Huángshān (黄山), czyli góry o bajkowych nazwach

Mało jest miejsc, które sprawiły, że dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Nieraz zdarza mi się użyć takiego wyrażenia, ale po dniu spędzonym w Huángshān uświadomiłam sobie, jak łatwo przychodzi mi rzucanie takich fraz. W sercu prefektury Ānhuī, na szlaku w Żółtych Górach, odnalazłam to, czego szukałam w Chinach – przytłaczającej swoim ogromem i pięknem natury.

W Hangzhou na dworcu, któremu bliżej było do ogromnego terminala lotniska, wsiadłam w „ekspresowy” pociąg prosto do Huángshān i starałam się nie dać jetlagowi i nie usnąć. Pomógł mi w tym totalny harmider i jeden pamiętny pan, którego chrapanie sprawiło, że po pięciu minutach nie wiedziałam czy biec do toalety wymiotować, chować się gdzieś, płakać czy się śmiać. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale czegoś tak ohydnego i strasznego nie słyszałam nigdy w życiu i modlę się w duszy, żeby te cztery godziny jazdy w takim towarzystwie były zadośćuczynieniem za ileś lat moich grzechów do przodu.

Nieważne czy pociąg jest superekspresem czy może lokalnym gratem – zasada jest jedna – podroż to kolejna okazja do jedzenia. Tak jak w Polsce przyzwyczaiłam się do nieśmiertelnych kabanosów, tak w Chinach trzeba się przygotować na całą gamę zapachów ekspresowych zupek. Gorąca woda dostępna jest wszędzie – w pociągu, na dworcu, na lotnisku i w wielu innych publicznych miejscach. Ja w plecaku wiozłam kiść bananów i jakąś garść orzechów, a wszyscy dookoła mnie kilka minut po starcie wyciągnęli ogromne niby-wiadra z ekspresowymi zupami.

Po kilku godzinach patrzenia się za okno i prób pisania jakiś notatek na laptopie, przyjechaliśmy na stację Huángshān. A tam… pustki. Okazało się, że zbudowano nowiutki dworzec na środku totalnego zadupia, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji i przyjeżdża na niego jeden pociąg dziennie. Google Maps w ogóle nie ogarnęło, że są dwa dworce i pokazało mi, że stacja Huángshān znajduje się w samym centrum miasta o tej samej nazwie, które jeszcze niedawno było znane raczej jako Túnxī (屯溪). Znalazłam nawet dzielnie knajpkę w jej pobliżu, którą polecali gdzieś na forum jako przyjazną wegetarianom i znowu moje ambitne plany się nie przydały.

Złapałam jakąś taksówkę i udałam się do centrum Túnxī w poszukiwaniu jedzenia, ale kierowca w ogóle nie ogarniał adresu, nawet zapisanego w znakach chińskich (bo do tego, że nie rozumieją adresów zapisanych w transkrypcji już się przyzwyczaiłam…). Wysadził mnie przy jakiejś bocznej alejce, twierdząc że to tu, ale znalazłam tylko kilka bud z wątpliwej jakości jedzeniem. Z dwoma plecakami – ogromny na plecach, a mniejszy na brzuchu – wybrałam się powoli w stronę starego centrum z nadzieją na znalezienie jakiegoś jedzenia. Wchodzę do jednej restauracji i pytam się o dania bez mięsa. „No, no”. W drugiej to samo. W trzeciej na sam mój widok pan zaczął machać ręką, jakby przeganiał muchę. Zrezygnowana weszłam do kolejnej i na szczęście okazało się, że nie ma sprawy – jest tofu, są warzywa, jest ryż. Pokazałam na komórce kartkę z napisanym po chińsku tekstem, o tym, czego nie jem, a co jem. „Okay” – usłyszałam od pani, która spoglądała się na mnie z otwartym zaciekawieniem. No to okay, wchodzimy.

Kiedy już wygrałam z pierwszym głodem, nie miałam zbytnio nastroju na chodzenie po uliczkach Túnxī, jakkolwiek ładnie by one nie wyglądały. Przeszłam się tylko jedną z nich w poszukiwaniu taksówki, która zawiozłaby mnie na dworzec autobusowy, gdzie musiałam znaleźć kolejny autobus, w stronę gór. Autobus okazał się totalnym rzęchem, a ja stałam się automatycznie główną atrakcją. Nie było wyznaczonego czasu odjazdu, ani nawet określonego przystanku. Taksówkarz wiedział, gdzie mnie zawieźć, pokazał, do którego busika mam wsiąść i z lekkim powątpiewaniem, zrobiłam tak, jak powiedział. Autobus ruszył dopiero, kiedy zapełnił się do końca, a ja nadal nie byłam przekonana, czy faktycznie jedzie on tam, gdzie powinien. Byłam jednak zbyt zmęczona na zastanawianie się, więc stwierdziłam, że najwyżej wyląduję gdzieś indziej i będę się martwić później.

Okazało się jednak, że faktycznie tajniacki autobus jechał w stronę Tāngkǒu (汤口) – miasteczka u podnóża gór. Po dwóch godzinach jazdy po ustronnych zakątkach prefektury Ānhuī (安徽) (aczkolwiek nie było mi dane nacieszyć się widokami w spokoju, bo styl jazdy kierowcy jeżył mi włosy na głowie), podeszła do mnie jakaś pani, coś tam pokazała, coś tam pokrzyczała i nawet nie wiem kiedy znalazłam się z moimi gratami na chodniku. „Tāngkǒu”? Spytałam jej, kiedy coś zaczęła do mnie mówić. Skinęła głową i autobus zniknął za zakrętem w mgnieniu oka.

Dostanie się do hoteliku też wcale nie było łatwe. Byłam totalnie styrana podróżą z Hángzhōu – wydawało mi się, ze będzie to takie proste – a okazało się, że do hoteliku jeszcze spory kawałek. Zadzwoniłam jednak do niego z prośbą czy by mnie nie odebrali, ale raczej nie miałam zbyt wiele nadziei, bo do tej pory miałam ogromne problemy z dogadaniem się gdziekolwiek po angielsku. W słuchawce usłyszałam jednak całkiem płynny angielski, pan powiedział, że będzie za pięć minut i żebym poczekała na stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy. Kupiłam po drodze chlebek, pieczony przez jakąś chyba stuletnią babinkę i kilka bananów w sklepie, Dosłownie po pięciu minutach przyjechał z piskiem opon właściciel pensjonatu i równie szybko załadował moje rzeczy do bagażnika, po czym odjechaliśmy w stronę gór.

Hotelik okazał się całkiem przyjazny, ale poczułam się jakbym była u kogoś w domu. Pewnie taki był trochę zamysł. O dziwo, nie byłam jedyną cudzoziemką, ale nikt nie był zbytnio chętny do jakiejkolwiek rozmowy – ja też, zresztą byłam tak wykończona, że jedyne o czym marzyłam to prysznic. Po jakimś czasie zapukał do drzwi właściciel z pytaniem, czy chcę coś na kolację. Byłam raczej przygotowana na jakąś szybką owsiankę w pokoju, dlatego zdziwiłam się, że na parterze była mała rodzinna restauracyjka i nie było najmniejszego problemu z przygotowaniem dla mnie jedzenia. Skusiłam się przy okazji na lokalny specjał, tak zwane „włochate tofu” – máo dòufǔ (毛豆腐) – które nawet mi smakowało, trochę jak jakiś pleśniowy serek. Pan bardzo energicznie mi odradzał takie eksperymenty, ale cieszę się, że nie posłuchałam go i zjadłam to, co ludzie z okolic jedli stolik dalej. Lokalne, wegańskie i do tego całkiem smaczne.

huangshan-39

Następnego rana o świcie po szybkim śniadaniu, właściciel podwiózł mnie pod przystanek, skąd odjeżdżały autobusy na stacje kolejek linowych. W idealnym świecie weszłabym na górę piechotą, ale nie dość, że nie miałam czasu, to jeszcze średnio widziało mi się kilka godzin marszu pod górę w takim upale. Kiedy już dojechałam na miejsce, przeraziłam się, że wcale nie zdecydowałam się na lepszą alternatywę. Mimo wczesnej pory, plac przed wejściem do kolejki pełen był czekających już ludzi. Kupiłam grzecznie bilet na kolejkę i na wejście do Parku Narodowego, co kosztowało mnie niemałą fortunę i ustawiłam się za grupką turystów ubranych w rażąco żółte czapeczki z nazwą biura turystycznego. Niestety, czekanie w kolejce w Chinach można uznać za legalną formę tortur. Ludzie przepychają się, łącznie ze szturchaniem łokciami i deptaniem po stopach. Papierki od przekąsek nie lądują w kieszeni czy w koszu, lecz na ziemi. Po godzinie czekania miałam wrażenie, że brodzę na wysypisku śmieci. Słońce dawało się coraz bardziej we znaki, ale chyba nie aż tak, jak ciągłe okrzyki na temat mnie, czyli „laowaia”. W pewnym momencie podeszła do mnie mała dziewczynka, niestety nie z własnej woli, tylko wysłana przez rodziców, żeby poćwiczyć angielski. Zestresowana, drżącym głosikiem powiedziała mi „Hello”, po czym uciekła niemalże z płaczem. A ja stałam dalej.

huangshan-1

Wyłączyłam myślenie, bo miałam już dosyć sterczenia bez celu. Po jakiejś półtorej godziny nareszcie udało mi się załadować do kolejki i… było warto czekać. Widoki były po prostu nieziemskie i cieszyłam się, że jednak nie wybrałam się na górę pieszo, bo zamiast kilku godzin, zajęłoby mi to pewnie co najmniej dzień. Jechaliśmy i jechaliśmy, a skały, które podziwiałam wcześniej jedynie z oddali, wydawały się coraz potężniejsze i coraz piękniejsze. Nie mogłam jednak pozbyć się obawy, że na trasie także będzie panował jakiś Armaggedon, jak na dole. Okazało się na szczęście, że mało Chińczyków jest faktycznie zainteresowanych chodzeniem – większość była całkowicie usatysfakcjonowana zrobieniem tysiąca zdjęć kilka metrów od stacji kolejki, po czym przesiadywaniem na schodach i podjadaniem chipsów.

Próbując nie podeptać nikogo i nie wejść nikomu w paczki z jedzeniem, wyminęłam tłum ludzi i kilka minut później znalazłam się na całkowicie pustej trasie. I od razu poczułam przypływ niesamowicie pozytywnej energii. Oraz ulgę. Jakby kamień spadł mi z serca. Temperatura na górze była niższa o co najmniej 10 stopni, góry pokryte były cienką warstwą mgły, która nadawała całemu miejscu niesamowitej atmosfery.

Po drodze zrobiłam chyba z tysiąc zdjęć. Powyginane sosny na tle strzelistych skał wyglądały jak nie z tej ziemi. Nic dziwnego, że zainspirowały Camerona przy produkcji filmu „Avatar” – jeśli oglądaliście film, to na pewno dojrzycie podobieństwa!

huangshan-8 huangshan-6huangshan-7

Większość szczytów ma swoje nazwy, które są często niezwykle poetyckie. Na początku weszłam na „Szczyt Początków Wiary”( 始信峰; Shǐxìnfēng), skąd mogłam podziwiać „Osiemnaście Arhatów Obserwujących Południowe Morze” (十八罗汉朝南海; Shíbā luóhàn cháo nánhǎi). Według Słownika Języka Polskiego „arhat” to „osoba doskonała, która osiągnęła nirwanę i nie odrodzi się już więcej”, a „Osiemnastu Arhatów” to popularny motyw w buddyjskiej sztuce w Chinach, odnoszący się do grupy uczniów samego Buddy, którzy osiągnęli nirwanę.

Nazwy konkretnych skał odnoszą się często do ich kształtu – Żabi Szczyt (青蛙峰; Qīngwāfēng) czy Koguci Szczyt (鸡公峰; Jīgōngfēng). Niektóre z nich ukryte były za chmurami, lecz kiedy się wyłoniły, można było sobie faktycznie wyobrazić, tak jak patrząc na kształty chmur, że są to różne zwierzęta. W oddali wyłonił się szereg ostrych skał, zwanych Szczytem Latającego Smoka (飞龙峰; Fēilóngfēng). Patrząc na tabliczki z nazwami, coraz bardziej rozumiałam mechanizm upraszczania chińskich znaków i z czasem zaczęłam zgadywać, co mogą one znaczyć. 飞 (fēi) to uproszczone kanji na „latać” 飛ぶ (tobu), a 龙 (lóng) to chińska wersja 竜 (ryū), którą kojarzyłam z nazwy plantacji herbaty Lóngjǐng (龙井).

huangshan-14 huangshan-13huangshan-32huangshan-29

Niestety w tą poetycką atmosferę nie wpisywało się zachowanie chińskich turystów. Przepychanie łokciami na stromych przejściach szerokości pół metra z przepaścią po jednej stronie to norma. Nie wspominając już o rzucaniu śmieci pod siebie. A potem ktoś to musi zbierać. Nie udało się wyedukować w tej kwestii turystów, więc zatrudniono do tego panów, którzy idą na sam szczyt piechotą, dźwigając na bambusowym kijku dwa ogromne wory z produktami do hoteli na górze, po czym znoszą po tych ścieżkach setki kilogramów śmieci. Nazywa się ich tiāoshāngōng (挑山工) i wykonują oni z pewnością jedną z najcięższych prac, jakie można sobie wyobrazić. Za kilogram wniesiony na górę dostają 1,8 juana (1,0 zł), a za zniesiony 1,5 juana, czyli 0,88 zł. Jednego dnia są oni w stanie wejść na górę jedynie raz i udźwignąć do 100 kg.

huangshan-9

Co z tego, że to środek pięknych gór: nie przeszkodziło to nikomu w wybudowaniu tu kilku betonowych monstrualnych hoteli. Mało który turysta wnosi swoje rzeczy na samą górę – robią to za nich wspomniani panowie. Bez nich nie funkcjonowałby żaden sklepik, nie wspominając już o hotelach, a ludzie i tak nie ustąpią. Łydki nabrzmiałe do granic możliwości, przepalona słońcem skóra i napięte żyły, niemalże na granicy eksplozji. Zawstydzone twarze, a głos ochrypnięty od ciągłego krzyczenia, bo nawet lekkie przekrzywienie ładunku może grozić często nie tyle co utratą rzeczy, co nawet spadnięciem w przepaść.

Żeby to tylko była jakaś ignorancja, to mogłabym mieć przynajmniej nadzieję, że kiedyś może zrozumieją. Dołóżcie jednak do tego darcie się przez megafony, słuchanie przenośnego radia na cały regulator, a nawet oglądanie filmików na komórce podczas chodzenia po wąskiej górskiej ścieżynce. Kilkakrotnie zaskoczyły mnie dziwne okrzyki dochodzące jakby z góry – okazało się, że jedna grupa woła coś do drugiej, znajdującej się już kilka gór dalej. Katastrofa. Na szczęście nie spotkałam na swojej drodze turystów w wersji solo, wszyscy chadzają wielkimi chmarami, więc wystarczyło przysiąść na chwilę gdzieś z boku, starać się nie denerwować, cyknąć kilka zdjęć i po chwili było już pusto i cicho. Mało kto chodził zresztą po bardziej wymagających szlakach, ludzi można było spotkać głównie na trasach z hotelu do restauracji czy też z kolejki do którejś z głównych atrakcji. Dlatego przez większość dnia mogłam nacieszyć się w miarę spokojnie zapierającym dech w piersiach widokiem Żółtych Gór.

Niektóre ze ścieżek robiły wrażenie – było stromo, ślisko i wąsko, ale i tak muszę przyznać, że trasa była bardzo dobrze przygotowana. Nie było nawet małych fragmentów bez barierek, co kilka minut można było sobie przysiąść na ławeczce, przy której z reguły stał śmietnik (nie żeby Chińczycy nadużywali tego luksusu, a przynajmniej ci spotkani przeze mnie na trasie). Na skrzyżowaniach stały znaki i mapki, nawet jeśli nie do końca czytelne, często też bez wersji anglojęzycznej, na szczęście jako tako poruszam się w gąszczu chińskich znaków, nawet jak nie wiem jak je przeczytać. Po wejściu naprawdę dość wysoko, nie mogłam nadziwić się fantastycznej panoramie. Zjechałam kolejką, przypominającą mi tę na Gubałówkę, ze stacji „Dolina Sosen” (松谷站; Sōnggǔ-zhàn) do stacji „Czerwone Chmury” (丹霞; Dānxiá-zhàn), chociaż dokładniejszym tłumaczeniem była by „Cynobrowa Mgła” (tak samo nazywa się też magiczne wręcz miejsce na południu Chin, które marzy mi się od dawna). Można by podróżować tylko dla tych pięknych nazw!

Po zjechaniu trochę niżej, rozpoczęłam kolejną wspinaczkę. Większość osób schroniła się w okolicy jednego z hoteli i Pawilonu Rozwiewającego Chmury (排云亭; Páiyúntíng). Mogłabym tak chodzić i chodzić, lecz powolutku zaczęło się ściemniać. Miękkie światło rozlało się na całe góry i aż oniemiałam z zachwytu. Droga do kolejki, która miała mnie zawieźć w dół, nie była jednak wcale taka prosta. Trzeba było wspiąć się po nieskończonej ilości stromych schodów, które przetestowały do granic możliwości moje płuca. Totalnie zmasakrowało mnie po całym dniu chodzenia wejście na Szczyt Lotosu (莲花峰; Liánhuāfēng). Usiadłam na schodkach i myślałam już, że tam zostanę.

huangshan-26

Powolutku, pomalutku, schodek po schodku, udało mi się jakoś wdrapać na górę, a potem było już tylko z górki. Ustawiłam się w kolejce i stojąc pod Sosną Witającą Gości, nie mogłam uwierzyć, że faktycznie jestem w tak pięknym miejscu. Nie przeszkadzały mi już bolące łydki ani klejące się do mnie ubranie. Słońce zaczęło zachodzić, a ja kilka minut później żegnałam się z Huángshān przez okienko kolejki. Oświetlone czerwoną poświatą mignął w oddali Szczyt Ropuchy (蛤蟆峰; Hámafēng) i Szczyt Stojącego Konia (立马峰; Lìmǎfēng). Jak w bajce!

huangshan-25 huangshan-31

huangshan-37

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. I kolejna cudna wedrowka…EH …dopieszczasz nas na swoim blogu.chinskich turystow poznalam z ich pedem do „dotarcia” i jedzenia…koszmar! Ci malo podobni ludzie potrafia zgotowac niezly harmider…gory piekne…

  2. Anna Pondek

    ale pięknie. Jak ja kocham góry a na każdy Twój post wyczekuję z utęsknieniem pomimo że ta część świata nie była w mojej czołówce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *