Droga do Wŏnsan (원산), czyli piękne i zielone oblicze KRL-D

Pjongjang o szóstej nad ranem przypomina miejsce masowego exodusu. Tłumy idą przed siebie, starając się nie myśleć o dystansie, który został im jeszcze do pokonania. Wojskowi, robotnicy, osoby starsze, dzieci – wszyscy kroczą dzielnie do przodu. Na wielu trawnikach kobiety wyrywają dłońmi uparte kłącza trawy, a inne przycinają ją małymi sierpami. Patrzę na sceny z życia codziennego pjongjangczyków, ale te zaczynają niebawem rozmywać się za oknem samochodu.

Szybko przejeżdżamy przez obrzeża Pjongjangu, które niczym nie przypominają rozlewających się niemalże w nieskończoność stolic europejskich, wchłaniających łapczywie kolejne miasteczka i wsie. Nagle osiedle wieżowców z płyty zamienia się w istne pustkowie. Gdzieś w oddali widać jakąś wieś, zaczynają pojawiać się uprawy: kukurydza, sezam, ziemniaki. Mijamy po jednej stronie ogromny sad z jabłkami – ciekawe czy to tu dawał ostatnio swoje rady Wielki Przywódca?

Siedzę przyklejona do okna i patrzę na ciągnącą się po horyzont zieleń. Żaden skrawek zieleni nie leży odłogiem, nie widać łąk czy połaci trawy. W kraju, którego większość powierzchni stanowią góry, a rośliny uprawiane są nadal prymitywnymi metodami, nie można pozwolić sobie na jakiekolwiek marnotrawstwo. Co jakiś czas na polu można dostrzec niby daszki kryte strzechą, gdzie pracujący w polu czy idący drogą ludzie mogą schować się przed słońcem. Albo po prostu odpocząć – na drodze (zwanej dumnie „autostradą”) nie widać żadnych pojazdów – pobocze funkcjonuje raczej jako chodnik. Co jakiś czas mijamy grupki wychudzonych dzieci w mundurkach, dźwigające dzielnie swoje tornistry. 6:15 rano, a one idą pewnie już od co najmniej godziny i jeszcze nie są nawet w połowie drogi. Lekcje zaczynają się o 8:30, więc czeka je jeszcze dwie godziny marszu po pełnej dziur drodze, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.

Gdzie ci wszyscy ludzie idą? Quo vadis? Po drodze nie widać miast, rzadko w morzu zieleni przebijają się zza gęstej mgły białe mury starych wiejskich chat u podnóża jednego z wielu wzgórz. Na niektórych górach poustawiano wielkie białe znaki, układające się w jakieś propagandowe hasło – na pierwszy rzut oka, kiedy jeszcze widać dobrze, co jest tam napisane, przypominają słynny napis „Hollywood” w LA. Kobiety idą w nieodłącznych obcasach godzinami, lecz na ich twarzach nie widać żadnego nawet minimalnego grymasu bólu. Tak jakby wymazano go z ich gamy emocji. Lata praktyki?

Z czasem po drodze zaczynają pojawiać się wychudłe krowy, które próbują znaleźć gdzieś odrobinę trawy. Ich wychudłe żebra aż lśnią, przebijając się przez piękną wypłowiałą brązową sierść. Kilka metrów od każdej z nich można dopatrzyć się drzemiącego w polu pastucha, który wyszedł z domu pewnie dawno temu w poszukiwaniu skrawka zieleni, które jego zwierzę mogłoby zjeść.

Na poboczu co kilka kilometrów stoi jakiś busik czy ciężarówka, ale żadne z nich nie jedzie dalej. Niektóre są zupełnie puste, przy innych kucają czy śpią, bezpośrednio na spękanym betonie, grupki osób.

Czuję się, jakbym w przyspieszonym tempie oglądała jakiś wędrowny szlak, a nie autostradę. Jedziemy slalomem, omijając dziury i siedzących często niemalże na środku ludzi, którzy im dalej od stolicy, tym wyglądają biedniej. Kilka razy za oknem mignęły mi postacie dzieci z umorusanymi twarzami, ślepo wpatrzonymi w dal. Nie niosły tornistrów, a na ich szyjach nie były zawiązane krwistoczerwone chustki. Czyżby były to jedne z sierot, o których pisano niejednokrotnie w światowych mediach i o których wspominała także Barbara Demick w „Światu nie mamy czego zazdrościć”?

Nie widać już modnych żakietów, śnieżnobiałych koszul z fikuśnym kołnierzykiem, obszytych koronką parasoli przeciw słońcu czy ozdobionych sztucznymi diamencikami kolorowych koturnów tak jak w Pjongjangu. Przeważają pseudo wojskowe ubrania, powyciągane koszule i lekko pożółkłe podkoszulki. Zamiast torebek, często sprowadzanych z Chin, starsze kobiety niosą brezentowe worki, które wyglądają tak, jakby miały za chwilę się rozpaść. Ponoć wiele z nich ma przy sobie cały swój dobytek, gdyby się okazało, że ich rodzina postanowiła pozbyć się dodatkowej gęby do karmienia. Większość kobiet ma krótkie, lekko falowane włosy – wymyślne koczki modne w stolicy nie wchodzą w grę, kiedy całe dnie spędza się gdzieś w polu albo w jakiejś fabryce. Mimo biedy, którą widać tu na o wiele większą skalę niż w Pjongjangu, nie widać brudu. Koszule są wykrochmalone, włosy uczesane, buty czyste. Bieda nie oznacza upodlenia.

Kiedy po drodze nie widać żywego ducha, można skupić się na widokach. Toniemy w morzu zieleni: uprawy, sady i porośnięte lasami wzgórza. Pomiędzy nimi rzeczki, jeziorka i strumienie, mimo tego, że północnokoreańskie media co chwilę wspominają o suszy. W spokojnej tafli mijanych stawów odbijają się coraz to wyższe wzniesienia. Atmosfery nadaje gęsta mgła, otulająca pagórki niczym kokon. Piękno natury nieskalanej słupami elektrycznymi, betonowymi budynkami czy fabrykami zwala z nóg. Myśli szybko uciekają w krainę fantazji. Podświadomie zastanawiam się, jakby to było przejść się w tej dziczy z plecakiem. Co znajduje się za górami? Może tam wszystko wygląda całkowicie inaczej, a te ciągnące się przez ponad sto kilometrów pokryte soczyście zielonymi lasami góry to jedna wielka ściema?

wonsan-24

Zatrzymujemy się przy otoczonym wzgórzami zalewem na parkingu, który służy za główny przystanek na trasie Pjongjang – Wŏnsan. Mimo że znajduje się tu jakaś restauracja, sklep i kawiarnia, totalnie je ignoruję i wpatruję się w otaczającą mnie wspaniałą przyrodę. Od razu zaczynam sobie wyobrażać, jak pięknie musiałoby tu być jesienią, kiedy zaczerwienią się w klony dookoła wody. Czy Koreańczycy także świętują ten istny festiwal kolorów jak Japończycy, którzy dla podziwiania kōyō (紅葉) potrafią przemierzyć cały kraj? Przypominam sobie przy okazji moje wojaże w okolicy Tokio w poszukiwaniu najpiękniejszego jesiennego krajobrazu – w Nikkō (日光) czy w Takao-san (高尾山). W duszy trzymam kciuki za to, żeby w Korei Północnej ludzie także umieli cieszyć się otaczającym ich pięknem. Domyślam się jednak, pamiętając okresy, kiedy funkcjonowałam bardziej jak zombie, że niestety jest to jedna z ostatnich rzeczy, która przychodzi styranemu człowiekowi na myśl.

wonsan-13 wonsan-12 wonsan-10

Ruszamy dalej, a widoki z każdą minutą stają się coraz piękniejsze. Nieskalane manią infrastrukturyzacji (po prostu z biedy) góry otaczają nas z obu stron. Podziwianie widoków przerywa co jakiś czas tunel – żaden z nich nie jest oświetlony, a przy okazji często są one węższe od drogi. Na szczęście po drodze do Wŏnsan mijamy dosłownie kilka samochodów. Na jeden z nich natrafiamy właśnie w długim na kilkaset metrów tunelu, pogrążonym w całkowitych ciemnościach, bo kierowcy z naprzeciwka nie chciało się włączyć świateł (albo nie miał w lampach żarówek…) Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem przejechał przez te wszystkie tunele po drodze, zwłaszcza, że nawet ze światłami mało co widać, bo wnętrze, w żaden sposób niewentylowane, pogrążone jest w gęstej mgle zmieszanej z pyłem.

Zamiast jechać prosto „autostradą”, skręcamy w boczną dróżkę. Tak jak wcześniej co kilka minut widzieliśmy po drodze jakiś ludzi idących nie wiadomo dokąd, tak teraz przez kolejne kilkanaście minut nie spotykamy nikogo. Zatrzymujemy się po jakimś czasie przy punkcie widokowym, bo robienie zdjęć z pędzącego auta to mission impossible. Wszystko albo rozmywa się w smugę albo robię zdjęcie wnętrzu auta, bo co chwilę muszę się czegoś mocno złapać, żeby nie przyrżnąć głową w sufit, kiedy samochód wjeżdża w jakieś dziury. (Obiecuję, że już nigdy nie powiem złego słowa na temat polskich dróg.)

Nareszcie mogę w miarę na spokojnie przyjrzeć się otaczającej mnie naturze. Pamiętam jak podczas wizyty w DMZ od południowej strony nasłuchałam się jak to w Korei Północnej nie ma w ogóle drzew ani jakiejkolwiek roślinności, bo wszystko zostało albo zjedzone albo zużyte na opał. Patrzę na to oszałamiające piękno tonących w zieleni gór i czuję się skonfundowana. To kto ma w końcu rację? Czy to wszystko to może jakaś wielka makieta? Zbiorowe oszustwo? Wiem, że w Korei panuje nadal w dużym stopniu niewyobrażalna wręcz bieda, ale po raz kolejny uświadomiłam sobie, że świat nie jest czarnobiały. Jak jest naprawdę? Czytałam o problemie z wycinaniem lasów i o wdrażanych programach zalesiania – ostatnio podpisano zresztą umowę dotyczącą współpracy w tym zakresie z Rosją. Po drodze widziałam ogromne znaki na wzgórzach w oddali: „Chrońmy lasy!”. A może wszystko wygląda całkowicie inaczej poza górami, gdzie jest więcej miast i życia?

Kilkanaście kilometrów dalej znajdują się wodospady Ullim (운림), które na szczęście nie są jeszcze zadeptane przez turystów (których w tym kraju jest naprawdę niewielu). Spotkaliśmy tam jednak grupkę z Niemiec, podążającą grzecznie za ubraną w niby mundurek przewodniczką. Zapakowano ich grzecznie do samochodu i odjechali w siną dal, a my zostaliśmy sami, w towarzystwie jedynie huczącego z oddali wodospadu.

wonsan-8 wonsan-3

Wodospad Ullim, którego nazwa oznacza „echo”, został odkryty całkiem niedawno, bo dopiero w 2001 roku, o czym nie omieszkano poinformować, ryjąc datę w skalnej ścianie. Wodospad z trzech stron otoczony jest stromą skałą, więc nie dziwię się, że dopiero niedawno udało się podprowadzić do niego drogę i wypromować go jako lokalną atrakcję turystyczną. Kilka minut wcześniej słyszałam, jak przewodniczka mijanej grupki ostrzegała przed robieniem zdjęć budynku tuż przy przejrzystej tafli wody. Średnio zależało mi na łamaniu jakiś tam zasad, mimo że mnie akurat nikt nie pilnował. Popatrzyłam przez chwilę na pokryty lustrzanymi szybami pawilon na lekkim wzniesieniu, przy którym mignęło mi kilku pracowników. Ciekawe jaka partyjna czy wojskowa szycha siedziała tam sobie i patrzyła na pojawiające się od święta grupki turystów.

Wodospad skojarzył mi się trochę z tymi, które podziwiałam rok wcześniej w Sŏgwip’o (서귀포시) na wyspie Jeju (제주). W przeciwieństwie do tamtych, tu panował aż nienaturalny spokój; ciszę zakłócał jedynie huk wody. Podeszłam bliżej. W twarz prysnęła mi mgiełka krystalicznie czystej wody. Wzięłam łyk czystego orzeźwienia ze znajdującego się nieopodal źródła wody mineralnej, senmul (샘물). Niby na butelkach wody, którą piję na co dzień, napisane jest to samo słowo, ale smak tej spod wodospadu Ullim to całkowicie inna kategoria. Niebo a ziemia.

wonsan-17

wonsan-22

Kiedy już każdy nacieszył się wodospadem, wybraliśmy się na położony nieopodal kolejny punt widokowy, z którego można zobaczyć jak ogromny jest on w rzeczywistości – a jego huk słychać nawet kilka kilometrów dalej. Betonowa altanka na szczycie wzniesienia tonęła w gąszczu roślinności. Najbardziej w oczy rzuciła mi się niby-akacja, tylko że w ciemnoróżowej wersji. Stałam tam jak głupia i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Spodziewałam się w Korei Północnej istnej Sodomy i Gomory, a w zamian wylądowałam w niewyobrażalnie pięknym kraju, przynajmniej w kwestii przyrody, nawet jeśli tylko w tym konkretnym miejscu. Od razu ogarnął mnie smutek, że zobaczę w nim jedynie kilka miejsc, gdzie mogą jeździć turyści.

Wŏnsan (원산) znajduje się prawie 40 kilometrów dalej, więc w miarę szybko po tym, jak wróciliśmy na „autostradę”, zaczęły pojawiać się jakieś zabudowania i coraz więcej idących gdzieś ludzi. Zdziwił mnie widok kobiet w pięknych długich warkoczach – nie spotkałam się z czymś takim w Pjongjangu. Po drodze przejechaliśmy przez długi na 4 kilometry „Tęczowy Tunel”, oświetlony, o dziwo, bladym światłem. Dostałam niemalże zwału przy wyjeździe z tunelu, kiedy zobaczyłam wystające ze skały do łokcia ręce trzymające jakąś książkę. Widziałam po drodze przy innych tunelach małe okienka, ale myślałam, że to część topornej wentylacji. Okazało się jednak, że można tam jakoś wejść i ktoś na dodatek tam siedzi i obserwuje (prawie nieistniejący) ruch drogowy. A raczej z braku zajęć zabija czas, czytając książkę.

Stolica prowincji Kangwŏn (강원) nie może w żaden sposób konkurować ze splendorem Pjongjangu. po pierwsze, mieszka tu niemalże dziesięć razy mniej ludzi. Po drugie – ludzie wyglądają na zdecydowanie biedniejszych, królują quasi-militarystyczne ubrania i nie widać jakiś szczególnie odbiegających od skromnego ubioru dodatków czy kolorów. Na dużych skrzyżowaniach zamontowano tablice, często naprawdę aż obrzydliwie ogromne, z propagandowymi hasłami. Gdzieś mignął mural z dwoma pierwszymi Kimami, przez ulicę przebiegły dwie uczennice, a z jakiejś bocznej uliczki wyjechał rower, wpadając nam niemalże pod koła.

Miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania turystom i funkcjonuje (a raczej funkcjonowało) głównie jako port. Jeszcze niedawno służył jako baza do handlu z Rosją i Chinami, ale wygląda na to, że te czasu już minęły. Kilka lat temu kursował stąd nawet prom do japońskiej Niigaty (新潟), lecz teraz stoi on przycumowany przy porcie i nie zanosi się na to, żeby Mangyongbong 92 (만경봉 92호), bo tak się nazywa, zmienił w najbliższym czasie swój los. Więc rdzewieje powoli, stojąc bez ruchu w ciepłych wodach zatoki i pewnie tam dokończy niebawem swojego żywota…

Mimo tego, że Wŏnsan nie był nigdy kluczowym miastem na kartach koreańskiej historii, wiadomo że od dawna służył za ważny port na półwyspie. Pierwsze wzmianki o mieście pojawiły się we wczesnym okresie Koguryŏ, a za czasów królestwa Koryŏ nadano mu jego dzisiejszą nazwę. Największy rozwój Wŏnsan przypadł na XIX wiek – był on jednym z trzech koreańskich portów nadzorowanych przez Japończyków, którzy nazywali go Gensan (元山). Mieszkało tam wtedy jedynie 15 tysięcy osób – od tamtego czasy liczba ta wzrosła ponad dwudziestokrotnie! Podczas japońskiej kolonizacji rola Wŏnsan znacznie wzrosła, ponieważ zaczął on pełnić rolę głównego portu, skąd eksportowano tanie produkty oraz siłę roboczą do Japonii. Z czasem, w połączeniu z koleją, stał się także bazą przesiadkową i przeładunkową.

Podczas drugiej wojny światowej Wŏnsan było bazą japońskiej marynarki wojennej, a pięć lat później to tu wylądowali Amerykanie podczas wojny koreańskiej. Niestety, miasto co chwilę zmieniało rządzących: raz była to Koreańska Armia Ludowa, potem siły ONZ, a potem znowu Korea Północna. Amerykanie nie dali jednak za wygraną; przez ponad dwa lata – od 16 lutego 1951 do 27 lipca 1953 – blokowała port, ostrzeliwując i bombardując przy okazji całe miasto, z którego została jedynie kupa gruzu i pyłu. Dlatego znajdujące się wszędzie szkaradne betonowe budynki nie powinny aż tak dziwić, zwłaszcza Polaków. W końcu trzeba było w miarę szybko i tanio odbudować całe miasto i port.

Od razu po przyjeździe do miasta skierowaliśmy się w stronę plaży. Przy niby promenadzie rosły sosny, co od razu skojarzyło mi się z polskim morzem. Mimo przepięknej pogody nikt nie wylegiwał się na plaży, a w morzu nie było widać prawie nikogo. Ale to nie koniec niespodzianek: za wstęp trzeba było zapłacić i to jedynie w koreańskich wonach. Ktoś z naszej grupy wyjął banknot i próbował zapłacić za wszystkich. Pan sprzedający bilety nie wiedział kompletnie, co powinien zrobić. Przecież obcokrajowcy nie powinni w ogóle posiadać ich waluty, więc o co chodzi? Ostatecznie wygrała moc pieniądza i po zapłaceniu 500 wonów za osobę, weszliśmy na plażę. (Według oficjalnego kursu to jakieś 5 euro, ale na (niby) czarnym rynku będzie to 0,05 euro.)

Zdjęłam szybko buty i popędziłam w stronę morza… woda była gorąca, jak w basenie. Nie miałam zbytniego nastroju na kąpiel, więc przeszłam się po prostu wzdłuż plaży na spacer, patrząc na garstkę kąpiących się w morzu Koreańczyków. Po jakimś czasie dołączyła do nich ogromna wręcz grupa dzieci, dzierżących dzielnie dmuchane koła w kolorach tęczy. Na widok cudzoziemców podniósł się rwetes: okrzyki „Hello!”, machanie rękami i strojenie głupich min. Wszelkie próby ich opiekunów spełzły na niczym – staliśmy się nagle główną atrakcją wszystkich plażowiczów. Po jakimś czasie wśród dzieci wygrała jednak chęć kąpieli, więc odwróciły wzrok i swoją uwagę zwróciły ponownie ku nauczycielom.

wonsan-41 wonsan-38

Usiadłam na piachu, obserwując kątem oka grzecznie rozgrzewające się dzieci. Nagle zapanował niewyobrażalny wręcz porządek: dzieci podzielone zostały na grupy, do wody wchodziły tylko na gwizdek i trzymały się wyznaczonego kąpieliska. Daleko było im jednak do bezmyślnych robotów. W wodzie pozbywały się one jakichkolwiek zahamować i szalały w najlepsze. Mogły sobie pozwolić na kilka chwil niekontrolowania emocji, wyszaleć i pozbyć się może części frustracji. A ja próbowałam uwierzyć w to, że siedzę sobie na plaży w Korei Północnej, a gdzieś tam kilkaset kilometrów za widocznym horyzontem znajduje się Japonia, za którą coraz bardziej tęsknię.

Przed powrotem do stolicy wybraliśmy się na lunch w jednej z pobliskich restauracji i jak zwykle – w życiu nie wpadłabym na to, że w tym budynku cokolwiek się znajduje, nie mówiąc już o ogromnej restauracji. Zero jakiegokolwiek sloganu, nazwy, informacji – nic. A w środku egipskie ciemności. W KRL-D trzeba wiedzieć, gdzie co się znajduje i tak było także w tym wypadku, ponieważ jedna osoba z naszej grupy była tu wcześniej. Tak samo jest zresztą w Pjongjangu – jakkolwiek lokalne knajpki oznaczone są często napisem „restauracja” (식당; siktang) przed wejściem, tak te, w których można płacić obcą walutą, już nie. Kiedy przed jakimś budynkiem, który na pierwszy rzut oka wygląda na opuszczony, stoi kilka samochodów, to pewnie jest tam w środku jakaś kawiarnia czy restauracja.

Po napchaniu się do granic możliwości całą gamą pyszności: ryżem, różnymi typami kimchi, warzywami na grillu, tofu i namul, przyszedł niestety czas na powrót. Szybko wpadłam w niby drzemkę, którą zakłócały podskoki na dziurach „autostrady”. Znowu ruch był podobny, chociaż tym razem minęliśmy kilka busów z równie sennymi co ja pasażerami… i ze dwie wiekowe ciężarówki opalane drewnem. Z dala toczyły się za nimi niemalże kilometrami czarne chmury dymu. Kocioł nie znajdował się na końcu pojazdu, jakby podpowiadała logika, lecz tuż za kabiną kierowcy, więc wszyscy upchnięci na pace jechali godzinami w morzu gryzących oparów (podejrzewam, że w płomienie wrzucano nie tylko drewno).

Zanim wróciliśmy do dzielnicy dyplomatycznej, zatrzymaliśmy się pod słynnym pomnikiem „Dwóch Sióstr”, czyli Łukiem Zjednoczenia – oficjalnie Pomnikiem Trzech Statutów Zjednoczenia Narodowego (조국통일3대헌장기념탑; Choguk t’ongil 3-taehŏn janggi nyŏmt’ap) . Znajduje się ona tuż przy wjeździe do Pjongjangu na „Autostradzie Zjednoczenia”, która łączy stolicę z Kaesŏng i Koreańską Strefą Zdemilitaryzowaną, gdzie kończy swój bieg.

Mimo tego, że jest to wylotówka ze stolicy w stronę znacznej strefy ekonomicznej, na drodze panowały totalne pustki. Zrobiłam zdjęcie, spędziłam chwilę patrząc na betonowe postacie dwóch kobiet w tradycyjnych strojach i zaczęłam zastanawiać się czy kiedykolwiek dożyję zjednoczenia Korei. Z tego co słyszałam rok temu w DMZ po południowej stronie, a teraz czytam codziennie po północnej, niestety nie zanosi się na to… Serce mi się łamie, bo uświadomiłam sobie, że naprawdę w obu krajach jest tyle pięknych miejsc, których Koreańczycy zza linii demarkacyjnej nigdy nie zobaczą. Koreańczycy z Północy mało co znają swój kraj – w końcu na podróż wszędzie trzeba mieć pozwolenie – więc o zobaczeniu Korei Południowej mogą jedynie pomarzyć, natomiast ci z Południa wiedzą co nie co o miejscach, których nigdy zapewne nie odwiedzą: świętej górze Paektu-san, Kaesŏng, dawnej stolicy koreańskiego królestwa Koryŏ, Diamentowych Górach, ale także porcie Wŏnsan czy wodospadzie Ullim. Dlatego cieszę się, że miałam to szczęście i mogłam zobaczyć obie Koree – a może dwa, jakże różne, oblicza jednej Korei? Różnice widać, kiedy patrzymy na ludzi czy budowle, ale natura, niezakłócona przez żadną ideologię, pozwala docenić piękno, bez zastanawiania się czy to na Południu czy na Północy, czy to poprawne politycznie po tej czy po tamtej stronie. Te sto kilometrów drogi do Wŏnsan zburzyło mój stereotypowy obraz Korei Północnej – i bardzo dobrze, bo lubię takie niespodzianki!

pyongyang2108-3

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Korea Północna może spokojnie inwestować w agroturystykę i parki narodowej. Dużo zieleni i piękne krajobrazy.

    • Myślę, że mają inne pomysły na inwestycje i niestety niekoniecznie takie, które są najistotniejsze :/ A parki narodowe? Fajnie, ale najpierw może warto władować kasę w opiekę zdrowotną/technikę rolniczą, a potem się przejmować takimi rzeczami…

  2. A pomyśleć, że mnie się Azja wschodnia, kojarzyła zawsze z Pekinem, z zanieczyszczeniami, a tu widzę takie piękne miejsce. Tyle zieleni, aż by się chciało tam pojechać.

    • Karolina

      Pekin nie jest w żaden sposób reprezentatywny, jeśli chodzi o Azję Wschodnią (na szczęście!) 🙂 Zarówno w Chinach, jak i Japonii czy Korei jest masa pięknych miejsc, które nie toną w smogu.

  3. Zabralas mnie w cudowne miejsca! Lubie ten styl blogs: surowo historycznie i praktycznie poetycko:) dokad ruszamy teraz?

    • Karolina

      Dziękuję 🙂 Teraz będzie chyba czas na krótki powrót do Chin, a potem znowu Korea Północna – ale jeszcze nie zadecydowałam, o czym będzie następny post

  4. Góry wyglądają na zdjęciach ładnie, ale muszę przyznać, że Twoje wpisy z Korei Północnej czytam zawsze z zaciekawieniem, ale i z niepokojem. Mam wrażenie, że coś się czai złego za zakrętem.

  5. Super! Przeczytam wszystkie Wasze wpisy o Korei Pd.! Z jakiej firmy korzystacie? Bo z tego co sie orientuje, to podrozowanie na wlasna reke nadal nie wchodzi w tym kraju w gre.

  6. Niektóre widoki jak Bośnia, Serbia albo Czarnogóra 😉

  7. Wow. Zwiedzałaś tam a własną rękę? Mi ostatnio wpadl pomysł, aby tam pojechać, ale wyjazdy są kolosalne drogie. Całkiem inaczej wyobrażałam sobie to miejsce, niż pokazałaś na zdjęciach.

    • Karolina

      „Na własną rękę” to trochę za dużo powiedziane – pojechałam tam z kilkoma osobami z Ambasady. Jednakże nie była to wycieczka zorganizowana, a my poruszaliśmy się bez przewodnika, chociaż i tak w miejscach raczej bardziej turystycznych 🙂 I faktycznie wyjazdy stricte turystyczne do KRLD są nieziemsko drogie i zważając na to, że zamykają człowieka w hotelu i pokazują tylko przez kilka godzin główne atrakcje, nie wiem czy warto.

  8. Ach gdyby tylko otworzyli się minimalnie na świat … Solidny wpis, ale raczej nie uda mi się go zweryfikować w praktyce 🙁

    • Karolina

      Ponoć przez ostatnie kilka lat widać już sporo zmian na plus, więc kto wie, co będzie za te 10 czy 20 lat. Oby było tylko lepiej!

  9. Ta Korea Północna to dla mnie niesamowita egzotyka. Jak się czyta Twoje relacje to czasem mam wrażenie, że niemożliwe, aby taki kraj w ogóle mógł istnieć.

  10. Zaczytuję się z zapartym tchem i nie mogę uwierzyć, że naprawdę tam jesteś – po drugiej stronie „szyby” 🙂 Niesamowite przeżycie! Dobrze, że nam o tym wszystkim piszesz! Powodzenia i pozdrawiam ciepło 🙂

    • Karolina

      Jeszcze pewnie będę dłuuuugo o tym pisać, bo to faktycznie „po drugiej stronie szyby” 😀 Pozdrawiam z gorącego Pjongjangu!

  11. Ciekawy i wyczerpujący wpis. Przeczytałam całość i pomimo, że widoki w miejscach turystycznych zachęcają do przyjazdu i obejrzenia ich z bliska, tak zrobiło mi się trochę smutno czytając ten tekst. Wyobraziłam sobie te drogi w fatalnym stanie, wychudzone dzieciaki, prymitywne rolnictwo, knajpki dla obcokrajowców „w ukryciu”. Czytając to odczuwam takie napięcie, czy niepokój, że za chwilę na pewno napotkam kolejne zakazy/ nakazy. Nie wiem czy zdecydowałabym się przyjechać do tego kraju nawet tak tylko turystycznie, chociaż w przyszłości- kto wie. 🙂
    PS. Od dziś przestaję narzekać na drogi w Polsce 😀

    • Karolina

      Też odczuwam tutaj często jakiś niewytłumaczalny niepokój. Niby wszystko git, ale idziesz ulicą i czujesz, że ktoś za Tobą idzie, patrzy na Ciebie uważnie i aż po plecach przechodzą nieprzyjemne ciarki. Jednakże spotkałam się też z sympatycznymi reakcjami; z reguły jednak nie spotykam się z brakiem jakiejkolwiek reakcji, czuję się jakbym była duchem. Szkoda, że mało ludzi zobaczy ten kraj, zwłaszcza jeśli chodzi o naturę, bo niektóre miejsca są naprawdę fantastyczne. Ale warto poczekać – a nuż kiedyś sytuacja polityczna będzie lepsza 🙂

  12. (…) Tłumy idą przed siebie (…)
    Widziałem tyle różnych zdjęć z Pjongjangu, i zawsze mnie porażało, jak bardzo puste jest to miasto. Brak samochodów jest zrozumiały, ale na większości zdjęć próżno szukać większej ilości rowerzystów czy nawet pieszych.
    Jak to jest z tymi ludźmi w Pjongjangu? Naprawdę zdarzają się tłumy? Czy masz może jakieś zdjęcia tłumów, lub po prostu większej ilości ludzi na ulicy?

    • Karolina

      Nie wiem czy mam jakieś wyraźne zdjęcia „tłumów” w północnokoreańskim wydaniu, ale poszperam, jak znajdę chwilkę czasu 🙂

  13. robalek11

    Przebyłem tą sama drogę siedem lat temu. Z przyjemnością czytałem Twój tekst. Wrażenia mieliśmy takie same, odwiedziliśmy te same miejsca 🙂 Widzę że NIC sie nie zmieniło.
    Szałasy na polach, o których piszesz, wg moich rozmówców to miejsca gdzie ,,mieszkają,, stróże upraw. Na mnie w Wonsanie największe wrażenie zrobiły ,,kelnerki,, przynoszące na plażę piwo w kuflach 🙂 oraz brygady kobiece zamiatające …piasek na plaży.

    • Karolina

      Jak miło spotkać kogoś, kto był w KRLD! 🙂 O tych „stróżach upraw” też słyszałam jakieś bajery, ale średnio mnie ta wizja przekonała. W Wonsan nie widziałam kelnerek z piwami, ale za to udało mi się spotkać całkiem sympatyczną szkolną wycieczkę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *