Fajerwerki w sercu Pjongjangu, czyli rocznica wyzwolenia Korei

Zrezygnowano w tym roku ze słynnych Arirang Mass Games, lecz nie zapomniano całkowicie o świętowaniu. 15. sierpnia przypadła 70. rocznica kapitulacji Japonii. Wprowadzono z tej okazji specjalny czas północnokoreański, co wywołało falę konsternacji na świecie – teraz czas pjongjański to 30 minut później niż chiński i 30 minut wcześniej niż Japonia i Korea Południowa. Jednakże, żeby ten dzień zapamiętali także zwykli mieszkańcy stolicy, którym raczej obojętne czy jest teraz 8:00 czy 8:30, zorganizowano pokaz fajerwerków, świętujący „koniec japońskiego imperializmu”, czyli koniec japońskiej okupacji.

W mieście, w którym brak prądu jest raczej normą, 15. sierpnia wszystko rozbłysło, niczym choinka przed Wigilią. Wieżowce nad rzeką Taedong, zwane potocznie Dubajem, aż raziły światłami, odbijającymi się w jej spokojnych wodach. Nawet w większości zwykłych bloków było zapalone światło. Nie udało się jednak pójść w tej materii na całość, bo nie ma w wielu miejscach do tego stosownej infrastruktury. Oświetlenie uliczne prawie nie istnieje, poza postawionymi co kilkanaście metrów LED-owymi lampami, które swoim chłodnym i słabym światłem zniekształcają kolory, nie dając zbyt wiele światła. Niektórzy zabierają ze sobą na spacer latarkę, co przydaje się zwłaszcza, gdy nagle zapadnie mrok w jednym z przejść podziemnych.

pyongyang1508-14

pyongyang1508-20

„Chleba i igrzysk” – mówi popularne powiedzenie i sprawdza się to także w Korei Północnej. Tłumy przyszły nad brzeg rzeki Taedong (대동), jeszcze więcej ludzi ścisnęło się przy moście Okryu (옥류). Pałac na placu Kim Ir Sena aż raził z oddali poświatą, którą widać było nawet kilka kilometrów dalej. Z okazji święta Koreańczycy dostali przydział piwa i wielu z nich, lekko wstawionych po butelce mekchu (맥주), przykucnęło na chodniku, czekając na fajerwerki. Pokaz zaczął się nagle, bez żadnych zapowiedzi, punktualnie o 21. Wcześniej miała to być niby 20:30 i myślałam, że chodzi o nowy czas, ale sami Koreańczycy kluczyli jeszcze między starym czasem i nowym, nie do końca wiedząc, co jest tego dnia podawane w starym czasie, a co w nowym. A ja błądziłam razem z nimi.

Niebo rozbłysnęło feerią barw, która nie umknęła licznym aparatom i smartfonom, powyciąganym nagle z kieszeni. Huk fajerwerków niósł się po rzece, fala uderzeniowa odbijała się od mostu, co brzmiało jakby miasto zaczęło być bombardowane. Nagle z oddali dało się usłyszeć uroczysty śpiew; na placu odbywały się chyba jakieś występy.

Przez kwadrans (to dużo czy mało?) tłum wpatrzony był z fascynacją w fajerwerki, rozświetlające co kilka sekund czerń nieba przy oświetlonym krwistoczerwonym płomieniu na szczycie wieży Juche (주채; chuch’ae), która zbudowana została ku czci ideologii o tej samej nazwie, stanowiącej szkielet północnokoreańskiej polityki. Więcej o tej idei napiszę niebawem, ale w skrócie chodzi tutaj głównie o samowystarczalność, niepodległość i niezależność we wszelkich aspektach życia, głównie politycznego.

pyongyang1508-4

Po pokazie wszyscy, jak biczem strzelił, wrócili nagle do swojego normalnego „ja”. Komórki wróciły do kieszeni, puste butelki po piwie wylądowały w koszu i tłum udał się, w wyjątkowym porządku, jak jakaś kampania wojska, w stronę przystanków metra, trolejbusów czy tramwajów.

Mi jednak nadal było mało. Dopiero kilka godzin wcześniej przyleciałam do Korei Północnej, a już miałam okazję zatopić się w tłumie Koreańczyków i doświadczyć ich ucieczki od codzienności. Idąc pod prąd, co o dziwo nikomu, nawet rozstawionym co kilka metrów żołnierzom, nie przeszkadzało, wybrałam się w stronę kuli światła – placu Kim Ir Sena. Na miejscu zobaczyłam niestety jedynie porządki, ale doświadczyłam także o wiele luźniejszej atmosfery. Kobiety w pięknie zdobionych hanbokach – a raczej w chosŏnot (조선옷), jak nazywają je w KRLD – robiły sobie zdjęcia, dzieci, które pewnie niedawno występowały, szeptały do siebie coś na ucho, uśmiechając się lekko, nie zważając na zmęczenie. Gdzieś obok przebiegł chłopczyk niosący swojego kolegę „na barana”.

pyongyang1508-18 pyongyang1508-17

Mimo tego pozornego luzu, panował jakiś lekko przerażający mnie porządek. Nie było słychać szczerego śmiechu czy jakiś okrzyków. Tłum karnie podążał w stronę stacji metra Sŭngni (승리), gdzie zaczęła formować się ogromna kolejka, spokojnie na kilkaset metrów. Po głównej drodze przemknęło kilka luksusowych limuzyn z VIP-ami. Chciałam podejść do fontanny naprzeciw centrum handlowego, ale nie udało mi się przecisnąć przez szpaler żołnierzy. Nie wolno i już. „Paszoł won”.

Wtopiłam się w tłum Koreańczyków i udałam się powoli w stronę dzielnicy dyplomatycznej. Co chwilę mijałam jakiś kiosk – a to z lodami, a to z wodą i ciasteczkami. Na schodach przy jednym z przejść podziemnych kilka kobiet rozłożyło się z torbami i zaczęły sprzedawać gotowane kolby kukurydzy. Minęłam restaurację, w której były dosłownie tłumy, po drugiej stronie ulicy mignęła mi kręgielnia i cały kompleks rozrywkowy.

Powoli zaczęły gasnąć światła w mijanych blokach. Gdzieś przystanął spowity mrokiem trolejbus, nie wiem czy z braku prądu, czy z przeładowania. Ludzie jednak cierpliwie czekali. Ktoś włączył przenośne radyjko. W oddali grupa lekko wstawionych Koreańczyków zaczęła śpiewać na smętną nutę pieśń „Arirang”. Zabrzmiały cykady i nawet nie wiem kiedy znalazłam się z powrotem w compoundzie, w moim tymczasowym domku na teoretycznie polskiej ziemi w najbardziej zamkniętym kraju na świecie.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (28)

  1. A jak tobie udało się poruszać bez pozwolenia?

  2. Koreańczycy z północy maja smartfony? Albo aparaty? Szok. Tylko po co im smartfony? Przecież i tak nie maja internetu

  3. ze zmianą czasu podobnie mają w Nepalu. Wjeżdżając z Indii nie byłem świadom, że jest różnica czasu….15min. Prawie autobus mi uciekł. Powód tej różnicy- czyjaś fanaberia i podkreślenie swojej niezależnośći….? pzdr

    • O, nie słyszałam o tym wcześniej 😛 Nie mam zielonego pojęcia po co wymyślają takie rzeczy, ale w Korei niby odcinają się od „imperialistów z Japonii” i „kapitalistycznych zdrajców z Korei”

  4. no nie, północnokoreański czas…..to jak z Orwella. ogólnie to zazdroszczę Ci, masz okazję przebywać w innym świecie…Ale zawsze się zastanawiam, co ci ludzie sobie myślą, uwięzieni we własnym kraju, współczuję im ale pewnie większość ma sprany mózg…i uważają że za granicą jest zło

    • Nie mam pojęcia, co myślą, bo nikt ze mną nie rozmawia, tylko patrzy na mnie z mieszanką strachu i odrazy. Obsługa we wszystkich restauracjach czy sklepach jest przesympatyczna, ale to nie są osoby przypadkowe. Jednakże coraz więcej osób wyjeżdża pracować czy uczyć się za granicę, ponoć też sporo zmieniło się na lepsze w ciągu kilku ostatnich lat (a przynajmniej w Pjongjangu), więc myślę, że powolutku powolutku się to będzie zmieniać.

    • oby….to musi nyć straszne,żyć w zamkniętym kraju

  5. Alicja po drugiej stronie lustraw czasach powszechnej globalizacji bezcenne doswiadczenie, a dla mnie lodz ratunkowa. Dzieki Karolina

  6. Koreę Północną kojarzę jedynie z filmu Andrzeja Fidyka „Defilada” oraz książki Barbary Demick „Światu nie mamy czego zazdrościć”. Będę bacznie śledzić Twoje wpisy.

  7. To wladza dopiescila! Fajerwerki! Boze drogi,,,,jak ty sie tam odnajdujesz???powodzenia!

  8. Rewelacja. Taki staż to ja rozumiem 🙂

  9. Skąd ci ludzie mają pieniądze na smartfony? Północ tak się odcina od południa, a jednak korzystają z naszych dobrodziejstw. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *