Xī’ān (西安), czyli piękno zalane smogiem

Dawno temu, kiedy uczyłam się o początkach Japonii, wspominano co chwilę na wykładach o chińskiej dynastii Táng (唐). Kiedy spacerowałam po Narze, w przewodniku pisano o tym, jak miasto zainspirowane było chińskim Cháng’ān
(长安). Dopiero po skończeniu studiów dane mi było wybrać się do tego miejsca, które dzisiaj nazywane jest Xī’ān (西安).

Dostanie się do Xī’ān z Huángshān nie było jednak wcale proste. W pierwotnej wersji miałam lecieć prosto z małego lotniska w Huángshān, ale lot został odwołany kilka dni przed moim wylotem i zostałam trochę uziemiona. Jedyną opcją był powrót do Hángzhōu autobusem i lot stamtąd. No i jak zwykle okazało się, że podróż w Chinach to nie takie zwykłe przemieszczenie się od punktu A do B. Z jednej strony to dobrze, bo będę niektóre sytuacje wspominać na długo. Nie da się ich zresztą zapomnieć, nawet jakbym chciała. Z drugiej strony, trudno planować dojazd w jakieś dalsze miejsca, ponieważ wiele autobusów rusza dopiero wtedy, kiedy są pełne, nie mają też wyznaczonych przystanków i zatrzymują się, kiedy ktoś krzyknie, że chce wysiąść.

Właściciel hoteliku pomógł mi kupić bilet i powiedział, że autobus odjeżdża o 6:30, więc lepiej żebym była gotowa przed 6. Zawiózł mnie na przystanek końcowy, a tam kierowca siedzi sobie w pobliskiej knajpce i wcina jakiś makaron, nic nie robiąc sobie z tego, że niby za kilka minut ma odjechać. Włożyłam mój plecak do luku bagażowego i wsiadłam do środka, mimo że byłam jedynym pasażerem. „Hángzhōu??” zapytałam nieśmiało kierowcę, który przyszedł na chwilę do autobusu, chyba w poszukiwaniu portfela. Coś tam machnął ręką, więc stwierdziłam, że chyba tak i starałam się zbytnio nie przejmować.

Kilka minut po ustalonym czasie autobus odjechał, a ja byłam jedynym pasażerem. Autobus zatrzymał się jednak dosłownie kilkanaście metrów dalej i do środka wpadła cała grupa turystów. Po może minucie zatrzymał się znowu. I jeszcze raz. I jeszcze. W pewnym momencie miałam wrażenie, że jeździmy w kółko – i nie myliłam się. Kierowca zatrzymał się w pewnym momencie przed restauracją i wyskoczył po jakiegoś pomocnika. Ten wsiadł i co chwilę nawoływał przez okno, że jadą do Hángzhōu. Kilka minut później pomocnik wyskoczył i wrócił po jakimś czasie z zapakowanym jedzeniem, które zaczął pałaszować, nie przejmując się tym, że autobus jeździ po jakiś wertepach. Przeżuwanie pierożków nie przeszkadzało mu też w wołaniu na całe gardło i pluciu co jakiś czas przez okno. Minęło z pół godziny, a my nadal krążyliśmy po miasteczku. Około 7 kierowca zajechał z powrotem na pętlę i znowu wysiadł. Nie do końca wiedziałam co się dzieje, ale miałam cichą nadzieję na to, że autobus się niedługo zapełni i odjedziemy w stronę Hangzhou. Kierowca wskoczył z powrotem do środka i ruszył z piskiem opon jeszcze w innym kierunku. Chwilę później zahamował przed jakimś hotelikiem z takim impetem, że połowa pasażerów przeleciała przez pół autobusu. Pomocnik wyskoczył, rach ciach, powrzucał jakieś torby, pozaganiał jakiś ludzi i wskakiwał niemalże w biegu do odjeżdżającego autobusu. Tym razem jednak nie w stronę miasta, lecz w kierunku, który powinien obrać kilkadziesiąt minut wcześniej.

Po drodze mijaliśmy różne wioski – niektóre prezentowały się całkiem ładnie, a inne wyglądały na takie, gdzie diabeł mówi dobranoc. Biel domków jakoś mnie fascynowała, była tak inna od szarych zabudowań na przykład w Szanghaju. Gdzieś w oddali zamajaczyły pola ryżowe albo poletka z herbatą. Im bliżej Hángzhōu, tym więcej pojawiało się szarych maszkarad, całych rzędów identycznych bloków, nadszarpniętych zębem czasu. Ledwo przysnęłam, a z drzemki wybudził mnie krzyk prosto do ucha: „Dablju Si, dablju si”. „O co mu kurde chodzi?” próbowałam odgadnąć i odegnać od siebie atak senności. Pomocnik zastukał w okno tak, że myślałam, że wybije szybę, wskazując na coś po drugiej stronie. Aaaa, toaleta – olśniło mnie. Ale niezbyt miałam nastrój na wizytę w chińskiej sławojce, więc pomachałam głową, że nie, nie muszę i po chwili pomocnik, który chciał zapewne jak najlepiej, wrócił lekko zawiedziony na miejsce.

Kiedy dojechałam do Hángzhōu, jak zwykle okazało się, że przystanek nie znajduje się wcale w centrum, ale na jakimś totalnym zadupiu. I po raz kolejny musiałam zdać się na łaskę taksówek, żeby gdziekolwiek się dostać. I znowu utknęłam w samochodzie bez klimatyzacji z palącym kierowcą, który na zewnątrz wystawił nie tyle co zimny łokieć, co pół swojego ciała i uderzał o klakson w rytm puszczania dymka. Po jakimś czasie udało się jednak dotrzeć do centrum, gdzie zjadłam szybko jakiś obiad i pojechałam na lotnisko.

A na lotnisku – jak zwykle totalny bajzel organizacyjny. Na tablicy odlotów przy co drugim locie zaznaczone było spóźnienie, bądź odwołanie lotu. Poszłam prosto do stanowiska, gdzie niby miał się odbywać check-in mojego lotu. Udało mi się dotrzeć na może kilkanaście metrów do odpowiedniego rzędu stoisk, kiedy to zatrzymał mnie jakiś żołnierz. Przez chwilę pomyślałam, że coś nabroiłam. Ale potem ujrzałam kolejnego żołnierza i następnego. Okazało się, iż dosłownie tam, gdzie miałam się odprawiać, ktoś zostawił walizkę, którą otoczono zaraz jakimiś przypadkowymi barierkami i żołnierze stali i gapili się na nią, nie do końca wiedząc, co zrobić. Kilku żołnierzy z boku próbowało ogarnąć, o co chodzi z jakimś zestawem saperskim, który wyjęli z zakurzonej walizki kilka minut wcześniej. Jako że nikt nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić, kazano ludziom się odsunąć. I dalej. I jeszcze dalej. Tak jakby te 5 metrów miało mnie uratować, gdyby faktycznie w środku znajdowała się jakaś bomba.

Po jakimś czasie, który ja spędziłam przymulając na podłodze lotniska i zajadając się resztkami z obiadu, które pani w restauracji z radością zapakowała mi do pudełeczka, chyba stwierdzono, że jednak ta walizka nie ma zamiaru wybuchać i pozwolono ludziom wrócić na miejsce. Przy nadawaniu bagażu próbowałam się dowiedzieć, ile lot jest opóźniony, ale odpowiedziało mi tylko wzruszenie ramion i stanowcze „no English”. Okay, „pole pole”, jak to mówią w Afryce – powtarzałam sobie i stwierdziłam, że najwyżej zaszyję się w jakiejś kawiarni i popracuję.

Przeszłam do sali odlotów i idę w stronę odpowiedniego gate’a. „Wiadomo, jakie jest to opóźnienie? – spróbowałam swojego szczęścia u pracownika Air China, który stał zakłopotany tuż obok. „Długo, bardzo długo” – usłyszałam, ale na tym skończyły się informacje, które otrzymałam tego wieczoru. Teoretycznie samolot miał odlecieć o 19:50, ale jakoś nikt nie chciał poinformować ludzi, że wszystko fajnie, ale on jeszcze nawet nie wyleciał z Xī’ān, więc trochę czasu minie, zanim w ogóle tutaj przyleci, nie mówiąc o odleceniu. „Za godzinkę”, „jeszcze troszeczkę”, „no może z półtorej godzinki, ale to max” – słyszałam za każdym razem. Ostatecznie wyszło ponad cztery. A mnie po tych czterech godzinach budził pan, którego niemalże zamęczyłam pytaniami, bo przysnęłam na podłodze, przytulając się do mojego plecaka.

Do Xī’ān przyleciałam jakoś po 3 w nocy i zanim dotarłam do hostelu, była już jakaś 4 nad ranem. Wzięłam szybki prysznic, który tylko mnie rozbudził i mimo że przysnęłam w samolocie, położyłam się i usnęłam dosłownie w momencie, kiedy moja głowa dotknęła poduszki. Po raz kolejny moje plany ambitnego zwiedzania spełzły na niczym, ale to nieważne. Wyspałam się, odpoczęłam i nabrałam troszeczkę sił na to, żeby wybrać się na spacer.

xian-20Na śniadanio-obiad wciągnęłam michę lokalnego specjału, czyli makaronu biángbiáng. Obiecałam sobie już dawno temu, kiedy czytałam co nie co o Xī’ān z turystycznej strony, że spróbuję tego cuda. Najbardziej zafascynowała mnie jednak nazwa – znak na „biáng” ma 56 kresek i nie da się go zapisać normalną czcionką, dlatego z reguły albo wstawia się w tekście znaki w formie obrazka albo używa się jakiejś uproszczonej wersji.

xian-38Biángbiáng miàn to nic innego jak gruby makaron, któremu tak naprawdę bliżej na przykład do ciasta na pierogi. Podaje się go w różnych wersjach, ja skusiłam się na podstawową, yóupō chěmiàn (油泼扯面), która nie zawiera mięsa – z octem, jakimś olejem i płatkami chili, a na wierzch masa jakiejś zieleniny. Zamówiłam niby małą porcję, ale najadłam się po pachy. No i odhaczyłam kolejny lokalny specjał przyjazny weganom!xian-37

Gdyby ktoś chciał naprawdę pozwiedzać wszystkie rzeczy, które są warte zobaczenia, musiałby pewnie spędzić w Xī’ān tygodnie. Do tej pory słyszałam same zachwyty na temat tego miasta, ale mi jakoś niespecjalnie przypadło do gustu. Może jestem wybredna i zadowalają mnie już tylko albo wielkie metropolie, takie jak Szanghaj, albo koniec świata, pokroju Huángshān. Mimo że w Xī’ān mieszka kilka milionów ludzi, panuje w nim trochę prowincjonalna atmosfera. A przy okazji jest brudniej niż doświadczyłam tego bardziej na południu – smog także o wiele bardziej daje się we znaki.

xian-35Na początek wybrałam się na długi spacer w stronę świątyni Dàxīngshàn (大兴善), którą wybudowano jeszcze za dynastii Jìn (265-420), czyli bardzo bardzo dawno temu. Znana jest ona jako miejsce narodzin chińskiego nurtu buddyzmu tantrycznego, Wadżrajany. Do dziś jest zresztą aktywnym miejscem kultu, mieszka tu wiele mnichów, którzy mają do dyspozycji naprawdę ogromny kompleks, składający się z prawie 250 pomieszczeń i 8 hektarów (!). Niestety budynki nie pochodzą sprzed wieków, bo nie udało im się przetrwać historycznej zawieruchy na przestrzeni zmieniających się ciągle dynastii. Te, które możemy podziwiać dzisiaj zbudowano w latach 1955-1983 w stylu dynastii Míng (1368-1644).

xian-2 xian-1 xian-9

Akurat trwał remont głównej bramy, określanej mianem shānmén, więc musiałam wejść do środka jakimś bocznym wejściem. Miało to jednak swoje dobre strony – nikt nie skasował mnie za bilet! Nie udało mi się też zobaczyć wszystkich budynków, bo jest ich bardzo dużo, a ja nie miałam ani siły, ani ochoty na spędzenie całego dnia w świątyni. Przeszłam się zatem po głównym dziedzińcu, zajrzałam do Hali Niebiańskich Królów z pięknymi rzeźbami i zdobieniami. Odwiedziłam także główną halę, w której znajduje się pięć złotych posągów Buddy, przed którymi stoją dwie kamienne stele z zapisanymi sutrami i historią świątyni. Z boku wybudowano świątynię poświęconą Guānyīn (觀音) – bogini miłosierdzia, litości oraz płodności.

xian-19 xian-4

Nie miałam siły na zbyt wiele zwiedzania, dlatego wybrałam jeszcze jedno miejsce, które tym razem zaintrygowało mnie głównie swoją nazwą – Wielka Pagoda Dzikich Gęsi (Dàyàn Tǎ; 大雁塔). Zbudowano ją w 652 roku, pierwotnie w wersji z pięcioma kondygnacjami, jednakże kilkadziesiąt lat później cała konstrukcja z ubitej ziemi zawaliła się. Cesarzowa Wǔ Zétiān (武则天) odbudowała ją w 740 roku i przez prawie osiem stuleci chroniła ona sutry i figurki przywiezione w VII wieku z Indii przez mnicha Xuánzàng (玄奘), dopóki nie ucierpiała znacznie w trzęsieniu ziemi w 1556 roku. Od tamtej pory przechylona jest ona o kilka stopni na zachód.xian-21

Pagoda ma siedem kondygnacji i można ją zwiedzać także w środku, oczywiście po uiszczeniu odpowiedniej opłaty. Nawet nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, jak dużo będą kosztować wszelkie wejściówki. Tutaj 40 juanów, tam 80, a na Huángshān zapłaciłam w sumie kilkaset. Stwierdziłam jednak, że jak już jestem na miejscu i wcale nie zwiedzam wszystkiego, co się da, bo po prostu nie mam na to czasu ani siły, to głupio by było zrezygnować. Zapłaciłam zatem za wejście do pagody, która na pierwszy rzut oka w ogóle stereotypowej pagody nie przypomina.

 xian-29

W środku nie jest może ona jakaś wyjątkowa, ale jej funkcja była inna – miała chronić święte relikwie, a nie zachwycać ornamentalnymi zdobieniami pielgrzymów. Wlokłam się powoli po wąziutkich schodkach, co chwilę niemalże wisząc w połowie poza balustradą, żeby przepuścić schodzących na dół Chińczyków i patrzyłam przez małe okienka na panoramę Xī’ān. Teren świątyni prezentował się całkiem fajnie, ale morze wieżowców w oddali tonące w smogu mnie przeraziło. Stanęłam przy jednym z okienek i patrzyłam osłupiała na to, co wyprawiamy na tym świecie i zrobiło mi się trochę niedobrze.

xian-31

Chwilę później zdałam sobie sprawę, jak nie doceniam tego, co mam. Tego, że mogę sobie siedzieć w ogrodzie i popijać herbatkę i nie krztuszę się od powietrza, a na samochodach w ciągu nocy nie zbiera się warstwa pyłu i kurzu. Wróciłam myślami do czystego powietrza w Huángshān i aż żałowałam, że nie mogłam nacieszyć się nim dłużej. Przypomniałam sobie szczątki wykładu, na którym jeden z doktorów opisywał, jak idealnym miastem było dawne Cháng’ān, jak skrupulatnie je zaplanowano z uwzględnieniem masy szczegółów, w tym tradycyjnej geomancji. Patrzyłam jednak przez zakurzone okienko na szarość za oknem i uświadomiłam sobie, że czasy świetności Xī’ān ma niestety za sobą. Nawet jeśli wmawia się turystom, że jest inaczej.

xian-34 xian-32

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (21)

  1. Hej.tutaj bylam….obudzilas wspomnienia tak ze nawet przekopalam zdjecia… Powiedz jak znosisz chinski sposob „smakowania” ? Oswajasz mlaskanie,siorbanie i ten caly mechanizm wolnosci w pojeciu chinskiego savuar vivre?

    • Karolina

      Haha, przyzwyczaiłam się do siorbania w Japonii – na początku dostawałam palpitacji serca, ale potem zrozumiałam, że oni po prostu podchodzą do jedzenia inaczej jak my. A moją rolą nie jest ocenianie tylko obserwowanie i a nuż nauczenie się czegoś nowego. Nadal nie mogę znieść tego plucia na ulicy, doprowadza mnie do szału, ale dopóki nie robią mi tego pod oknem poza Chinami, to niech sobie plują 😛

      • Ja tez nie jestem súper wersja delicada! Nie nie! Ale niektore osobniki to potrafily mnie naprawde zadziwic sposobem smakowania potraw! Brrr!!!

  2. oj tam, oj tam trochę smogu jeszcze nikomu nie zaszkodziło 😉 a miasto wygląda bardzo interesująco – b. ciekawy wpis! – ja byłem tylko przejazdem w drodze do terakotowej armii…

  3. Bardzo interesujący post, a możemy prosić o większą czcionkę? 🙂

  4. Zaskakujaco mi sie tam podobało, nastawiłam się na dużo słabsze miasto!

  5. aż mi się zalany dymem Bajkał dzisiaj 😀

  6. No to niezłe perypetie miałaś z dotarciem na miejsce, temat na osobny wpis 🙂 Przy okazji jak kiedyś dotrzemy do Chin zgłoszę się do Ciebie po podpowiedź/porady co do wege jedzenia w Chinach 😉

  7. wyglada zachecajaco 🙂

  8. Ha, miałam dokładnie taka samą myśl jak Bartek! Cóż, azjatycki sposób podróżowania… Pamiętam jak jechaliśmy w Birmie autobusami to było podobnie, nic na czas, jazda po różnych zakamarkach i w ogóle az dziw, ze jakoś udawało się dojechać 🙂

  9. Nie tak źle z tym smogiem ale wygrały umiejętności fotografa 🙂 Bardzo podoba mi się organizacja na chińskich lotniskach. Dobrze, że nie pytają czy wśród pasażerów jest pilot 😉

    • Karolina

      Szczerze mówiąc, nie zdziwiłoby mnie takie pytanie 😛 Najbardziej rozwaliła mnie ich mina, jak im powiedziałam, że nie chcę tych nieszczęsnych biszkopcików, bo zawierają mleko. Bezcenne 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *