Spacer po szanghajskich świątyniach… z jedzeniem w tle.

Po przeżyciu godziny szczytu w szanghajskim metrze, obiecałam sobie, że drugi raz nie popełnię tego samego błędu. W związku z tym wybrałam się w stronę Ogrodów Szczęścia, Yù Yuán (豫园) na piechotę. Po kilkunastu minutach w oczy rzuciły mi się historyczne budowle, takie stereotypowo „chińskie” (nie bijcie za to określenie, tak mi się to kojarzy!), jakby żywcem wyjęte z chińskich filmów historycznych. Stałam po drugiej stronie skrzyżowania i już wiedziałam, że muszę poodkrywać w Szanghaju więcej takich miejsc.

yuyuan9 yuyuan8

Kiedy podeszłam bliżej, okazało się jednak, że kompleks to ogromne centrum handlowe, utrzymujące się z masy turystów. Restauracje, sklepiki z pamiątkami, budki z jedzeniem, kawiarnie. A w samym sercu tej komercji? Świątynia. Jakoś mnie to niespecjalnie zdziwiło.

W tym całym zgiełku w pamięć zapadł mi jednak najbardziej starszy pan, który totalnie ignorując tłumy, powoli kaligrafował wodą piękne znaki. Stałam wpatrzona w jego dłoń i próbowałam wyrazić swój zachwyt uśmiechem, ale był on tak wpatrzony w swoje dzieło, że nie zwracał na mnie uwagi. Kontakt ze światem odzyskał dopiero, kiedy po znakach przejechał rozpędzony skuter, a ja w tym samym czasie wykrzyknęłam ciche „Nieee!”. Tak jakby rzadko spotykał kogoś, kto jest w stanie docenić jego wysiłek.

W samym centrum kompleksu znajduje się Shànghǎi Chénghuáng miào (上海城隍庙), co można przetłumaczyć jako Świątynię Boga Miasta, zatem to chyba oczywiste, że wszystko obraca się wokół pieniędzy. Trzej „bogowie”, którzy czczeni są w świątyni to: Huò Guāng (霍光) z czasów dynastii Han, Qín Yùbà (秦裕伯) z dynastii Yuan i Chén Huāchéng (陈化成) z dynastii Qing – wszyscy wstawili się za miastem, kiedy tego potrzebowało i dlatego mieszkańcy Szanghaju pamiętają ich do dziś.

Nie udało mi się jednak dopchać do głównego budynku świątyni, ponieważ tłum był naprawdę niewyobrażalny. Przypomniałam sobie jednak, że kilka minut wcześniej widziałam znak, kierujący w stronę innej świątyni, więc postanowiłam się cofnąć, omijając morze ludzi, przez które nie było jak się przebić. Skręciłam w boczną uliczkę i zanim udało mi się odnaleźć mój cel, wylądowałam w labiryncie stoisk z jedzeniem. Przypomniało mi się od razu, że czytałam o słynnym szangajskim street foodjiānbing (煎饼) i jak tylko zobaczyłam je, wiedziałam że będzie to perfekcyjne drugie śniadanie. Mojego entuzjazmu nie podzielał jednak zbytnio sprzedawca, który był równie przerażony, jak ja – on, że ma doczynienia z lǎowàiem, a ja – że nic nie rozumiem. Przy pomocy gestów i przygotowanych wcześniej rozmówek udało mi się jakoś dogadać i kilka minut później zajadałam się przy plastikowym stoliku gorącym naleśnikiem ze szczypiorkiem, kolendrą, pastą ze słodkiej fasolki zwaną tiánjiàng (甜酱), ostrym sosem làjiāo (辣椒) i smażonymi drożdżowymi paluchami, yóutiáo (油条).

Chwilę później znalazłam się w malutkiej świątynce Chénxiāng gé (沉香阁). Panuje tam całkowicie inna atmosfera. Mimo tego, że uliczka obok także jest pełna wszelkiej maści sklepików, są one całkowicie inne, bo zamiast turystom, służą one głównie osobom, które przyszły się pomodlić. Zamiast plastikowych figurek, można dostać w nich kadzidła czy buddyjskie różańce.

chenxiang1

Po wejściu na teren świątyni od razu uderzyło mnie jedno – ludzie faktycznie się modlili i to żarliwie. Jak widać kilkadziesiąt lat komunistycznej propagandy nie zdołało uciszyć w nich wiary i tradycji. Nie chciałam jednak nikomu przeszkadzać w modlitwie, więc przeszłam się powoli po terenie świątyni, starając się nikomu zbytnio nie wchodzić w drogę.

chenxiang2 chenxiang3

Zbudowano ją jakoś na początku XVII wieku za czasów panowania cesarza Wànlì (萬曆) z dynastii Ming. Znana jest głównie ze statui bogini miłosierdzia, Guānyīn, którą wykonano z drzewa sandałowego, zwanego po chińsku chénxiāng – skąd nazwa świątyni. Udało się jej przetrwać kilkaset lat, lecz podczas rewolucji kulturalnej przestała ona na jakiś czas istnieć, a w budynkach urządzono fabrykę. Niestety nie jest to jedyne miejsce kultu w Chinach, które przeszło taką „metamorfozę”. Większość z nich została totalnie zmieciona z powierzchni ziemi, więc fakt, że niektóre z nich się ostały, niesamowicie mnie cieszy.

Stwierdziłam, że jak już chodzę tak po świątyniach i rozmyślam, to mogę tak robić przez cały dzień. Jednakże w południe zaczęłam wymiękać. Słońce zaczęło parzyć niemiłosiernie. Schronienie znalazłam w (kolejnym!) kompleksie świątynnym Jìng’ān (静安寺), któremu bliżej do centrum handlowego niż miejsca modlitw. Po chwili wylądowałam w ogromnej restauracji wegetariańskiej, wysokiej na cztery piętra. Piekarnia na samym dole kusiła zapachami świeżo przyrządzanych bułeczek i innych azjatyckich słodkości. Ja skierowałam się jednak w stronę bufetu na trzecim piętrze.

Jestem w Chinach dopiero kilka dni, ale miłość Chińczyków do jedzenia widać na każdym kroku. W sklepie z herbatą pani polecała mi herbatę, która pozwoli na jedzenie nielimitowanej ilości pyszności i pozostanie szczupłą. W hostelu co chwilę ktoś poleca mi jakąś knajpę. Nawet w przewodnikach czy internetowych artykułach co chwilę mowa o jedzeniu. Jednakże kiedy tylko wspominam komuś, że jestem weganką, w tym momencie zapada niezręczna cisza. „No ale jak to? W sensie, że bez mięsa? Bez kaczki po pekińsku? Bez chrupiącego bekonu?“ No to dodaję, że tak, nie najem się skwareczkami, chyba że wegańskimi. Ale kiedy wspominam, że nie jem jajek czy mleka, wszyscy patrzą na mnie wielkimi oczyma, jakbym cierpiała całe swoje życie i to nie do końca wiadomo dlaczego. Nasłuchałam się już wiele, ale za każdym razem w Azji znów słyszę, jak to może w Europie jest ciężko, ale znaleźć jedzenie wegetariańskie w Japonii czy Korei to dopiero hardcore. Chińczycy albo spotkani cudzoziemcy upierają się teraz, że to Chiny są piekłem weganina. A ja od kilku dni zajadam się pysznościami, nie rezygnując ze swoich przekonań. Tak też było w świątyni w samym sercu Szanghaju.

jingan1

Spodziewałam się skromnego bufetu z warzywami i jakimś makaronem, jak to miało miejsce do tej pory, a znalazłam się w świecie niczym z katalogu Michelin. Kelnerzy w białych koszulach pod muszką, przyciemnione światła i ciągnące się w nieskończoność lady z wystawionymi różnościami. Oprócz oczywistości a la pierożki, makaron czy tofu, w ofercie są dziesiątki typów wege „mięsa“. Muszę przyznać, że Chińczycy osiągnęli w tej kategorii mistrzostwo. Bułeczki z „wieprzowiną“, zupa z „rekina“, kawałki „wołowiny“ w sosie słodko-kwaśnym czy sashimi z „łososia“ – lista zdaje się nie mieć końca. W głowie od razu pojawia się myśl: to po co jeść te prawdziwe wersje, które wymagają odebrania życia jakiemuś stworzeniu?

Talerz wypełniłam już po kilku krokach. Trochę tego, szczypta tamtego… i już nie było gdzie kłaść więcej. Ale nie musiałam się martwić – bufet działa na zasadzie „płacisz raz, a jesz ile chcesz“. Chiński raj?

Niektóre dania smakowały co najmniej dziwnie. Coś między zgniłą trawą a czymś piekielnie ostrym. Skusiłam się na zupę ze słynnego „cuchnącego tofu“ i nie do końca trafiła ona w me gusta. Podobnie zdrowotna herbatka z jakiegoś magicznego grzybka. Za każdym razem, kiedy czułam, że przesadzam z dziwnością smaków, zagryzłam pierożka (albo dwa) i od razu wracałam do siebie. Do tego kluseczki ryżowe z fasolką adzuki, zbliżone smakiem do mojego ukochanego anko. Pycha. Wydawało mi się, że zjadłam naprawdę dużo, ale jak zobaczyłam, że dziewczyny obok mnie zjadły po dwie miski zupy plus kilka talerzy jedzenia ORAZ deser, to się poddałam. Mój europejski żołądek nie ma tu szans!

jingan8

jingan17

Z pełnym brzuchem przeszłam się do samej świątyni, która skojarzyła mi się od razu z Chogyesa (조계사) w Seulu. Świątynia Jìng’ān to jeden z najstarszych budynków w mieście! Niestety, nie ma za sobą łatwej historii. Powstała ona już w 247 roku za czasów królestwa Wu i pierwotnie znajdowała się nad brzegiem rzeki Wúsōng (吳淞), lecz prawie 1000 lat później, w 1216 roku, podczas dynastii Song, przeniesiono ją w obecne miejsce. Następnie została ona przebudowana znacznie podczas dynastii Qing (1644-1912).

jingan9

Za czasów rewolucji kulturalnej, o której pisałam trochę przy okazji recenzji książek Xinran czy Jung Chang, przerobiono ją na… fabrykę plastiku. Na szczęście w 1983 roku przywrócono jej pierwotną funkcję i dzięki temu możemy podziwiać dzisiaj ten piękny kompleks.

jingan21

jingan12

Na sam koniec zostawiłam sobie jedną z najbardziej znanych świątyni w Szanghaju – Yùfó Chán Sì (玉佛禅寺), czyli Świątynię Nefrytowego Buddy. Została ona zbudowana w 1882 i miała służyć głównie jako miejsce przechowywania dwóch figur Buddy. Niewiele później świątynia uległa całkowitemu zniszczeniu podczas rewolucji Xīnhài na przełomie 1911 i 1912 roku, kiedy to obalono dynastię Ming i proklamowano Republikę Chińską. Na szczęście święte figury przetrwały cudem i budynki odbudowano kilka lat później. Nie nacieszono się nimi długo – świątynię zamknięto podczas rewolucji kulturalnej i przetrwała ona tylko dlatego, że zawieszono na niej portrety Mao. Otwarto ją ponownie dopiero w 1980 roku.

jadetemple7

Dwie słynne figury trochę się od siebie różnią: pierwszy Budda leży oparty na prawym ramieniu, a drugi siedzi. Co ciekawe, na początku zastanawiałam się dlaczego ten leżący jest taki ogromny w porównaniu do wersji siedzącej – okazało się, że to replika podarowana przez wiernych z Singapuru, a oryginał mierzy niecały metr. Pozaglądałam cichutko do większości budynków, w której pogrążeni byli wierni. I kolejny raz zdziwiłam się, ile osób gorliwie oddaje cześć Buddzie, zwłaszcza w przeciwieństwie do Japonii, gdzie szczerze modlących się ludzi widziałam chyba jedynie na Shikoku.

jadetemple1

Byłam już dość zmęczona chodzeniem po świątyniach, które, przyznam szczerze, zaczęły mi się powoli zlewać w jedno. Niby uczyłam się tyle o buddyzmie, ale nawet specjaliści mają trudność z odróżnieniem wszelkiej maści odłamów. Wybrałam się jednak jeszcze na chwilę na pobliski targ ujgurski, aby zasmakować trochę innych klimatów.

W ofercie była cała gama smakołyków, w sporej mierze mięsno-serowych, a nawet jak już znalazłabym coś stricte warzywnego, to po prostu nie miałam zbytnio apetytu. Szanghajski upał daje mocno we znaki, więc przeszłam się jedynie powoli wśród stoisk rozstawionych wzdłuż ulicy. No bo po co zorganizować targ na jakimś placu z dala od samochodów? Chodziłam więc przyklejona do stoisk z jedzeniem, aby nie skończyć żywota pod jakimś pędzącym skuterem. Próbowałam nieśmiało zrobić jakieś zdjęcia wystawcom, ale zawsze ostatecznie się wycofywałam ze stresu. Aż nagle spojrzałam z uśmiechem na jedną z Ujgurek, a ta odwzajemniła uśmiech, który bił z dala promieniami. I spytałam się cichutko, pokazując na aparat, czy mogę zrobić zdjęcie.

uyghurmarket4

Udało się! Przyznam się, że tak mnie to jakoś zestresowało i podekscytowało naraz, że nie miałam już siły na więcej chodzenia. Przeszłam szybko koło meczetu i kilka minut później gnałam już metrem z powrotem w stronę centrum.

uyghurmarket8

Obiecałam sobie przy okazji, że będę częściej robić zdjęcia ludziom, bo to ludzie sprawiają, że różne odwiedzane przeze mnie miejsca są fascynujące. Niestety jeszcze nie udało mi się przełamać w tej kwestii. Mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda… Praktyka czyni mistrza, nieprawdaż?

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (17)

  1. Ale ta idea pisania znaków jest piękna! Są wtedy takie ulotne. Niby napisane, a jednak zaraz wyparują. Podoba mi się to!

  2. Tyle pyszności! I niemal wszystkie są dla mnie nowością. Jeśli kiedyś pojadę w tamte strony, to coś czuję, że non stop będę chodzić z pełnym brzuchem i próbować wszystkiego.

  3. Najbardziej to podoba mi się, a raczej smakuje ich jedzenie. Uwielbiam! Myślę, że warto popracować trochę nad fotkami w jakimś programie graficznym i trochę je „podrasować”. Głównie chodzi mi o ostrość a i bardziej pozytywna kolorystyka bardziej przyciągnie oko 😉

    • Karolina

      Dzięki za uwagę, ale jak to mówią – de gustibus non est disputandum. Tobie podobają się mega podrasowane zdjęcia, a ja chciałam pokazać to, jak Chiny wyglądają naprawdę. Jeśli masz bardziej konkretne i konstruktywne uwagi, z chęcią ich wysłucham, ale „trochę podrasować” niezbyt wiele mi pomaga w autentycznym poprawieniu moich zdjęć.

  4. o, wegańskiego żarcia jest w Chinach sporo, tylko jakby mniej rozreklamowanego niż w Europie. Nie tylko przy świątyniach zresztą 🙂

  5. Uwielbiam takie miejsca, są wspaniałe! I te dachy… poza tym jedzenie wygląda smakowicie 🙂

  6. Jak patrzę na Twoje posty, to mam straszne poczucie niespełnienia, że jeszcze nie opisałam naszego pobytu w Szanghaju. Ale nie wszystko na raz!

  7. Zupełnie mi nieznane miejsca! JEDNAK SAM OPIS I PYSZNE ZDJĘCIA ZACHĘCAJA ABY SIE TAM WYBRAC!

  8. Strasznie, strasznie Ci zazdroszczę ! To moje marzenie zwiedzic taką świątynię 😉

  9. Przypomnialas mi te magiczne miejsca…EH…zatesknilam…za jedzonkiem zwlaszcza! Pamietaj ze najlepsze jedzonko to bladym switem na ulicy!!! Parowane pierozki z pasta tofu…w bambusowych koszyczkach….mniam!!!
    Zycze ci smacznego!!!

  10. Jutro jedziemy do Szanghaju i po przeczytaniu tego tekstu, Świątynia Jìng’ān wlasnie trafila na liste miejsc do zobaczenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *