Czy kolonizacja Korei to źródło jedynie złych wspomnień?

Podejrzewam, że większość z Was nasłuchała się opowieści na temat polskich zaborów, powstań, heroizmu i patriotyzmu. Zresztą trudno ich uniknąć, z lekcji historii w polskiej szkole pamiętam głównie martyrologiczne peany. Każdy kolejny „najeźdźca“ był złem wcielonym. Jak nie Prusy, Rosja i Austro-Węgry, to nazistowskie Niemcy czy komunistyczna Rosja. A Polacy w tym wszystkim byli narodem wręcz uświęconym. Tak przynajmniej odbieram większość polskich mediów. Warto jednak zauważyć, że nie jesteśmy jako naród w podobnym podejściu odosobnieni, mimo że z reguły stawiamy Polskę w centrum wszechświata. Na kontraście „dobrzy rodacy“ – „źli najeźdźcy“ tożsamość narodową zbudowało w końcu wiele państw, nie tylko w Europie.

W Korei sprawę komplikuje fakt, że po okresie kolonizacji przez Japonię, nie nacieszyła się ona długo niepodległością – w końcu dzisiaj półwysep koreański rozdarty jest na pół. Tak samo wygląda zresztą dyskurs na temat kolonizacji po obu stronach 38. równoleżnika: jest czarno-biały. Z jednej strony mamy walczących do ostatniej kropli krwi Koreańczyków przeciwko japońskim najeźdźcom, a z drugiej okrutnych Japończyków i wspierających ich kolaborantów. Tak, większość koreańskiego społeczeństwa wycierpiała aż zanadto podczas kilkudziesięciu lat japońskich rządów. Nie dajmy się jednak wciągnąć w pułapkę takiego prostego zaszufladkowania. Na ten okres przypada w końcu modernizacja Korei i powstanie „nowoczesnej” burżuazji, która potrafiła wykorzystać początki kapitalizmu, aby poprawić swoje życie.

Sporo koreańskich historyków ignoruje ten fakt, bo dodaje on do dyskusji niepotrzebne odcienie szarości. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to właśnie rozwój gospodarki w tym okresie (oficjalna data kolonizacji to 1910-1945, lecz Japończycy zaczęli mieć ogromne wpływy kilka dekad wcześniej) umożliwił późniejszy powojenny cud gospodarczy. Większość ogromnych firm koreańskich, które teraz zdobywają świat, tak jak na przykład Samsung, ma korzenie właśnie w pierwszych dekadach XX wieku. Koreańczycy nie mogą się jednak z tym pogodzić. No bo jak zaakceptować fakt, że to podczas panowania Japończyków udało się jako tako unowocześnić Koreę? Co jakiś czas kolejny historyk próbuje udowodnić, że „kapitalizm” zaczął kiełkować pod koniec dynastii Chosŏn. Są też tacy, którzy upierają się, że Korea osiągnęłaby taki sam wzrost gospodarczy nawet bez japońskiej pomocy. Jednakże gdybanie nic tutaj nie zmieni. Skupmy się zatem na faktach.

kolonializm5

Z reguły uważamy „nowoczesność” za coś całkowicie dobrego. Kojarzy się ona w końcu z całą masą innych wartości, takich jak „emancypacja” czy „liberalizm”. Z drugiej strony, „kolonializm” ma jedynie negatywne konotacje: „wyzysk”, „niewola”, „cierpienie”. Tak samo w Korei, jak i w Polsce, unikamy analizowania kolonializmu jako czegoś skomplikowanego, z wieloma niuansami, a nawet momentami pozytywnego. Łatwiej jest nazwać coś „złem”, niż zastanowić się nad wielopłaszczyznowymi skutkami. W Korei dyskusje na ten temat są niesamowicie ograniczone, bo kolonizacja używana jest do celów stricte politycznych, na przykład do budowania tożsamości narodowej. Rządy obu Korei odnoszą się co chwilę do tych kilkudziesięciu lat, aby pokazać, że to oni są bardziej koreańscy, bo walczyli przeciwko Japończykom bardziej, więcej i lepiej.

Rozwój koreańskiej gospodarki świetnie pokazuje, że nie możemy patrzeć na takie okresy w historii danego narodu jak zabory/kolonizacja w tak ograniczony sposób. Jednakże początki kapitalizmu na półwyspie koreańskim wcale nie były takie łatwe. Po utworzeniu rządu kolonialnego, wprowadzono szereg ograniczeń dla dopiero raczkującej koreańskiej gospodarki. Korea miała być „prostą rolniczą kolonią” i mało kogo obchodziło cokolwiek innego. Obawiano się nawet, że skupienie uwagi na innych aspektach gospodarki odwróci uwagę od tego celu. Podejście zmieniono dopiero po „Ruchu Pierwszego Marca” w 1919, kiedy cały kraj objęły demonstracje i protesty. To wtedy zaczęła się rodzić koreańska tożsamość narodowa. Wcześniej Koreańczycy niezbyt się nad tym zastanawiali. A teraz, im bardziej Japończycy próbowali stłamsić ich kulturę, tym bardziej Koreańczycy uświadamiali sobie, że wcale nie są gorsi. I odkrywali, tworzyli, dopieszczali to, co później zaczęło być uznawane za „koreańskość”.

Według japońskich źródeł, w zamieszkach w 1919 zginęło 7509 osób, 46948 zostało aresztowanych, a 15961 rannych1. Japończycy postanowili zamienić autorytarne rządy wojskowe (budan seiji)2 na „oświecone rządy” (bunka seiji; „bunka” oznacza dosłownie „kulturę”). Zaczęto promować pojęcie japońsko-koreańskiej harmonii nissen yūwa, której głównym celem miało być pogłębienie współpracy kapitalistów z tych obu państw. Dlatego też japońska kolonizacja była czymś więcej od “zwykłego zabierania materiałów, kojarzonego z kolonializmem”3. Niestety, promowanie wszelkiego typu reform pod płaszczykiem “oświecenia” oznaczało dla większości Koreańczyków niewyobrażalne cierpienie. Nikt nie przejmował się takimi rzeczami, jak warunki pracy. Warto podkreślić jednak, że nie byli oni wykorzystywani jedynie przez Japończyków, lecz także przez swoich rodaków, czyli zyskujących na wzroście gospodarczej kapitalistów.

Koreańska burżuazja, oślepiona wizją „rozwoju” i „nowoczesności” w większości ignorowała potrzeby robotników w swoich fabrykach. Kiedy pracownicy mieli już dość i domagali się zmian w formie strajku, z reguły byli oni uciszani siłą. W wielu przypadkach proszono o interwencję japońską policję, aby koreańscy kapitaliści mogli zachować swoje status quo. Oficjalnie jedynie 10% kapitału należało do Koreańczyków, jednakże ta liczba nie bierze pod uwagę spółek z Japończykami, które stanowiły większość. Najgorsze warunki pracy panowały z reguły w koreańskich zakładach, bo Koreańczycy nie mieli takich środków, jakimi dysponowali Japończycy.

Większość robotników stanowiły młode dziewczyny bez ślubu, z reguły z małych wsi, które opuszczały dom rodzinny i jechały do pracy w zakładzie, często na drugim końcu kraju, z biedy i czystej desperacji. Nie obowiązywało żadne prawo pracy, więc pracowały one w okropnych warunkach: bez wolnych dni, często bez żadnej przerwy po kilkanaście godzin pod rząd. Ponieważ spędzały one całe dniew zatłoczonych, dusznych i gorących pomieszczeniach bez okien, wiele z nich cierpiało na poważne problemy zdrowotne. Jak to określił Eckert – „„raj” kolonialnego przemysłowca, zbyt często był „piekłem na ziemi” dla koreańskich robotników”4.

kolonializm1

Co ciekawe, ta szeroko pojęta „modernizacja” przyniosła wiele skutków, których Japończycy się w ogóle nie spodziewali. Początkowo, pod płaszczykiem „szerzenia nowoczesności” wprowadzono szereg reform, które miały pomóc zrealizować japońskie cele. Zreformowano edukację, żeby zwiększyć zasięg propagandy, poprawiono infrastrukturę, aby ułatwić wywóz produktów z Korei, a także upodobniono system prawny i sądowniczy do tych w Japonii. Nic jednak nie jest czarno-białe i „nowoczesność” okazała się obosiecznym mieczem. Eliminacja analfabetyzmu, poza praniem mózgów, umożliwiła Koreańczykom organizowanie anty-japońskiej działalności; nowe drogi czy mosty ułatwiły życie wielu mieszkańcom półwyspu. Nie wszystko okazało się takie proste, jak to się Japończykom mogło wydawać.

Warto zwrócić uwagę, że sami Koreańczycy reagowali różnie na japońskie działania. Niektórzy na przykład buntowali się przeciwko reformom edukacyjnym, lecz inni się z nich cieszyli. Jedną z grup, której podobały się zmiany, były kobiety, które rzadko kiedy otrzymywały jakiekolwiek wykształcenie, a teraz miały możliwość nauki. Co ciekawe, członkowie wyższej klasy, zwani yangban, nie chcieli posyłać swoich dzieci do japońskich szkół, obawiając się zbezczeszczenia koreańskich tradycji. Jednak to sino-centryczna edukacja w elitarnych szkołach zwanych sǒdang “promowały szacunek dla silnego obcego kraju i jego kultury (syndrom zwany sadae)”5. Faktycznie wiele koreańskich dzieci ucierpiało z powodu dyskryminacji, warto jednak zwrócić uwagę także na opowieści z tego okresu przytoczone w zbiorze autorstwa Kang, gdzie wiele osób wspomina swoją szkołę pozytywnie. Mimo że oficjalne historie obu Korei podkreślają brutalność japońskich “kowych rządów, które doprowadziły [Koreańczyków] do niewolnictwa w duszącej atmosferze strachu”6, dla wielu okres kolonizacji przyniósł zmiany, które de facto znacznie poprawiły ich jakość życia.

kolonializm3

http://lucastories.blogspot.com/2008/11/non-violent-movement-for-korean.html

Mimo promowania idei nissen ittai, która znaczy dosłownie “Japonia i Korea jako jedno”, Japończycy i Koreańczycy byli w dużej mierze rozdzieleni zarówno w szkołach, jak i w miejscu pracy. Japończycy rozpoczęli taką politykę, aby zapewnić kompletną unię między dwoma narodami. W związku z tym Koreańczycy musieli recytować tak zwaną Przysięgę Poddanych Imperium i modlić się w szintoistycznych chramach. Co więcej, w 1938 zakazano języka koreańskiego, a wszyscy Koreańczycy musieli zmienić swoje imiona i nazwiska na japońskie. Reakcje na kulturową anihilację ze strony Japończyków były jednak różne – niektórzy się buntowali a inni zgadzali, bo wiedzieli, że nieposłuszeństwo ograniczy ich wolność jeszcze bardziej. Tak naprawdę nie istniało żadne prawo dotyczące obowiązkowej zmiany imienia. Jednakże bez japońskiego nazwiska nie można było chodzić do szkół, dostać pracy, a nawet dostać kart żywnościowych.

kolonializm4

Fascynujące jest to, jak Koreańczycy utrzymywali swoją koreańską tożsamość, nawet zmieniając nazwisko. Wielu zachowało oryginalne nazwisko w nowej japońskiej wersji. Na przykład, ludzie o nazwisku Kim (金, 김) przybierali nazwiska takie jak Kanekuni (金国), Kanezawa (金沢) czy Kaneshiro (金城), używając tego samego chińskiego znaku, co w koreańskim nazwisku. W podobny „pasywny” sposób buntowało się wielu Koreańczyków, którym udało się lawirować w labiryncie skomplikowanych japońskich zasad. Młode kobiety, które wcielano do „oddziałów ochotniczych” (teishintai), uciekały przed tym obowiązkiem poprzez wzięcie ślubu. Mężczyźni próbowali uniknąć poboru do japońskiej armii, przez zaangażowanie się w gałęzie gospodarki, uznawane za kluczowe dla sukcesu militarnego.

Niestety, wielu Koreańczykom nie udało się uniknąć okrucieństwa japońskich rządów. Wiele kobiet dołączyło do „oddziałów ochotniczych” z własnej woli, ponieważ obiecano im pracę jako pielęgniarki – zamiast tego zaciągano je siłą do określanych eufemistycznie „stacji komfortu”, gdzie zmuszano je do prostytuowania się. Dziewczyny, które odmawiały, były często bite i odmawiano im jedzenia. Problem „kobiet do towarzystwa” (jap. 慰安婦, ianfu) jest do tej pory bardzo często poruszany w mediach, lecz w ogóle nie wspomina się o podobnych działaniach, tym razem ze strony koreańskiej podczas wojny koreańskiej. Bądź co bądź, tylko ten pierwszy wątek może przynieść wymierne polityczne korzyści, natomiast drugi mógłby zaszkodzić jedności koreańskiej polityki, a także nadwyrężyć relacje na przykład z USA.

Czy możemy jednak uznać, że kolonizacja Korei miała wpływ jedynie na Koreańczyków? Większość historycznego dyskursu totalnie ignoruje fakt, że imperialistyczna polityka kolonizacyjna odcisnęła piętno także na Japończykach. Po pierwsze – mało kto nazywa politykę Japonii w tym czasie po imieniu, określa się ją w końcu mianem „imperium” a nie „kolonizatora”. Jednakże w coraz bardziej rozpowszechnionym podejściu post-kolonizacyjnym, badacze zaczynają rozważać wszelkie aspekty kolonizacji, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, te ze strony kolonizatora, jak i kolonii. Niektórzy, zwłaszcza w Japonii, dzielą Japonię z początku XX wieku na „wewnętrzną” (naichi) i zewnętrzną (gaichi), lecz jak określilibyśmy w tych kategoriach Koreę? Przecież Korea była zaanektowana i stała się częścią Japonii, więc nie powinna być postrzegana jako „zewnętrzne” terytorium. Co ciekawe, Japończycy traktują Okinawę i Hokkaidō jako “wewnętrzne” tereny, mimo że zostały one tak samo skolonizowane, a następnie zaanektowane siłą. W końcu kolonializm był głównym aspektem zagranicznej polityki Japonii, która nie ograniczyła się bynajmniej jedynie do Korei. Najpierw skolonizowany został Tajwan, dopiero potem Korea, a później przyszedł czas także na kraje na południowym Pacyfiku i Mandżurię.

Japońskie kolonialne podboje nie były jednak bezpodstawne. Po pierwsze, po wygranej w wojnach z Chinami i Rosją, Japonia chciała udowodnić innym zachodnim mocarstwom, że jest „kolonizatorem”, a nie krajem, który może być „skolonizowany”. Razem z wprowadzanymi reformami, apetyt Japonii na tanią żywność i tekstylia rósł w zastraszającym tempie. Aby udowodnić Japończykom, że nowe podboje są jak najbardziej uzasadnione, zaczęto propagować obraz modernizacji jako nieodłącznego elementu kolonizacji. Co więcej, w celu dalszego uzasadnienia takiej polityki, zaczęto popularyzować w rozwijającej się szybko prasie mity, jak to Japonia wielokrotnie podbijała Koreę w przeszłości. Takie historie miały nie tylko pokazać siłę Japonii, ale także przekonać, że koreańscy władcy nie są prawnymi władcami. Z czasem zaczęto iść coraz dalej i racjonalizować japoński podbój jako odzyskanie prawowitych ziem, bazując na mitach o tym, jak „japońskie bóstwo Susano-ō panowało nad półwyspem, brat [cesarza] Jimmu został królem Silla, a cesarzowa Jingū zmusiła [późniejszego] królla z Silla do poddania się jej władzy”7.

Atmosferę, którą panowała w tym czasie w Japonii można by określić mianem „wojennej gorączki”. Tematy wojenne królowały w muzyce popularnej czy literaturze, ale także w prasie. To właśnie dzięki kolejnym japońskim podbojom prasa rozwinęła się tak szybko, nawet na wsiach. Warto jednak zauważyć, że temat Korei nie pojawił się w mediach nagle, lecz był on obecny w japońskiej świadomości już od drugiej połowy XIX wieku. Widać to na przykład w słynnej debacie zwanej Seikanron, po japońsku ‘Chōsen mondai’, która dotyczyła “koreańskiego problemu”. To wtedy zaczął tworzyć się pełen kontrastów obraz Korei. Z jednej strony przedstawiano go jako “sztylet celujący w serce Japonii”8, a z drugiej jako niesamowita możliwość rozwoju. Wielu Japończyków przeprowadziła się do Korei, która przed oficjalna aneksją była domem dla największej japońskiej diaspory, liczącej ponad 171,000 w 1910 roku9. Korea była także jednym z najpoważniejszych partnerów handlowych, a z czasem zaczęto postrzegać ją jedynie jako magazyn prostych zasobów, takich jak ryż. Produkty te, zabrane siłą z Korei, były kluczowe dla rozwoju japońskiej ekonomii, zwłaszcza po pierwszej wojnie światowej.

Co ciekawe, mimo że na początku XX wieku zaczęto promować głównie bardzo rasistowski obraz Korei, którą trzeba było „oświecić”, w przeszłości relacje między Koreą a Japonią wcale tak nie wyglądały. Przed Restauracją Meiji relacje między królestwem Chosǒn i szogunatem Tokugawy była określona mianem kyorin – „na równych zasadach“, w przeciwieństwie do „uległości“ (sadae) wobec Chin. Od XIV do XIX wieku wysłano cały szereg misji dyplomatycznych, zwanych po koreańsku t’ongshinsa. Jednakże z czasem szogunowie z rodu Tokugawa potrzebowali utwierdzić swoją pozycję na arenie międzynarodowej i misje koreańskie zaczęto traktować jako trybutarne. Najbardziej fascynujące w tym wszystkim jest chyba to, że w przeszłości to Koreańczycy traktowali Japończyków jako „barbarzyńców“ czy „piratów“, a teraz role się odwróciły.

Nie można jednak uznać, że japońskie społeczeństwo traktowało podboje Japonii w kategoriach stricte kolonizacyjnych. Owszem, z jednej strony kolonizacja przyniosła wymierne korzyści w postaci taniego ryżu, robotników i innych produktów, ale co chyba istotniejsze, pozwoliła Japończykom na utworzenie nowej japońskiej tożsamości narodowej jako „samozwańczy „cywilizowany” lider”10 w Azji.

Jak widać, przeanalizowanie wpływów japońskiego kolonializmu w Korei jest niesamowicie trudne. Utrudnia to jeszcze bardziej fakt, że historia z tego okresu służy rządom obu Korei do politycznych celów; co więcej, przynosi ona wymierne ekonomiczne korzyści. Turystyka w dużym stopniu skupia się na „męczennikach” o wolność Korei, ich czci poświęca się całe muzea, stawia się im pomniki, tworzy filmy. Media żerują na opowieściach, takich jak te o „kobietach do towarzystwa”, a ci którzy próbują zbuntować się przeciwko nacjonalistycznemu przedstawianiu historii są uznani za „ułomnych moralnie”11. W Korei trudno usłyszeć o innych stronach kolonizacji – o tym, że oprócz tortur i wykorzystywania, niektórym reform z tych czasów zagwarantowały lepsze życie, a także że niektórym było to wszystko po prosu obojętne. Ale taka wersja wydarzeń nie sprzedaje się tak dobrze.

kolonializm2

Nagonka na tych, którzy nie wpisują się w ramy martyrologiczne trwa zresztą nadal. Jedno z najgorszych wyzwisk to chin’il’pa (친일파), “lubujący Japończyków”, które odnosiło się dawniej do kolaborantów, a teraz określa Koreańczyków-Japanofilów. Na początku XXI wieku ówczesny prezydent Korei ruszył na krucjatę przeciwko kolaborantom sprzed ponad 60 lat i powołał specjalną komisję, która miała zlokalizować potomków współpracujących kilka pokoleń wcześniej z Japończykami. Ponad stu osobom skonfiskowano ich majątek – wygląda na to, że niewiele się zmieniło od czasów dynastii Chosŏn, kiedy to kilka kolejnych pokoleń płaciło za czyjeś grzechy, jak to dyktował neo-konfucjanizm. Hildi Kang wspomina w swojej książce, że takie zaszufladkowanie jako „kolaborant“ było okrutne. Nieraz przyszywano komuś taką metkę z zazdrości, że komuś się udało. Niektórzy robili tak z osobistych powodów, chcąc kogoś pogrążyć. Innych nazywano kolaborantami, tylko dlatego, że chcieli się uczyć i robić karierę, nawet jak nigdy nie działali przeciwko swoim rodakom.

Dlatego też Koreańczykom po prostu nie opłaca się przyjąć japońskich przeprosin. Zawsze w sytuacji jakiegoś wewnętrznego kryzysu czy skandalu, można wywlec na wierzch jakiś okrutny wątek sprzed wieku i winić za to Japończyków. Tak naprawdę do czasu japońskiego ataku, Koreańczycy nie myśleli o sobie jako o jednym narodzie. Nie mieli też oni jakiegoś poczucia, że byli oni niewystarczająco „nowocześni“. Jednakże nic nie jednoczy tak ludzi, jak wspólny wróg. Buntując się przeciwko temu, co „japońskie“, Koreańczycy zaczęli powoli formować „koreańskość“. I trudno jest im przestać, jeśli do tej pory definicja Koreańczyka opiera się bardziej na tym, kim NIE jest niż tym kim jest.

Co jakiś czas w wiadomościach na całym świecie pojawiają się informacje o tym, jak kolejny japoński premier wybrał się do świątyni Yasukuni, teraz coraz więcej mówi się o zmianie konstytucji i odchodzeniu od pacyfizmu. W Korei podnosi się wtedy istny rwetes, a media wręcz prześcigają się w krytykowaniu nacjonalistycznych zapędów japońskiego rządu, potwierdzając swoje tezy przykładami z okresu kolonializmu. W większości mediów na świecie panuje przekonanie, że Japończycy nie przeprosili i nie zadośćuczynili wystarczająco. To fakt, większość oficjalnych przeprosin była niedbała i co chwilę jest zmieniana bądź odwoływana przez kolejnych polityków. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w 1993 miały miejsce dwa dość przełomowe momenty.

Najpierw rzecznik rządu Yōhei Kōno wydał specjalne oświadczenie, w którym to przyznał otwarcie, iż rząd i armia Japonii były zaangażowane w wykorzystywanie niewolnic seksualnych w czasie II wojny światowej. Owszem, nie były to przeprosiny dla ofiar, które nie uzyskały także żadnej rekompensaty. Jednakże był to krok w dobrym kierunku. Rok później utworzono tak zwany Fundusz Kobiet Azjatyckich, który miał wypłacić odszkodowanie “kobietom do towarzystwa”, jednakże rząd japoński niezbyt miał ochotę się do niego przyłożyć i wszelkie fundusze pochodziły ze zbiórek wśród zwykłych Japończyków, dlatego też sporo Koreanek go zbojkotowało.

W tym samym roku premier Morihiro Hosokawa ze szczegółami opisał okrucieństwa Japonii wobec Koreańczyków w pierwszej połowie XX wieku, nazywając Japonię “agresorem” i wyraził “szczerą skruchę” oraz “głębokie przeprosiny”.

Rok później kolejny premier, tym razem Tomiichi Murayama oficjalnie przeprosił Koreańczyków zaraz po objęciu urzędu, a także wygłosił pamiętne przemówienie z przeprosinami równo pół wieku po japońskiej kapitulacji. Murayama został skrytykowany przez japońską prawicę, dlatego później po objęciu przez nią władzy, rząd zakwestionował te przeprosiny. W 2009 sam Shinzō Abe początkowo próbował wycofać się z oświadczenia Murayamy, lecz pod naciskiem międzynarodowym pozostał przy nim.

Wiele osób, zwłaszcza w Korei czy na Tajwanie, nie rozumie dlaczego japońskim elitom przeprosiny przychodzą tak ciężko. W końcu na przykład Niemcy przeprosiły Polaków niejednokrotnie, a niemieccy kanclerze czy prezydencji co rusz pojawiają się na różnych uroczystościach związanych z II wojną światową. Żeby zrozumieć niechęć polityków w Japonii do przyznania się do winy, trzeba zrozumieć trochę konfucjanizm, w którym oddawanie czci przodkom jest jednym z najważniejszych obowiązków. Tym samym, uznając winę swoich przodków, zbezcześciłoby się ich pamięć. Spójrzmy na samego premiera Shinzō Abe, który jest synem Shintarō Abe, Ministra Spraw Zagranicznych w latach 1982-1986 oraz wnukiem Nobosukiego Kishi, premiera Japonii między 1957 a 1960 rokiem. Jego dziadek jest postacią mocno kontrowersyjną – został on oskarżony o wykorzystywanie Chińczyków, kiedy nadzorował on kopalnię w Mandżurii. Po wojnie został on uwięziony jako zbrodniarz wojenny klasy A, lecz ostatecznie nigdy nie został skazany.

Młodzi Japończycy są w tym wszystkim tak samo pogubieni, jak ich rówieśnicy z Korei. Nie uczy się ich o okrutnych i wstydliwych wątkach z ich historii. Nie mają oni świadomości o tym, jak faktycznie wyglądała „kolonizacja”. Dlatego też wielu z nich przeżywa szok, kiedy stają się ofiarami nienawiści ze strony Chińczyków czy Koreańczyków, bo nie zdają oni sobie w ogóle sprawy z zawiłości historii. Kiedy kolejni japońscy politycy popełniają jakieś faux pas na arenie międzynarodowej w kwestii II wojny światowej, spora część Japończyków gubi się w tym całym zamieszaniu. Tak samo wielu Koreańczyków patrzy na swoich sąsiadów jedynie przez pryzmat nacjonalistycznej historii, cierpiąc przy tym samym na podobny syndrom, tak jak Polacy wobec Rosjan czy Niemców. Niestety, ludzie którzy faktycznie pamiętają wydarzenia z epoki kolonializmu w Korei bądź wojny w Polsce, powoli umierają, a historia ulega zniekształceniu i przybiera coraz bardziej kontrastujące barwy. Możemy jednak starać się dostrzec w niej także szare odcienie, mimo że nie jest to łatwe.


1 Hildi Kang, Under the Black Umbrella: Voices from Colonial Korea (Ithaca: Cornell University Press, 2001), 17.
2 Carter J Eckert, Offspring of Empire: The Koch’ang Kims and the Colonial Origins of Korean Capitalism, 1876-1945 (Seattle: University of Washington Press, 1991), 46.
3 Eckert, 50.
4 Eckert, 191.
5 Kang, 37.
6 Andrew C. Nahm, Korea: Tradition and Transformation: A History of the Korean People (Seoul: Hollym International Corporation, 1996), Chapter 7: ‘Korea Under Japanese Colonial Rule’, 223.
7 Andre Schmid, „Colonialism and the ‘Korea Problem’ in the Historiography of Modern Japan: A Review Article,” The Journal of Japanese Studies 59:4 (Nov. 2000), 963.
8 Schmid, 965.
9 Schmid, 966.
10 Schmid, 962.
11 Carter J Eckert, ‘Epilogue: Exorcising Hegel’s Ghosts: Toward a Postnationalist Historiography of Korea’, in Shin, Gi-Wook and Michael Robinson, eds. Colonial Modernity in Korea (Cambridge, Mass.: Harvard University Press), 1999, 366.
Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (12)

  1. Magdalena

    Bardzo interesujacy artykul, dzieki! Mysle ze bardzo trudno sprawiedliwie ocenic historie zwlaszcza swojego kraju, fajnie jest wierzyc ze jest sie narodem wybranym, bohaterskim i szlachetnym, to zawsze inni sa zli… Rosjanom trudno bylo uwierzyc w Katyn, Polakom w Jedwabne i w to, ze nie kazdy Niemiec byl wcielonym zlem itd ….mysle ze nie ma narodu, w ktorym ten mechanizm by nie egzystowal, nic tak nie scala grupy jak jednosc interesow, jak poczucie, ze tworzy sie wspolnie cos lepszego niz „inni”;-)

    • Karolina

      W Korei naprawdę mówi się o tym non stop i zdaje mi się, że my, w porównaniu do nich, jakoś sobie z tym radzimy. Niestety to naturalne – Korea jest nadal podzielona i nie wygląda na to, że to się niedługo zmieni. Bez jakiś racjonalnych powodów unikania zjednoczenia (nikomu z elit nie jest to na rękę), trzymają się kurczliwie wytartej propagandy

  2. Bardzo ciekawa notka … ale chyba nie ma nic cenniejszego niż wolność i zatem reakcje Koreańczyków są naturalne .. wolność jest bezcenna.. myślę, że podobnie było u nas na Wielkopolsce pod zaborem pruskim .. to prawda, że Niemcy przynieśli za sobą pewne ekonomiczne zalety ale byli zaborcami i podobnie jak tu chcieli zatrzeć kuturę i język polski
    .. ciekawostką jest, że wielu Koreańczyków zostało chrześcijanami jako protest wzgledem okupanta :^) .. spotkałem wielu na El Camino de Santiago i mieliśmy długie szczere rozmowy

    dzisiaj obydwa społeczeństwa jako demokracje naturalnie powinny się do siebie zbliżać i tak chyba jest .. mnóstwo ludzi podróżuje pomiędzy krajami .. to widać na lotniskach jak wiele jest lotów pomiędzy wyspami i półwyspem ..

    .. rozumiem szacunek dla przodków ale odwiedziny oficjalne w świątyni Yasukuni to troszkę jakby Angela Merkel odwiedzala świątynie ze szczątkami Himmlera, Goebellsa i innych podobnych potworów …my Polacy mielibyśmy coś na ten temat do powiedzenia
    co roku te wizyty przyprawiają Amerykanom ból głowy bo demokracje w Koreii, na Filipinach i Japonii zamiast koncentrować się totalitarnych Chinach znowu myślą o przeszłości :^)

    • Karolina

      Oczywiście, masz rację. Ja Koreańczyków jak najbardziej rozumiem. Jednakże ich sytuacja się komplikuje, ponieważ nadal wątek kolonializmu używany jest niemalże non stop w rządowej propagandzie, zarówno na południu, jak i na północy. Każdy musi być jakoś zaszufladkowany – albo jako „kolaborant” albo „bohater”. Nie ma nic pomiędzy…
      Świątynia Yasukuni też jest dość skomplikowana, ponieważ poświęcona jest milionom żołnierzy w ogóle. Też uważam, że Abe powinien sobie dać z tym spokój, ale w Japonii wielu ludzi miałoby żal, gdyby przestał, bo wtedy okazałby brak szacunku zwykłym Japończykom poległym w konflikcie… Zresztą – w Japonii mało co się o tym mówi (uważam to za błąd), ale w Korei mówi się TYLKO o tym. Oba kraje powinny jakoś znaleźć balans, ale średnio im to wychodzi :/

      • bardzo dziękuję za ciekawą odpowiedż .. oczywiście .. jako to Polański dobrze pokazał w Pianiście .. jest tak wiele postaw wobec okupanta .. są bohaterowie, zdrajcy, tchórze, i bezwładna masa, która chce po prostu przetrwać ..

        rozumiem cześć oddaną zwykłym żołnierzom to bardzo niefortunne, że ich w niektórych wypadkach zbrodniarze wojenni (niestety chyba nikt tak bestialsko nie traktował jeńców wojennych) znaleźli się tam z nimi .. .rozumiem też, że w tradycji jest to nie do pomyślenia by znaleźć dla tych drugich inne miejsce ..

    • Zgadzam się z Pana wypowiedzią z jednym wyjątkiem – Chiny nie są państwem totalitarnym. 😉
      Pozdrawiam!

  3. Siema 🙂
    Napisałaś: Problem „kobiet do towarzystwa” (jap. 慰安婦, ianfu) jest do tej pory bardzo często poruszany w mediach, lecz w ogóle nie wspomina się o podobnych działaniach, tym razem ze strony koreańskiej podczas wojny koreańskiej.

    Czy mogłabyś ten temat troszkę rozwinąć?
    Czy chodzi o to, że Koreańczycy zmuszali „swoje własne” kobiety do „służenia” amerykańskim żołnierzom podczas wojny?

    • Karolina

      Koreańczycy tworzyli podczas wojny koreańskiej także „domy publiczne”, tym razem dla Amerykanów. Co ciekawe, przejęte przez Amerykanów stacje „kobiet do towarzystwa” zostały przez nich zarekwirowane… często do tych samych celów. Prostytucją przy amerykańskich bazach parało się kilkaset tysięcy Koreanek, które były ofiarą okropnego ostracyzmu ze strony reszty społeczeństwa. Notabene podczas wojny koreańskiej całe przedsięwzięcie kontrolowała armia południowokoreańska. Nie wiem w jakim stopniu kobiety były „zmuszane”, lecz podejrzewam, że nie miały często innego wyboru…

      • Dzięki 🙂
        Bardzo fajny i pouczający tekst!
        Chociaż widać po nim, że masz miękkie serce w stosunku do Japończyków 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *