Píngyáo (平遥), czyli gdzie można zakochać się w Chinach

Rewolucja kulturalna dość sprawnie poradziła sobie z historycznymi zabudowaniami. Dopiero od całkiem niedawna zaczyna się dbać o wszystko, co „historyczne“ i „tradycyjne“, bo to się najlepiej sprzedaje. Nikt nie będzie jechał na drugi koniec świata, żeby zobaczyć szare bloki. Ale stare budynki w „starożytnym miasteczku“ już tak. Turyści zalewają głównie takie atrakcje w okolicy dużych miast, ale te najciekawsze można znaleźć także z dala od wielkich metropolii. Tak też jest w przypadku Píngyáo (平遥), które skryło się w sercu prefektury Shānxī (山西) i uznawane jest za najlepiej zachowane miasteczko w Chinach.

Do Píngyáo z Xī’ān (西安) jedzie się kilka godzin pociągiem. Na pierwszy rzut oka zdają się być na mapie tuż obok siebie. Za każdym razem zadziwia mnie jednak ogrom Chin i kiedy spojrzeć bliżej, okazuje się, że to odcinek kilkuset kilometrów. A samo Píngyáo to w końcu nie tylko stare miasteczko – to leży w środku otulone starymi murami – ale istne morze szarych blokowisk, ciągnące się po horyzont. Po raz kolejny okazało się, że stacja „Píngyáo” wcale nie znajduje się w Píngyáo, lecz na jego obrzeżach. A jako że przyjeżdża tam dosłownie kilka pociągów dziennie, nie ma tam nic oprócz kawałka pola (a raczej piachu) i wielkiego szarego budynku dworca.

Po wyjściu z pociągu od razu otoczyła mnie chmara taksówkarzy. „Píngyáo! Píngyáo!” Za nimi zauważyłam jednak kilka autobusów, do których kierowali się Chińczycy (jak zwykle byłam jedyną nie-Chinką w okolicy), więc ominęłam natarczywych kierowców slalomem, przy okazji niemalże nokautując kilku plecakiem i udałam się w stronę autobusu. Nagle wyskakuje kierowca i coś tam krzyczy. Że nie, że taxi, że to autobus. No jakbym nie widziała, że to autobus. Pokazuję jednak uparcie palcem na napisaną na drzwiach rozpiskę przystanków i pukam kilkakrotnie w nazwę przystanku „Brama Północna do Historycznego Miasta”. Facet zdziwił się lekko, że co nie co ogarniam, bo już miał nadzieję, że pewnie wsiądę do taksówki i nie dość, że będzie miał ze mną kłopotu, to może kierowca mu odpali jakiegoś grosza (w końcu wiadomo, że skasują mnie więcej, bo miłują tutaj taksometr tak bardzo, jak na przykład w Maroku).

Wsiadam do autobusu i po raz kolejny jestem świadkiem czterech typów reakcji:

  1. totalna ignorancja, spuszczenie głowy, odwrócenie wzroku = laowaje nie istnieją
  2. zdziwienie, ślina spływa po brodzie upapranej resztkami zupki w proszku, konsumowanej niedawno w pośpiechu w pociągu = „ej, ty, obczaj tę jedną laowajkę!”, szturchając sąsiada łokciem
  3. wzrok zimny niczym ciekły azot = „tu nie ma dla ciebie miejsca, laowajko, spier*dalaj”
  4. zachwyt, oczy szklące się tak, jak w japońskich anime – pika pika (ピカピカ) – jak to mówią Japończycy = „Ojej, ale ta laowajka ma piękne oczy. I włosy. I skórę. I taka wysoka. I taka szczupła. No spójrz tylko, ojej, ale zobacz, no zobacz!”

Wciskam się do środka, mimo że nie ma zbyt wiele miejsca, ale ludzie ustępują przede mną, jakbym była Mojżeszem a oni Morzem Czerwonym. Bynajmniej mi to nie przeszkadza. Autobusik swoje lata ma, a klimatyzacja pozostaje nadal jedynie w sferze marzeń. A ja czuję, jak po plecach cieknie mi niemalże Niagara, tak samo po brzuchu, pod małym plecakiem, a cholera wie, jak daleko mój przystanek jest. (Zgaduję, że całkiem daleko, bo wypisany jest jako przedostatni na liście…).

Dość szybko wpadam jednak w stan hibernacji i nawet nie wiem kiedy, ktoś, jak zwykle, wypycha mnie z autobusu, coś tam krzycząc. Okazuje się na szczęście, że tak jak to miało miejsce wcześniej przy okazji podróży autobusami po Chinach, ląduję na odpowiednim przystanku, a te krzyki i dziwne wystawianie mnie za drzwi to chiński sposób na bycie gościnnym i pomocnym. Xièxie (谢谢).

Mój hotelik znajduje się w środku zamurowanego miasteczka, niedaleko północnej bramy, lecz znalezienie go nie jest wcale takie proste. Po jakimś czasie znajduję na jednym z budynków wytarty napis z nazwą hotelu w chińskich znakach (po raz kolejny dziękuję w duchu za to, że jestem w stanie odróżnić od siebie chińskie znaki i zapamiętać jak wyglądają, nawet jak nie umiem ich przeczytać.) Z zewnątrz budynek trochę straszy, ale po przejściu progu ogromnej bramy znajduję się niemalże w raju. W środku znajduje się duży dziedziniec, na który wychodzą wszystkie pokoje. Odbieram szybko klucze do pokoiku i nawet nie wiem kiedy, siedzę sobie w świetle zachodzącego słońca na pięknym podwórku, czytam książkę i popijam zieloną herbatę kupioną na plantacji Lóngjǐng (龙井). Żyć nie umierać.

pingyao-55

Dziedzinie hoteliku – lampiony, pranie, stolik, czyli klimatyczny rozgardiasz.

Z samego rana, dosłownie chwilę po wschodzie słońca, wyskakuję z łóżka pełna energii. Czas na spacer! Dzień wcześniej, kiedy targałam plecaki do hotelu, ledwo udało mi się przecisnąć przez tłum ludzi, a teraz wszędzie pustki. Powoli otwierają się knajpki serwujące pierożki i inne proste śniadaniowe dania. Co jakiś czas mija mnie zaspany rowerzysta. Idę przed siebie, kąpiąc się w świetle wschodzącego słońca (mimo że za warstwą smogu). Skręcam, tak na azymut, w prawo, żeby trafić z powrotem do hotelu i ląduję w jakiejś biednej części miasteczka, z daleka od kilku turystycznych uliczek. Ciekawe kiedy wygonią stąd biednych ludzi, a miejsce ich domostw zajmą kiczowate hoteliki i stragany sprzedające badziewie? A może jednak uda się zachować choć trochę tej jeszcze żywej tkanki miasta i nie zamieniać go w turystyczny skansen? Trzymam za to kciuki.

Wiele z piękniejszych rezydencji i świątyń została zachowana i odremontowana, a przed wejściem do nich tłoczą się turyści z ulotkami na temat najważniejszych atrakcji Píngyáo. Mimo że na wszystkie atrakcje obowiązuje jeden bilet, kupienie go wcale nie jest takie łatwe. Już któryś raz z kolei kobieta na widok mojej karty płatniczej dostaje prawie zawału. W innym miejscu kobieta tak trzaska okienkiem, że szyba drga jeszcze przez kilka sekund. Chodzę od bankomatu do bankomatu, ale dostanie gotówki w tym kraju wcale nie jest takie łatwe – tak naprawdę działają jedynie bankomaty Bank of China i ICBC. Pytam się w informacji turystycznej o bankomat któregoś z tych banków. Kobieta patrzy na mnie pustym wzrokiem i wzdryga ramionami. Co z tego, że na wejściu widnieje ogromny napis „Tourist Information” – nikt, dosłownie NIKT, nie mówi tu po angielsku. Pan w hoteliku umiał kilka zdań, ale jeśli już wykroczyłam poza jego (miniaturową) strefę komfortu, musiałam posiłkować się translatorem i słownikiem.

Wchodzę zrezygnowana do jakiejś odpowiednio hipstersko wyglądającej kawiarenki i pytam się ludzi o to, gdzie mogę znaleźć bankomat. Nikt nic nie wie, ale oferują mi, że mogą wypłacić mi pieniądze w kawiarni przez terminal, z jakąś tam małą serwisową opłatą (która i tak wyszłaby taniej niż bankomat). Zgadzam się bez wahania, ale tym razem buntuje się nie pani w okienku, lecz terminal, który przestaje działać. Ale młody pan i pani nie dają za wygraną. Po angielsku mówią tak jak ja po chińsku, więc każdy z nas bierze do ręki komórkę i energicznie wpisujemy zdania w translator.

„Food serving waiting bank take” – czytam na komórce przesympatycznej Chinki.

„I don’t understand” – wklepuję.

Chinka nie poddaje się i wpisuje coś ponownie.

„He eating. Later, he take you bank.”

„He will take me to the bank?”

„Eating later bank”.

O jakie jedzenie jej chodzi?! – próbuję zgadnąć i nie daję za wygraną. Ona też nie. Pokazuje na chłopaka, który chciał mi pomóc, na miskę z jedzeniem, a potem na skuter.

„Aaaaa, how much?” – pytam.

„Free!” – mówi, nie posiłkując się translatorem.

„Free? Miǎnfèi? (免费)” – pokazuję jej słowo w moim mobilnym słowniku. Ale jak to? To musi być jakiś przekręt, przecież do tej pory nikt mi nie oferował nic za darmo w tym kraju, a jeśli już to mnie kasował kilka razy więcej za wszystko.

„No problem, yes.” – czytam na jej komórce i stwierdzam, że pal licho, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Kilka minut później jadę na skuterze z jakimś dopiero co poznanym chłopakiem przez miasto, ale co chwilę musimy się przeciskać przez tłum, więc powtarzam sobie, że jak coś będzie nie w porządku to zacznę się drzeć w niebogłosy i zeskoczę na ulicę. Ale dosłownie po chwili lądujemy przed budynkiem Bank of China, pobieram z bankomatu kasę, wracamy do kawiarni i wszystko kończy się jak najbardziej w porządku. Próbuję się im jakoś odwdzięczyć, ale nie chcą pieniędzy.

Zamawiam więc kawę, a przy moim stoliku siada najpierw jedna dziewczyna, potem druga, a po kilku minutach także kelnerka.

„You are so beautiful!” – czytam na podanej przez pierwszą z nich karteczce.

„I love your hair!” – literki na rozświetlonym na maksa wyświetlaczu komórki tej drugiej aż wwiercają mi się w oczy.

„Where you belong?” – Gdzie należę?!

„Bo… lan” – wymawiam nazwę powolutku, starając się pamiętać jakie to były tony.

„Ach!! Bōlán!! (波兰)” – i tak wyszło, że całkowicie pomieszałam wszystko, ale na szczęście mnie zrozumiały.

Mimo to widzę lekką konsternację w ich oczach. Bōlán, bōlán, coś tam było, ale co?

Wyciągam z małego plecaka laptopa, loguję się z pomocą jakiegoś chłopaka, który zjawia się całkowicie znikąd i pokazuję im zdjęcia Polski. Morze i pusta piaszczysta plaża. Góry. Warszawa. Kraków. Z każdym kolejnym zdjęciem widzę, jak ich oczy robią się coraz większe. „Woooooooooooow” – szepcą do siebie.

Rozbraja mnie jednak ich podsumowujący komentarz: „Poland small, China big. Poland beautiful, China more beautiful.”

No i nie ma co dyskutować! Ale jako że liznęłam tylko kawałek Chin, nie polemizuję, tylko uśmiecham się i stwierdzam, że faktycznie niektóre miejsca w Chinach, na przykład Huángshān (黄山), totalnie zwaliły mnie z nóg.

Kelnerka pyta się mnie czy chcę coś przekąsić, ale kiedy zaczynam tłumaczyć jej, że nie jadam jajek i mleka, więc żadne ciastka pewnie nie wchodzą w grę, ta o dziwo się nie poddaje. Wyciąga ze swojej torby jakieś długie ciastka i tłumaczy, że to tylko woda i mąka, smażone na gorącym oleju. Pytam się, ile to kosztuje i że z chęcią zjem. „Free”, powtarza, „present”. Dowiaduję się przy okazji, że to lokalny specjał, zwany má huā (麻花). Sięgam po jeden z nich i czuję, że w tym momencie wlepiają się we mnie oczy wszystkich w całej (niemałej) kawiarni.

„Good? good?” pyta mnie jakaś pani, którą dopiero co zauważyłam, bo siedziała w fotelu za jednym z filarów.

„Very good!” – odpowiadam, jeszcze przeżuwając kawałki tego smakołyku.

Po jakimś czasie jedzenia z widownią, żegnam się z obsługą kawiarni, ale nie dają mi tak łatwo uciec. Jedno zdjęcie, drugie, ja z kelnerką, ja z kelnerem, ja z kelnerką i kelnerem, ja z panią, ja z panem, ja z jedną dziewczyną, ja z drugą dziewczyną, ja z dwoma dziewczynami…

pingyao-17 pingyao-16

Udaje mi się jednak jakoś wydostać na ulicę i kieruję swe kroki od razu w stronę kasy, z nadzieją, że uda mi się chociaż zobaczyć jakąś świątynię, może jakiś budynek w centrum i kawałek murów. Znalezienie kasy z obsługą, która nie śpi, nie jest najłatwiejszym zadaniem w Píngyáo, ale ostatecznie misja została zakończona sukcesem. Podchodzę rozradowana w stronę muru, szukając wejścia, ale znajduję jedynie wyjście z murów. Idę więc przed siebie, z nadzieją, że gdzieś to wejście znajdę. Co chwilę krzyczy do mnie jakiś rikszarz, że on może mnie obwieźć dookoła murów. Moje dzielnie nauczone „Xièxie, bú yòng”, czyli „nie dziękuję, nie potrzebuję” niezbyt działa. Po przejściu wzdłuż ¼ murów dochodzę do bramy północnej, obok której znajduje się mój hotelik. Wchodzę na górę… i okazuje się, że fragment muru jest w naprawie i mogę albo się cofnąć tam, skąd przed chwilą przyszłam, albo przejść dołem. Przyzwyczajona do nagłych zmian planów, postanawiam zejść na dół i przejść się uliczkami i przy okazji zahaczyć o jakieś zabytki w mieście.

pingyao-22

Nie mam jakiegoś specjalnego planu, więc idę przed siebie z postanowieniem, że jeśli mnie coś zainteresuje, to wchodzę bez większego zastanowienia. Tak też wylądowałam w Banku Wekslowym Rìshēngchāng (日升昌), który uchodzi chyba za jedną z największych atrakcji w Píngyáo, ponieważ jest to pierwszy bank w Chinach. Założono go w 1823 za czasów dynastii Qing i z czasem kontrolował on połowę chińskiej ekonomii (!). Jego oddziały otwarto szybko w pobliskich miastach, a z czasem także i w Pekinie.

Późnym popołudniem tłumy się już trochę przerzedziły, ale i tak co chwilę na kogoś wpadałam w wąskich przejściach między budynkami. W niektórych z budynków pozostawiono stare meble albo zorganizowano jakąś mini wystawę, ale mało co widziałam w ciemnym świetle. Zadziwiło mnie to, jak dobrze schowany był cały kompleks – nigdy nie zgadłabym, patrząc z ulicy, że znajduje się tam aż tak wiele budynków (i skarbiec!).

Następnie wylądowałam w świątyni taoistycznej Qīngxūguàn (清虚观) – planowałam odwiedziny w takiej świątyni już podczas pobytu w Hangzhou, ale jak zwykle moje planowanie nie pokryło się z rzeczywistością i niestety się nie udało. O dziwo, mało kto wpadł na taki sam pomysł. Mimo że na pierwszy rzut oka świątynia nie różni się wiele od buddyjskich czy konfucjańskich, które miałam okazję odwiedzić w Chinach, panował w niej jakiś taki… spokój. W głównej hali porządku pilnował lekko odrapany z farby posąg Lǎozǐ (老子), a za budynkiem rosły sobie spokojnie drzewa i można było przycupnąć i odpocząć od ulicznego zgiełku. Qīngxūguàn to zresztą najstarsza taoistyczna świątynia w okolicy: powstała w 657 roku za czasów dynastii Táng.

pingyao-32

Po wyjściu na ulicę postanawiam się nie poddawać i kontynuować mój spacer wzdłuż muru, z (naiwną) nadzieją, że kiedyś uda mi się kawałek nim przejść. Niestety los zadecydował inaczej i po kilkunastu minutach marszu i minięciu dwóch bram, poddaję się i skręcam ponownie w stronę centrum. Tym razem ląduję… w świątyni konfucjańskiej, Wén Miào (文庙), zresztą całkiem podobnej do tej w Szanghaju.

pingyao-48 pingyao-45

pingyao-43

Bardzo podobają mi się świątynie buddyjskie, ale w wielu z nich panował istny rozgardiasz, bo aż trudno było przepchać się między turystami i wiernymi. Jednakże świątynie konfucjańskie czy taoistyczne z reguły świecą pustkami – mało kto pogłębia swoją wiedzę w tym zakresie, mimo że społeczeństwo chińskie dość głęboko przesiąknięte jest filozofią konfucjańską (co można zobaczyć między innymi w sposobie traktowania kobiet, nawet dziś).

Wizyta w takim miasteczku nie byłaby jednak pełna bez wieczoru w małej restauracyjce. Na lunch skusiłam się na kǎo lǎo lǎo (栲栳栳), czyli gotowane na parze a la naleśnikowe krążki z mąki owsianej i tak zwane „kocie uszy”, māo ěr duo (猫耳朵), czyli małe kluseczki w warzywnym sosie. Na kolację wybrałam placuszki na zimno z ostrym sosem na boku, zhānwǎntū (沾碗秃), i talerz bakłażana w pysznym słodkawym sosie.

Póżnym wieczorem odbieram duży plecak z hotelu i po zakupieniu kilku placuszków, pieczonych na żeliwnym blacie na moich oczach, podążam w stronę dworca. Píngyáo będę wspominać długo, bo to tutaj spotkałam się chyba po raz pierwszy w Chinach z bezinteresowną pomocą i ogromny ciepłem. Nawet jeśli w miasteczku nie ma co robić dłużej niż dzień, nawet pomimo mojego zmęczenia i frustracji na niereformowalne panie w kasach.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (25)

  1. fotki takie ładne, relacje takie pokomplikowane – podróż marzenie 🙂

  2. To sa wlasnie moje klimaty i dzieki Tobie juz wiem, gdzie pojechalabym, gdybym wybierala sie kiedys do Chin!:)

    • Karolina

      Mnie też strasznie kręcą takie klimaty, ale niestety takie miejsca powoli zanikają, wchłonięte przez ogromne aglomeracje. W Szanghaju czy Pekinie też są dzielnice z tradycyjnymi uliczkami, ale powoli wiele z nich burzą, a potem stawiają tam bloki czy hotele :/

  3. Zawsze jak wchodzę na Twojego bloga to się zastanawiam: DLACZEGO mnie tam jeszcze nie było??

  4. Piękna notka i sliczne zdjęcia ! Takie Chiny bardzo chciałbym zobaczyć Dzięki Zapisuję na przyszłość

  5. :) Śliczne zdjęcia 🙂
    PS. A dobrych ludzi, pomagających bezinteresownie obcemu w Chinach dużo, ale zazwyczaj najmniej tam, gdzie dużo atrakcji turystycznych…

  6. Zjadłabym te smażone ciastka… I co do miejsc, to chyba najbardziej podobają mi się podniszczone budynki 🙂

  7. Ale to fajnie wygląda i do tego nie wydaje się na razie takie zapchane przez turystów. No i jedzenie wygląda super 😀

  8. Na Wschód mnie nie ciągnie na razie. Chciałbym zobaczyć Chiny, ale zostawiam to sobie na później, czyli pewnie jak skończę pięćdziesiątkę. Może się zdążę do tego czasu mandaryńskiego nauczyć 🙂

  9. Hej! Cudowna wycieczka…wlasnie poczulam smak parowanych pierozkow…ludzie w chinach nie sa zli- to tylko Strach i pierwsze reakcje na ogromna innosc…w glebi tych b.podobnych istotek tkwi ciekawosc i dobroc,chec poznania nas i wyrwania zdjecia i nowinek o zyciu „gdzies” bo Chiny sa tak wielkie ze nawet trudno sobie wyobrazic gdzie…
    Banknoty w wodzie? Ja wiem: monety rzucane na szczescie mozna wyjac i uzyc ponownie…takie kradzione, podebrane szczescie … A banknot jest jednorazowego uzycia:) ladnie piszesz…i te zdjecia…takie zwyczajnie niezwyczajne…

    • Karolina

      Dziękuję 🙂 Ludzie nigdzie nie są źli; wierzę, że ludzie są wszędzie z natury dobrzy. Ale to właśnie w Pingyao spotkałam się z totalną bezinteresownością, którą będę długo wspominać.

  10. Niektóre zachowania tak typowe dla większości krajów Azji. Ale jestem zdziwiona, że tak traktują „laowajów”. Serio? Tzn. czytałam, że odjeżdżając bardziej w głąb kraju, ryzykuję tym, że nikt nie będzie mnie rozumiał i bez znajomości chociażby podstawowej języka można dojechać nie tam, gdzie chciałabym (jest to jeden z powodów, dla którego jeszcze w takie miejsca nie dojechałam). My zazwyczaj spotykamy się z zaciekawieniem i ogromną życzliwością, nawet jeśli ktoś nie mówi po angielsku, starając się pomóc nawet gestami albo prowadząc do potrzebnego miejsca bez słów. p.s. jedzenie pycha! zazdrość wielka :)))

    • Karolina

      No niestety w Chinach spotkałam się raczej z wrogością i strachem niż ogromną życzliwością, ale to naprawdę zależy. Były momenty, że aż się rozklejałam, bo ludzie byli tacy pomocni, ale niestety przeważały sytuacje niemiłe… A jedzenie faktycznie pyszne i tęsknię za niektórymi smakołykami (chociaż tutaj w Korei też karmią super, więc nie narzekam) 😀

  11. Takich Chin nie znam, a chętnie bym poznała. Uwielbiam poranki w nowym miejscu :). Pierożki na śniadanie, całkiem mi się to podoba!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *