyzją, bo widoki były naprawdę cudowne, a dookoła cisza i spokój. Niestety nie przewidziałam, że jazda po lewej stronie, po ciągłych górkach i po szutrowej drogie i to na dość humorzastej ręcznej skrzyni biegów, może być tak męcząca.

gozo22 gozo23 gozo26

Po drodze zatrzymałam się na totalnym zadupiu, bo zauważyłam jakiś mały zagajnik z parkingiem obok. Nazwa „L-Ghadira Ta’ San Raflu” niewiele mi mówiła. Podeszłam bliżej i doczytałam, że to… staw. Wyglądał dość marnie, ale stała przed nim dzielnie tabliczka, wychwalająca „bogatą faunę i florę”, która bogata jest jedynie w porównaniu do suszy dookoła. Nie przekonało mnie to jeziorko Świętego Rafała, więc po chwili wróciłam do auta i pojechałam dalej – tym razem w stronę słynnego Lazurowego Okna.

gozo24

Tłukłam się po niebywałych dróżkach, momentami zastanawiając się czy się zmieszczę. Patrzę jednak na mapę, a tam jak byk, droga krajowa. No jak krajowa albo inna główna na tyle, że ma swój numer, to chyba będzie w porządku, pomyślałam. I było, mimo że przez chwilę było w miarę zabawnie, jak z drugiej strony też nadjechał jakiś zagubiony turysta w równie miniaturowym autku. Daliśmy radę, chłopak wyglądał na lekko przerażonego, mam nadzieję, że ja aż tak źle nie wyglądałam w tym całym zamieszaniu.

gozo26

Wylądowałam w końcu na bardziej cywilizowanej drodze, nieopodal wioski San Lawrenz, ale najpierw minęłam wielkie zabudowania luksusowego hotelu Kampinski, który… wyglądał strasznie. Taki kompleks na środku niczego z całą masą aż zanadto dopieszczonych palemek. Brrr.

Sama wioska wyglądała jednak na bardzo sympatyczną. Niby cisza i spokój, ale nie miałam wrażenia, jakby ludzie pochowali się po kątach przed turystyczną zarazą. Widać było, że tli się tam jakieś życie, nawet jak przytłumione przez nieludzki upał (z każdym dniem znosiłam go coraz gorzej, a pierwszego dnia tak go wychwalałam!). Aż żałowałam, że nie mam tyle czasu, żeby sobie tam posiedzieć, pójść do jakiejś knajpki i porozmawiać z kimś.

Po kilku minutach na drodze zaczęło pojawiać się coraz więcej samochodów, więc od razu wiedziałam, że jadę w dobrą stronę. Za chwilę moim oczom ukazał się parking, a w tle cała masa vanów, budeczek i innego kiczu. No to dojechałam na miejsce, pomyślałam. Zaparkowałam w najmniejszym słońcu, jak to tylko było możliwe, chociaż nie było w tej kwestii zbyt wielkiego wyboru. Dosłownie chwilę później nadjechał autobus Hop On & Off i wysypała się z niego grupka lekko znudzonych Azjatów, którzy jak tylko zobaczyli w oddali słynne Lazurowe Okno, odzyskali nagle energię i pobiegli w jego stronę na łeb, na szyję.

gozo27

Próbowałam kupić sobie coś zimnego do picia, bo padałam od jazdy w małym piekarniku na kółkach, lecz okazało się to dość trudnym zadaniem. Cola, piwo, nie ma sprawy. Ale woda? Po co komu woda? Chodziłam więc od budki do budki i po jakimś czasie udało mi się zdobyć butelkę wody. Po chwili okazało się, że w okolicy nigdzie nie ma cienia. Na szczęście chwilę potem dopatrzyłam, że cień jest… obok kościółka. Niby obiecałam sobie, że będę się trzymać od nich z daleka, ale konieczność wygrała. Usiadłam więc, przytulając się do jednej ze ścian, wyciągnęłam z plecaka małe pudełeczko z resztką makaronu i siedziałam, podziwiając małe niby jezioro, które połączone jest z morzem skalnym korytarzem.

gozo28 gozo29 gozo30

Jak zwykle w początkowych planach miałam kąpiel, więc na dnie plecaka czekał na ten moment strój kąpielowy. Ale jakoś nie przekonywało mnie kąpanie się w malutkim skalnym zbiorniku wśród dosłownie tłumów ludzi. Poszłam w stronę Okna, a tam jeszcze więcej ludzi i jeszcze mocniejsze słońce. Porobiłam trochę zdjęć, ale w duchu czekałam tylko na to, aż będę mogła schować się przed skwarem i gwarem. Uciekłam niemalże truchtem do auta i odjechałam w stronę Victorii z nadzieją na znalezienie jakiejś kawiarenki, gdzie mogłabym przeczekać najgorszy upał.

O dziwo, w mieście, w przeciwieństwie do poranka, panował spokój. Z zaparkowaniem, nawet w ścisłym centrum, nie było najmniejszego problemu. Zatrzymałam się zatem w samym sercu Gozo i wybrałam na poszukiwanie mrożonej kawy. Weszłam do przypadkowej knajpki, która z zewnątrz wyglądała totalnie oldschoolowo, pogodzona z faktem, że przyjdzie mi pić jakąś lurę z lekko roztopionym lodem. Wchodzę do środka i jakbym cofnęła się w czasie. Boazeria, zagracone półki, obrazy, wycinki z gazet, drewniany bar. Ciemno i klimatycznie, a jedynym klientem był stary Maltańczyk, który czytał gazetę, popijając herbatę. Zrezygnowana i wykończona, usiadłam w kącie i spojrzałam na menu. A moje oczy po chwili zrobiły się ogromne. W karcie: sałatka z quinoą, kanapki z hummusem i pieczonym burakiem – XXI wiek i to w wersji przyjaznej weganom. Magia!

gozo32 gozo31

Zamawiam kawę, a kelner do mnie, że nie ma sprawy, on mi wszystko zmiksuje razem z lodem, a może chciałabym też zimną herbatę, którą przygotował rano z jakiejś mieszanki ziółek i owoców? Ależ poproszę. Za kilka minut widzę, jak wraca ze zblendowaną kawą (w perfekcyjnych proporcjach, co sprawia że wygląda jak ciemne piwo, z taką grubą pianą) i przelewa ją do kieliszka. Jakiś czas później pojawia się na stole ogromna porcja kanapki z hummusem na maltańskim chlebie, zwanym po maltańsku Ħobż. No i powiem Wam jedno – poczułam się bardziej jak w jakiejś burżujskiej knajpce w Londynie niż w takim niby pubie na Gozo. Posiedziałam tam prawie dwie godziny, bo zagadałam się z kelnerem, a potem przeglądałam zdjęcia i tak jakoś się rozmarzyłam, że w ogóle nie miałam nastroju na ruszanie się gdziekolwiek.

No ale jak już byłam w Victorii, wypadałoby coś z niej zobaczyć. Poszłam w stronę starego miasta i przyznam szczerze, że niespecjalnie mnie ono zachwyciło. A nawet w ogóle. Obecnie jest ono w remoncie, a na przykład bramę budują niemalże od początku; niestety po przejściu przez mury ma się wrażenie, jakby się znalazło w skansenie a nie w sercu miasta. Jakkolwiek w Mdinie faktycznie mieszkali ludzie, tutaj nie działo się nic. Całość była w trakcie renowacji i po przejściu się trochę dookoła, poczułam się bardziej jak na planie filmowym niż w autentycznym zabytku i uciekłam stamtąd jak najprędzej.

Chciałam zobaczyć na wyspie jeszcze kilka miejsc, ale powoli opuszczały mnie siły. Stwierdziłam, że objadę Gozo dookoła, zwłaszcza od strony północno-wschodniej i jeśli mi się coś spodoba, to się zatrzymam, a jak nie, to trudno. Minęło może kilka minut, a ja wyjechałam ze stolicy Gozo i znowu wylądowałam niemalże na końcu świata. Tym razem trzymałam się jednak porządniejszych dróg, bo mnie przygrzało na tyle, że nie miałam już siły na bardziej malownicze trasy.

gozo37 gozo36

Niby w głowie miałam cel podróży, czyli plażę Ramla, o której wspomniał mi kelner w Victorii, ale jak tam dojechałam i zobaczyłam całą masę ludzi z materacami, parasolami i innymi bajerami, to mi się odechciało. Po drodze zwróciłam jednak uwagę na fascynującą rzecz: w zatoczce Xwejni skonstruowane były specjalne „odsalarnie”, gdzie odparowywano morską wodę, aby otrzymać sól, z której zresztą Gozo słynie. Nieopodal znajdowała się malutka plaża, na której przycupnęłam na chwilę aby napatrzeć się na morze, ale ochota na kąpiel nadal nie wróciła.

gozo42 gozo44

gozo45

Powoli opadałam z sił, a te wszystkie miasteczka na Gozo zaczęły mi się zlewać w jedno. Przyszedł czas na powrót. Nawet nie wiem kiedy wylądowałam z powrotem w Mġarr, zaparkowałam grzecznie samochód, wrzuciłam do skrzynki kluczyki i wybrałam się na kolację w jednej z przyportowych knajpek. Znowu uśmiechy, pyszny makaron i do tego mały kieliszek pysznie słodkiego białego wina. Część mnie była smutna, że to koniec podróży, bo to w ruchu czuję się najlepiej. Jednakże coraz bardziej byłam zmęczona Maltą i upałem. Trochę żałowałam, że nie spędziłam na Gozo więcej czasu, ale przynajmniej nie czułam, że chcę wracać, jak to było w przypadku głównej wyspy po wyprawie na klify Dingli. Jak zwykle pełna sprzeczności, siedziałam na tarasie restauracji, patrząc na nadpływający z oddali prom. Na mnie już czas. Zrobiłam kilka notatek w podróżniczym notesie, spakowałam wszystko do plecaka i żegnając się w duchu z Gozo, poszłam w stronę portu.

gozo46

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (12)

  1. Widoki wspaniałe, a postanowienie o niezwiedzaniu kościołów jest dla mnie niespuszczalne. W życiu bym sobie tego nie odpuścił, bo to jedna z niewielu dróg łącząca nas całym duchem z poprzednimi wiekami. Żeby poczuć klimat miasta zawsze wybieram się do jakiejś świątyni w której przed wiekami przebywali ludzie, uwielbiam kontemplować nad ich życiem codziennym etc. No ale co kto woli 😉 Koniec końców dla takich wspaniałych widoków warto pocierpieć 😀

    • Karolina

      Już tyle kościołów widziałam podczas tych kilku dni na Malcie, że chyba jeden dzień bez odwiedzin w kościele zostanie mi wybaczony 😀 Zresztą wiele z nich jest zamkniętych na cztery spusty w środku dnia, więc z reguły nawet jakbym bardzo chciała wejść do jakiegoś, to pocałowałabym pewnie klamkę 😛

      • „Niedługo doszło kolejne: nie stresuj się” dopiero ostatniego dnia? Wybierając się na Maltę warto założyć z góry, że coś będzie nie tak. Szczególnie autobusy. 😉

        Z wodą i tak miałaś szczęście. 🙂 Ja gdy kiedyś poprosiłem o zimna dostałem butelkę z jedna wielka bryła lodu w środku. Rozmrażała się przez jakąś godzinę. 🙂

        Co do kościołów to Katedra w Cytadeli na Gozo ma jedna nietypową rzecz. Nie ma kopuły, za to na sklepieniu jest malowidło ją udające. Nie jest o oczywiście coś co powala. 🙂 Niestety chyba nic na wyspach nie przebije Konkatedry św. Jana w Valletcie. 🙂 Z tych legendarnych 365 większość to niewielkie kaplice (tak jak ta na klifach) stojące często na obrzeżach wiosek i miasteczek i zwykle zamknięta. Otwarte zwykle są główne kościoły w miejscowości.

  2. ech, miałam intuicję,że w końcu nie zdecydowałam się na Maltę – jak piszesz że klaustrofobia ;- ) na Gozo myślałam,że totalne zadupie ale jak widac nie. chyba Tobie też niespecjalnie podobało? jak patrzę na zdjęcia to widzę,ze jak dla mnie za miejsko i za płasko….

    • Karolina

      Mnie się na Gozo podobało, ale byłam tam tylko jeden dzień, więc zobaczyłam to, co chciałam. Na Malcie spodobała mi się Valletta i chodzenie trochę bez celu przez kilka dni na totalnym końcu świata, ale monotonny krajobraz mnie dość szybko znudził. Fajny wypad na dłuższy weekend, ale dla mnie ten tydzień to było trochę długo.

  3. Ten wpis o Malcie podobał mi się najbardziej ze wszystkich chyba ze względu na podjęcie decyzji o zrobieniu czegoś odważnego i z powodu klimatycznej kawiarenki.
    Szkoda, że nie masz zdjęcia siebie w tym samochodziku, bardzo dopełniłoby posta.
    Mimo, że palące non-stop słońce i brak zieleni to kompletnie nie moje klimaty to podobała mi się relacja z tej wyprawy. Jak zwykle mam wrażenie, że siedzisz gdzieś obok mnie z kawą i opowiadasz z entuzjazmem jak jakaś znajoma, którą znam od niepamiętnych czasów. Czasami mam ochotę cię wyściskać za to jaką niesamowitą, sympatyczną i pełną pozytywnej energii osobą jesteś! 🙂

    • Karolina

      Dziękuję ślicznie za takie miłe słowa, aż mi się ciepło na duszy zrobiło 😀 Nie zawsze jestem taka „pełna pozytywnej energii”, ale się staram.
      A kawiarenka była niesamowita. Odpuściłam zwiedzanie kilku miejsc, żeby tam posiedzieć dłużej. No i kawa była pyszna, więc czego chcieć więcej?
      Pozdrawiam ciepło! <3

  4. Może to dlatego, że już koniec dnia pracy i jestem trochę zmęczony, ale część odnośnie knajpki przypadła mi najbardziej do gustu. A może właśnie schłodzoną herbatkę z lokalnych mieszankami ziołowymi w gorące popołudnie?

    • Karolina

      Bo knajpkę do tej pory wspominam niesamowicie sympatycznie, więc pewnie pisało się o niej też lżej 🙂 Próbowałam powtórzyć cuda w wykonaniu tego kelnera, ale to nie to samo.

  5. Byłem na Malcie 3 lata temu ale niestety na Gozo nie udało się dostać z powodu małego wypadku partnerki. Mam nadzieję, że wrócę kiedyś na Maltę i uda się dokończyć zwiedzanie bo widać, że sporo mnie ominęło 🙂

    • Karolina

      Na Gozo naprawdę warto się wybrać i żałuję, że nie spędziłam tam kilku dni 🙂 Mam nadzieję, że też Ci się kiedyś uda tam pojechać!

  6. Wygląda naprawdę atrakcyjnie chociaż chyba faktycznie Malta jest na tyle mała, że nie dziwię się, iż czułaś się nieco klaustrofobicznie. Zastanawiam się nad odwiedzeniem Sycylii i Malty we wrześniu. W jakich cenach są hotele/hostele?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *