[Recenzja] Jung Chang – Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin.

Nie tak dawno napisałam na blogu pierwszą recenzję książki o tematyce wschodnioazjatyckiej i spotkała się ona z pozytywnym odzewem. Jako że pojutrze wyruszam do Chin, książka którą chciałabym Wam dzisiaj polecić jest w podobnej tematyce co „Dobre kobiety“ Xinran. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o epickiej powieści Jung Chang zatytułowanej „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin.“

Książkę poleciła mi dobre kilka miesięcy temu koleżanka, ale nie miałam czasu jej przeczytać. Kupiłam ją niemalże od razu, bo nie potrafię się powstrzymać przed kupnem książek (cierpię na niemały syndrom tsundoku), lecz czekała ona na mnie przez cały okres egzaminów i przygotowań do nich. Na szczęście ostatnio udało mi się trochę odetchnąć i znaleźć chwilkę na zatopieniu się w lekturze. A na książkę Jung Chang trzeba poświęcić sporo czasu, w końcu to „cegła“ na prawie 700 stron!

wildswans1 wildswans2

Książka opowiada historię babki i matki autorki oraz jej samej na tle historycznych przemian, które wstrząsnęły Chinami nie raz podczas ostatniego stulecia. Niektóre wątki, zwłaszcza te o rewolucji kulturalnej, pokrywają się w znacznej mierze z tym, o czym pisała Xinran. Chang poszła jednak o wiele dalej – zaczęła od upadku cesarstwa, co pozwala nam dogłębnie zrozumieć Chiny dzisiejsze, ponieważ mamy możliwość śledzenia zmian w chińskiej polityce i społeczeństwie powoli.

Historia klanu autorki zaczyna się w Mandżurii pod koniec XIX wieku w małym prowincjonalnym miasteczku Yixian. Na świat przychodzi prababka Jung, która nie miała nawet imienia, nazywano ją po prostu „córką numer dwa”. Nie miała ona prawa do wyboru małżonka, a wszystko zostało ustalone podczas suto zakrapianej kolacji, kiedy miała kilka lat. Jej córka, czyli babka autorki, miała więcej szczęścia, bo nadano jej imię: Yu-fang. Nie byłoby w tym początku nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wszystko to dzieje się w przełomowym momencie dla Chin i dlatego też pozwala zrozumieć to kolejne kilkaset stron książki.

Pod koniec XIX wieku dynastia Qing, zwana także mandżurską, chyliła się ku upadkowi, a chińskie społeczeństwo spowiła mgła niepewności. Lata 1894-1895 upłynęły pod znakiem japońskiego ataku, w 1900 roku powstanie bokserów zostało zduszone przez osiem obcych armii, kilka lat później (1904-1905) o Mandżurię biła się Japonia z Rosją. W 1912 roku obalono pięcioletniego cesarza Pu Yi, a prezydentem Republiki Chińskiej został Sun Jat-sen, twórca Kuomintangu i „Ojciec Narodu” na Tajwanie.

Pewnie nie mówi Wam to wiele – ja też błądziłam w meandrach chińskich imion, lecz to pierwszy rozdział pozwolił mi zrozumieć ciągłą walkę o władanie polityką jak i ludzkimi sercami, która ciągnie się od stu lat. Na początku było to dość proste, bo wystarczyło walczyć z najeźdźcą, czyli Japończykami. Potem jednak przyszedł czas na wybranie bardziej „chińskiej” opcji i okrutną wojnę domową między Kuomintangiem a rodzącym się ruchem komunistycznym. Kiedy już po kilku latach okrucieństw, władzę objęli komuniści, nikt nie zaznał spokoju. Walki o wpływy trwały, a ludzie coraz bardziej dali się wciągnąć w spiralę nienawiści.

Okrutność chińskiej historii można zrozumieć dopiero, śledząc losy przodków autorki. Mimo że skupia się ona na kobietach w jej rodzinie, nie ignoruje ona mężczyzn. Po prostu łatwiej jest się jej utożsamić z matką czy babką, ale mnie to akurat jak najbardziej odpowiada, bo ciekawi mnie jak wygląda(ło) życie kobiet w innych krajach. Na pierwszy rzut oka życie kobiet ulega drastycznej zmianie – nie muszą one już wiązać stóp i mogą stopniowo coraz bardziej uczestniczyć w życiu publicznym. Niby czytałam wcześniej trochę o krępowaniu stóp, lecz nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak takie stopy mogą wpłynąć na życie danej kobiety. No i nigdy nie wpadłabym, dlaczego takie tortury miałyby się podobać mężczyznom.

Jednak jej największym majątkiem były krępowane stopy, zwane po chińsku „siedmiocentymetrowymi złotymi liliami”. Oznaczało to, że jej chód był jak „kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach”, jak to ujmowali chińscy znawcy urody kobiecej. Widok kobiety kołyszącej się na krepowanych stopach miał działać na mężczyznę̨ erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym.

Najbardziej zszokował mnie jednak sam opis tego, jak wyglądał taki proceder: gruchotanie kości dwuletnim dzieciom, mdlenie z bólu, krepowanie wszystkiego bandażem i powtarzanie tych tortur wielokrotnie na przestrzeni lat.

W tych czasach, kiedy kobieta wychodziła za mąż, rodzina pana młodego zaczynała od obejrzenia jej stóp. Uważano, że duże, normalne, przynoszą̨ wstyd domowi męża. Teściowa unosiła brzeg długiej spódnicy panny młodej i jeśli jej stopy miały więcej niż dwadzieścia centymetrów, demonstracyjnie, z potępieniem, opuszczała spódnicę̨ i wycofywała się, zostawiając pannę młodą pod krytycznymi spojrzeniami gości weselnych, którzy przyglądali się jej stopom i w otwarcie obraźliwy sposób wyrażali pogardę. Czasem matka litowała się nad córką i rozluźniała bandaże, ale kiedy dziewczyna podrosła i musiała znosić pogardę rodziny męża i ogólną dezaprobatę, sama winiła swoją matkę za to, że okazała wcześniej słabość.

Wiecie co jest w tym wszystkim największą ironią? Że mężczyźni bardzo rzadko, jeśli w ogóle, mieli okazję zobaczyć nagie stopy swojej żony, które „zazwyczaj były pokryte gnijącą skórą i cuchnęły, kiedy zmieniano bandaże.” Mimo że powszechnie opowiadano o pięknie małych stóp, chodziło głównie o unieruchomienie kobiet, które nie były w stanie wyjść na zewnątrz i przejść więcej niż kilka kroków. A to pozwalało na utrzymanie konfucjańskiego porządku i hierarchii, podobnie jak w Korei w czasie dynastii Chosŏn.

wildswans5 wildswans4

Opisy Jung Chang przekonują, bo można łatwo się z nimi utożsamić. Kobiety zmuszane do podążania za ideałami, jakkolwiek okrutne by one nie były nie różnią się aż tak wiele, nieważne czy mówimy o Chinach na początku XX wieku czy o Polsce w XXI wieku. Może nikt nie łamie nam kości, ale nadal kobiety katują się dietami, cierpią na szereg zaburzeń, takich jak depresja czy anoreksja. Miliony kobiet na świecie poddawane są torturom, jakim jest obrzezanie. Tortury, zamykanie w domach, gwałty, przymuszenie do urodzenia męskiego potomka – to wszystko dzieje się nadal, a Chang pokazuje nam, jak bardzo kształtuje to kobiecą psychikę. Tak jak prababka autorki, która mimo całego ciągu poronień nie była w stanie urodzić syna, co uważane było za hańbę, babka, którą zmuszono do zostania konkubiną generała (i de facto niewolnicą) czy matka, nad którą jej mąż przedkładał komunistyczne idee. Wszystko w ramach chińskiego powiedzenia: „Jeśli poślubiłaś gęś, bądź posłuszna gęsi, a jeśli poślubiłaś psa, słuchaj psa”.

Do mnie niezwykle przemówił sposób, w jaki Chang przedstawia prywatne rozterki. Wszystko zaczyna nabierać większego sensu, kiedy spojrzymy na to szerzej, biorąc pod uwagę tragiczną historię Chin. Przyznam szczerze, że moja wiedza w tej materii jest dość ograniczona, dlatego niezwykle uradował mnie fakt, że mogłam nareszcie choć trochę ogarnąć burzliwe przemiany w Chinach w pierwszej połowie XX wieku. Opisy głodu spowodowanego japońską kolonizacją były niezwykle wyraziste. Najciekawsze jest to, że to wtedy babka autorki, po śmierci generała poznała przyszłego męża, z którym zaznała szczęścia. Nie zmienia to jednak faktu, że japońska kolonizacja zapoczątkowała lawinę wydarzeń, której nie dało się zatrzymać. – wyglądało to bardzo podobnie do sytuacji w Korei.

Wyobraźcie sobie jednak życie, w którym ludzie umierają z głodu i są katowani za zjedzenie ziarnka ryżu, który zarezerwowany jest dla kolonizatorów. Chang nie ignoruje historii męskiej strony jej rodziny, za co jestem jej niesamowicie wdzięczna. Opisuje doktora Xia, męża jej babki, który pomaga torturowanym więźniom politycznym. A tortury były niezwykle wymyślne: wlewanie wody z chili do nosa, bicie twarzy butem z powbijanymi gwoździami w podeszwę. Japończycy podgrzewali atmosferę, zmuszając do oglądania filmów obrazujących ich okrucieństwa: cięcie ludzi na pół czy więźniów rozrywanych żywcem przez wygłodniałe psy. To w tej nienawiści wobec Japończyków w udręczonym marionetkowym państwie Mandżukuo narodzi się chińska tożsamość narodowa i komunizm. Co istotne – Chang nie daje się wciągnąć w pułapkę martyrologii, pisze ona także o dobrych Japończykach, z którymi jej babka się przyjaźniła oraz o okrucieństwach, które dotknęły zwykłych Japończyków po końcu wojny.

wildswans6

To wtedy rodzą się Chiny takie, jakie znamy dzisiaj. Chiny komunistyczne, aż do bólu podążające swoją drogą. Wiele razy dziwiłam się, jak ludzie mogli w ogóle podążać za taką okrutną ideologią. Dopiero opis tego, jak komuniści na początku szczerze pomagali w walce z często okrutnymi siłami Kuomintangu i zdobywali zaufanie prostych ludzi, uświadomiło mi, jak genialny był plan Mao. Po raz pierwszy pod uwagę wzięto zwykłych obywateli, a nie elity. Matka Chang była początkowo zauroczona ideą równości, zwłaszcza że doświadczyła wielu trudności. Trudno się zresztą dziwić, że po latach głodu i tortur, ludzie chcieli zaznać porządku. A przy okazji powiewu świeżego powietrza i odejścia od starych i rygorystycznych zasad. W świetle komunizmu przecież każdy był równy – bez względu na pochodzenie, wykształcenie czy płeć.

Najbardziej pilnym problemem była żywność. Nowy rząd zachęcał wieśniaków, żeby przyjeżdżali do miasta i sprzedawali swoje artykuły. W mieście podniesiono ceny o tysiąc procent w stosunku do tych, jakie obowiązywały poza miastem. Ceny sorgo gwałtownie spadły — z miliona kuomintangowskich dolarów za funt do dwóch tysięcy dwustu. Wkrótce zwykły robotnik mógł kupić cztery funty sorgo za dniówkę. Strach przed głodem zelżał. Komuniści wprowadzili ulgowe ceny na ziarno, sól i węgiel dla najuboższych. Na coś takiego Kuomintang nigdy się nie zdobył i ludzie byli pod ogromnym wrażeniem.

Komuniści zdobywali serca mieszkańców miasta także tym, że żołnierze byli bardzo zdyscyplinowani. Nie rabowali i nie gwałcili, a wielu zadawało sobie trud, demonstrując wzorowe zachowanie. Był to ostry kontrast w stosunku do zachowań oddziałów Kuomintangu.

Początkowo fakt, że ludzie podążyli za komunistami wydaje się wręcz oczywisty. Pojawili się oni wtedy, kiedy potrzebowano ich najbardziej. Ludzie byli wykończeni ciągłymi konfliktami, zarówno najazdem obcych sił, jak i wojną domową i mieli po prostu dość. A komuniści byli w stanie zapewnić im podstawowe potrzeby. Odcięli się od Japończyków i Kuomintangu, co sprawiło, że wielu z wdzięczności było im wiernych przez lata, nawet kiedy komunizm został dość szybko znacznie zniekształcony:

amnestia dla wszystkich więźniów; zamknięcie lombardów — rzeczy mają być zwrócone darmo ich właścicielom; domy publiczne mają być zamknięte, a prostytutki mają przez sześć miesięcy żyć z pensji wypłacanej im przez właścicieli; wszystkie składy zboża mają być otwarte, a potrzebujący mają dostać ziarno za darmo; wszelkie dobra należące do Japończyków i kolaborantów zostają skonfiskowane; chiński przemysł i handel będą chronione.

wildswans9

http://chineseposters.net/gallery/d29-685.php

To wszystko wydaje się jednak zbyt piękne, aby było prawdziwe i tak zresztą było. Mimo tego, że promowano równość płci, stare tradycyjne role nadal obowiązywały, lecz pod inną nazwą. Kiedyś o rękę dziewczyny trzeba było prosić jej rodziców, teraz rolę patriarchy przejęła partia komunistyczna. Oprócz tego obowiązywał cały szereg zasad a propos tego, kto i kiedy mógł w ogóle wziąć ślub. Co z tego, że mówiono o „wolności” – propaganda nie ma zazwyczaj wiele pokrycia z rzeczywistością:

Partyjne kryteria brzmiały „28-7-oddział-l”, co oznaczało, że mężczyzna powinien mieć co najmniej dwadzieścia osiem lat, od siedmiu lat być w partii i w randze co najmniej dowódcy oddziału; „jedynka” odnosiła się do jedynej kwalifikacji wymaganej od kobiety — powinna pracować dla partii przynajmniej przez rok.

Nikt nie był tak naprawdę wolny, każdy należał do konkretnej „jednostki pracy” (danwei), które regulowały praktycznie wszystkie aspekty życia. To praca, i tym samym partia, dyktowała nawet najbardziej prywatne aspekty życia, nawet małżeńskie pożycie. Niby matka autorki wybrała męża sama, lecz z reguły spędzała ona z nim jedną noc w tygodniu. Wydawało się jej, że osiągnie szczyt wolności, rezygnując z tradycyjnej ceremonii i wybierze się do przyszłego męża na pieszo, a nie w lektyce. Najważniejsza była dla nich miłość, a przynajmniej tak im się wydawało, bo szybko zostało zrewidowane to przez partię. Istnienie „prywatności” zostało zakwestionowane, teraz wszystko miało być „publiczne”. Uczucia zostały całkowicie podporządkowane politycznej idei, a tym samym szczęście jednostki przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. A nawet zostało uznane za przeszkodę.

Z czasem zaczęto otwarcie ingerować nawet w ludzkie myśli. Każdy musiał krytykować siebie za „niepoprawne” myśli, a także poddać się krytyce innych. Cały proces miał wywołać ogromne poczucie winy wśród wyedukowanych członków partii. Ciągnące si w nieskończoność spotkania były zresztą niesamowicie istotną metodą kontroli – eliminowała czas wolny i tym samym prywatną sferę. Urzędnicy pracowali siedem dni w tygodniu, od 8 rano do 11 w nocy, więc nie było czasu na rozmowę, nie wspominając już o porządnej opiece nad dziećmi, za którą zaczęły odpowiadać przesiąknięte propagandą żłobki i przedszkola.

Co z tego, że matka Chung miała uczucia i pragnęła ciepła – jej mąż ignorował to, bo ważniejsze było to, aby, jak to określił, „przeszła przez pięć górskich przełęczy”, czyli „przyswoić sobie nową postawę wobec rodziny, zawodu, miłości, stylu życia i pracy fizycznej, a wszystko to powinna wypraktykować w zwarciu z ciężkimi próbami życiowymi.”

wildswans13

Mimo tego, że partia chciała nadzorować nawet najbardziej intymne aspekty ludzkiego życia, dostanie się w jej szeregi nie było wcale takie łatwe. Nieważne, że otwarcie mówiono o równości – żeby otrzymać legitymację partyjną trzeba było przejść szereg upokarzających przesłuchań. Opisy półrocznego Długiego Marszu autorki chwytają za serce. Matka autorki miała wtedy 18 lat, była w ciąży i przeszła prawie dwa tysiące kilometrów, dźwigając swoje rzeczy na plecach. A jej ojciec, który był dość wysoko postawiony w partii… przejechał całą trasę samochodem:

Czy nie mógłby czasem pozwolić jej pojechać razem z nim w jeepie? — zapytała. Odpowiedział, że nie, bo byłoby to uważane za faworyzowanie jej, a ona nie jest upoważniona do korzystania z samochodu. Trzeba walczyć z zakorzenioną w Chinach tradycją nepotyzmu. Poza tym mama powinna poznać przeciwności życia. (…) Jest tylko młodą studentką. Jeśli inni ludzie pomyślą, że jest faworyzowana, będzie miała kłopoty. „To dla twojego własnego dobra — dodał, przypominając, że przecież ma być rozważane jej podanie o pełne członkostwo w partii. — Możesz wybierać: albo do samochodu, albo do Partii, ale nie jednocześnie i tu, i tu”. (…)
Mama rozumiała tę zasadę, ale miała do ojca żal, że nie okazuje jej uczucia, kiedy czuje się chora i wyczerpana, cały czas w marszu, dźwigając matę, pocąc się i wymiotując, z nogami jak z ołowiu.

Apogeum nieludzkiego podejścia podczas podróży zostaje osiągnięte, kiedy matka Chang krytykowana jest za… płacz. Pochłaniając łapczywie kolejne strony tego niesamowitego rozdziału, wręcz czułam jej cierpienie i bezsilność. Nie próbował jej wesprzeć nawet jej własny mąż, który uciszał ją, grożąc, że będzie krytykowana. Miał rację – następnego dnia określono ją mianem „damulki z klasy wyzyskiwaczy”. Nie liczyły się emocje czy uczucia. Tylko rewolucja. A to był dopiero początek okrucieństw, zapoczątkowanych przez komunistów.

wildswans12
Niedługo kraj opanowała paranoja. O “Wielkim Skoku” pisała także Xinran, lecz to wszystko przedstawione z perspektywy dziecka, czyli samej autorki, naprawdę ma inny wymiar. Z opisów bije naiwność i… poczucie szczęścia. A mimo to, gdzieś w głębi można odczuć przerażający strach i zwątpienie. Kolejnych „pomysłów” wielkiego Mao nie rozumiał tak naprawdę nikt, ale ludzie bali się okazać zwątpienie. Więc podążali ślepo, nawet jak głoszone idee nie miały sensu.

Każdego dnia, kiedy szłam i wracałam ze szkoły, wypatrywałam oczy, szukając na każdym centymetrze ziemi złamanych gwoździ, zardzewiałych trybików i wszelkich innych metalowych przedmiotów, wyrzuconych w błoto. A wszystko po to, żeby można je było wrzucić do kotła i otrzymać stal. Było to teraz moim głównym zajęciem. Tak właśnie: w wieku sześciu lat byłam zaangażowana w produkcję stali i współzawodniczyłam z koleżankami w zbieraniu najmniejszych chociażby kawałków żelaza. Wszędzie dookoła waliła z głośników podniosła muzyka, były chorągiewki, plakaty i wielkie tablice, na których wypisano: „Niech żyje Wielki Skok” i „Wszyscy do produkcji stali!”. Choć nie do końca rozumiałam dlaczego, wiedziałam, że przewodniczący Mao kazał narodowi wyprodukować mnóstwo stali. W szkolnej kuchni, na wielkich piecach, na miejscu kilku kociołków z uchwytami do gotowania, zwanymi wokami, stanęły podobne do tygli kadzie. Wrzucano do nich każdy kawałek żelaza, także stare rondle połamane na kawałki. W kuchniach palono bez przerwy — dopóki się nie stopiły. Nauczyciele dyżurowali przy piecach, podkładając opał przez okrągłą dobę i mieszali kawałki metalu ogromną łyżką. Ponieważ byli tym bardzo zajęci, lekcje odbywały się rzadko. (…)

http://chineseposters.net/gallery/e16-191.php

http://chineseposters.net/gallery/e16-191.php

Rondle rodzinne powędrowały do pieca, a wraz z nimi wszelkie metalowe utensylia kuchenne. Nie cierpieliśmy z powodu tej straty, bo ich już nie potrzebowaliśmy. Nie wolno było gotować prywatnie i wszyscy znowu musieli jadać w kantynach. Piec był nienasycony. Zniknęło łóżko rodziców, wygodne, miękkie, z żelaznymi sprężynami. Zniknęły poręcze odgradzające miejskie chodniki od jezdni i w ogóle wszystko, co było zrobione z żelaza. Miesiącami nie widywałam rodziców. Często nie wracali na noc do domu, ponieważ musieli pilnować, aby w piecach w ich miejscach pracy nie opadała temperatura.

Paranoja z wytapianiem stali była niestety tylko początkiem. Cały kraj, łącznie z rolnikami, zamiast zająć się pracą, pilnował pieców. Nie powinno zatem nikogo dziwić to, że Chiny niebawem popadły w głód. W tym samym okresie Mao wydał wojnę… wróblom. Ludzie stali dniami i nocami na dachach i walili w resztki garnków czy cymbałów, które nie zostały wrzucone siłą do pieców, a ptaki padały w locie, bo nie miały gdzie przycupnąć i odpocząć. Wyobraźcie sobie absurd tej sytuacji – dzieci, nauczyciele, lekarze, górnicy, urzędnicy, nieważne kto – wszyscy stoją w nocy na dachu i walą z całej siły w jakieś garnki, aby przerazić małe wróbelki.

wildswans10

http://chineseposters.net/gallery/e12-901.php

Słyszałam czy czytałam trochę o rewolucji kulturalnej czy „Wielkim Skoku”, ale nie miałam zielonego pojęcia, jak bardzo partia dyktuje ludzkie życie. Jeden ze sposobów to system stopni, których nikt nie za bardzo rozumie, ale i tak każdy się go trzyma. Ojciec Chang w ramach walki z nepotyzmem obniżył własnej żonie stopień z 15 na 17, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo wpłynie to na jej życie.

Wszyscy urzędnicy i inni pracownicy zatrudnieni przez państwo zostali podzieleni na dwadzieścia sześć stopni. Płaca najniższego stopnia, dwudziestego szóstego, stanowiła jedną dwudziestą płacy najwyższego stopnia. Ale istotna różnica leżała w
uzupełnieniach i uprawnieniach. Stopień decydował o wszystkim, np. o tym, czy nosiło się płaszcz z drogiej wełny, czy z taniej bawełny, jakiego rozmiaru miało się mieszkanie i czy była w nim toaleta, czy nie.

Nie wpadłabym nigdy na to, że jakiś sztuczny „stopień” mógłby decydować o takich sprawach. Ale z każdą stroną opisu coraz bardziej zaczęłam rozumieć pajęczą sieć komunistycznej propagandy, od której po prostu nie można było się uwolnić:

W latach osiemdziesiątych nie była uprawniona do tego, żeby kupić bilety lotnicze czy „miękkie siedzenia” w pociągu — takie mogli kupować tylko urzędnicy stopnia 14 i wyższych. Tak więc, dzięki akcji ojca z 1953 roku, po prawie czterdziestu latach nie zaszła jeszcze na tyle wysoko, żeby korzystać z wygód podczas podróży po własnym kraju. Nie mogła też dostać pokoju hotelowego z łazienką, bo to było zarezerwowane dla ludzi ze stopniem 13 i wyższymi. Kiedy prosiła o wymianę licznika we własnym mieszkaniu na licznik z większą mocą, odpowiedziano jej, że tylko urzędnicy stopnia 13 i powyżej są uprawnieni do takiej wymiany.

Do tego dorzućmy takie hasła jak „Kampania przeciw trzem złom”, korupcji, biurokracji i marnotrawstwu czy „Kampania przeciw pięciu złom”: „przekupstwu, unikania płacenia podatków, oszustwu, kradzieży mienia państwowego i uzyskiwaniu ekonomicznych informacji poprzez korupcję”. Mało kogo wsadzono do więzienia przy okazji tej drugiej kampanii, lecz był to świetny środek na zyskanie szybkich wpływów z całego szeregu kar pieniężnych, którymi obarczono kapitalistów. To wszystko odbywało się zarówno w skali państwowej poprzez „kampanie masowe” lub we własnych komórkach pracy, „grupach roboczych”.

wildswans18

Rodzice matki, którzy poświęcili wiele dla komunizmu, w czasie rewolucji kulturalnej zostali określeni mianem „uczniów kapitalizmu” i wylądowali w obozie pracy. Autorka jako młoda dziewczyna wylądowała na prowincji, aby uczyć się „prawdziwego życia” od rolników. Najbardziej ironiczne jest w tym wszystkim to, że Chang wybrała się na drugi koniec Chin na istną pielgrzymkę, aby wziąć udział w pochodzie na placu Tienanmen i zobaczyć Mao. Spała w karygodnych warunkach, głodowała, przemarzła, wszystko po to, aby móc choćby przez chwilę dostrzec „wielkiego Mao”. Ale najwidoczniej jej poświęcenie nie było wystarczające. Jej rodzice nie spędzali z nią prawie w ogóle czasu, bo poświęcenie się dzieciom uznane było za coś karygodnego.

Nawet okazywanie uczuć własnym dzieciom było źle przyjmowane — jako wyraz rozszczepionej lojalności. Każda godzina — o ile nie jadło się lub nie spało — powinna należeć do rewolucji i pracy. Wszystko, co nie było związane z rewolucją, jak na przykład noszenie dzieci na rękach, powinno trwać jak najkrócej.

Nie zabiło to jednak uczuć ani w autorce, ani w jej babce, która przyjechała na drugi koniec Chin pomóc swojej córce. Nieważne jak bardzo partia starała się zwalczyć ludzkie odruchy, kobiety, bohaterki tej powieści, okazywały się silniejsze. Nie bały się walczyć o swoje szczęście i buntować przeciwko normom. Babka odnalazła szczęście u boku doktora Xia, który przyjął ją do swej rodziny, mimo tego że była ona kiedyś konkubiną. Matka odeszła od dawnych tradycji i poświęciła się nowej idei – komunizmowi. Sama autorka natomiast, kiedy tylko pojawia się szansa na wyjazd z kraju, ucieka i odnajduje szczęście za granicą. Nawet gdy panował głód, a w samym Syczuanie umarło siedem milionów ludzi, czyli około 10% populacji, potrafiły sobie jakoś poradzić w ramach promowanego sloganu „Zdolna kobieta potrafi zrobić posiłek bez żywności”.

http://chineseposters.net/themes/women-working.php

http://chineseposters.net/themes/women-working.php

Nie dały się złamać nawet, kiedy ludzie torturowani byli przez Czerwoną Straż podczas rewolucji kulturalnej. Nikt nie mógł czuć się pewny, nawet najwyżej postawieni urzędnicy mogli zostać uznani za zdrajców. Dzieci torturowały dzieci; gwałcono, bito, wyzywano. Mao „pozwalał na wszystko, ponieważ wzmagało to chaos i terror, które mu były potrzebne.” Nawet wtedy nie każdy dał upust swoim zwierzęcym instynktom. Wielu, tak jak autorka, uciekało od okrucieństw i zaczęło wątpić w sens wszystkiego. Trudno było się wyrzec idei, z którymi zostało się wychowanymi, to tak jakby wyrzec się własnej rodziny, lecz w przypadku partii nie było od niej ucieczki. Książka z każdym kolejnym rozdziałem perfekcyjnie oddaje to uczucie zaszczucia, braku możliwości odetchnięcia od tego całego szaleństwa. Bycie miłym czy podziękowanie za coś zostało uznane za burżujskie.

wildswans16

wildswans8

Chang momentami zbytnio skupia się na prywatnych odczuciach, ale nie mogę jej tego zarzucić, bo to nie książka historyczna, lecz epopeja o jej rodzinie na historycznym tle. Nie ma w niej suchych opisów na temat polityki czy problemów społecznych, wszystko zostało zgrabnie wplecione w wątki rodzinne. Mimo że momentami książka aż przytłacza swoim ogromem i musiałam raz na jakiś czas od niej odpocząć, czyta się ją świetnie. Pozwala zrozumieć chińskie społeczeństwo i to, dlaczego komunizm znalazł w nim podatny grunt. „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin.” to epicka powieść, którą powinien przeczytać każdy, nie tylko zainteresowany Azją Wschodnią czy Chinami.

Moja ocena: 5/5
★★★★★

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (31)

  1. Lubię książki, które pokazują sytuację kraju przez historie ludzi. Jak znajdę wolną chwilę, to przeczytam- tym bardziej, że jeśli chodzi o Chiny, to niewiele wiem 🙂

    • Mam nadzieję, że Ci się spodoba 🙂

    • Dam znać, ale niestety chyba nie prędko (w każdym razie mam dokłądnie to samo co Ty, półki zastawione książkami i ciągle przybywa- tylko kiedy je czytać? ale ta książka już niedługo do nich dołączy 🙂 )

    • Ja mam tyle książek na liście „to read”, że musiałabym czytać 24/7 przez kolejne lata, żeby to ogarnąć 😀
      W każdym razie – mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz czas na coś autorstwa Jung Chang!
      Btw – czytałaś ostatnio coś fajnego? Potrzebuję inspiracji 🙂

    • Zawsze z czystym sercem polecam Mario Vargas Llosę (Raj tuż za rogiem został średnio przyjęty, ja uważam, że jest świetny) i Eduardo Mendozę (Miasto cudów, Lekka komedia). Lubię literaturę hiszpańskojęzyczną, ale coraz bardziej pociągają mnie azjatyckie klimaty 🙂

  2. Hangzhou- LUBIĘ TO!

  3. Czytałem ją już taj dawno, zawsze gdy mnie ktoś pyta o książkę o Chinach polecam właśnie ” trzy córy Chin” doskonała książka 🙂

  4. Książka jest świetna. Żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej, bo idealnie nadawała się do mojej pracy licencjackiej

  5. Czytałam, zgadzam się – jest świetna 🙂

  6. Jung Chang ogólnie pisze bardzo dobre książki!

  7. Przeczytałam już ja dawno temu i potwierdzam ze jest bardzo dobra ^^

  8. napisałem głupi komentarz – wywaliłem go – bo mi się Hangzhou z Nanchang pomieszało. Już w tylu tych miastach bylem… Hangzhou jest w sumie fajnym miejscem na jeziorkiem 🙂

  9. jedna z lepszych książek jakie kiedykolwiek czytałam – bardzo polecam

  10. grzybobrańczy

    Wybacz, że nie na temat, ale od pewnego czasu śledzę Twojego bloga i nurtuje mnie jedna rzecz, Ogromnie ciekawi mnie jedno: w jaki sposób pod koniec liceum umiałaś angielski na tyle dobrze, aby bez problemu dostać się na Oksford, przejść pomyślnie interview itd?

    • Karolina

      Uczyłam się angielskiego od dziecka, a w liceum miałam bodajże 6 godzin w tygodniu, na których mówiliśmy tylko po ang, a anglistka była naprawdę super. Jednakże najwięcej pomógł mi chyba fakt, że oglądałam dużo angielskich filmów i zaczęłam także czytać książki po angielsku, ponieważ nie były przetłumaczone na polski (głównie japońskich autorów) 🙂

  11. Bookloverhasababy

    Cudownie się czyta Twojego bloga. Recenzja książki niesamowita.

  12. Wspaniały blog 😀 do którego liceum chodziłaś, jeśli mogę spytać? 🙂

  13. Dziękuję za recenzję. Serdecznie pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *