Kaesŏng (개성) i DMZ – dwa oblicza Korei Północnej

Wyjazd do Kaesŏng, dawnej stolicy Koryŏ, marzył mi się od dawna. Jako jedno z niewielu miast przetrwało ono w dość dobrym stanie wojnę koreańską, ponieważ przez większość konfliktu znajdowało się po południowej stronie. Dzisiaj znane jest głównie ze specjalnej strefy ekonomicznej łączącej obie Koree, w której na co dzień pracuje ponad 100 tysięcy osób i wiele osób zapomina o jego historii. Błąd!

Na co dzień mogę się bez problemu przemieszczać po Pjongjangu i to bez żadnej opieki. Jednakże wyjazd poza stolicę wymaga specjalnych pozwoleń, dlatego musiałam skorzystać z usług lokalnego biura podróży. Obawiałam się podróżowania w takiej formie i nadal uważam, że jest ona (eufemistycznie ujmując) daleka od ideału. Na szczęście niebios się nade mną zlitowały i moje przewodniczki okazały się dziewczynami wyjątkowo na czasie, które ani razu nie przyczepiły się do moich zdjęć – mimo że robiłam je niemalże non stop.

Droga do Kaesŏng, podobnie jak ta do Wŏnsan, określana jest dumnie mianem „autostrady”, ale nie ma z nią wiele wspólnego. Po wyjechaniu za rogatki stolicy, kierowca jechał niemalże slalomem, a kiedy tylko mógł, pędził samym środkiem. Mimo że Kaesŏng znajduje się jakieś 160km na południe od Pjongjangu, droga tam zajmuje… 3 godziny (chociaż Google Maps uparcie twierdzi, że niecałe 1,5). O dziwo nie przeszkadzało mi to aż tak, bo starałam się zrobić jak najwięcej zdjęć, zwłaszcza, że mijaliśmy po drodze różne wsie i kilka dość sporych miast. Odrapane elewacje lub ich totalny brak. Między budynkami skromne poletka, uprawiane ręcznie, bądź za pomocą wołu. Ludzie idący przed siebie, często gdzieś w oddali, co tylko zgłębiło moją ciekawość – co ujrzałabym, skręciwszy w którąś z szutrowych dróżek? Przez większość czasu nie było widać wiele poza ogromnymi połaciami zieleni, gdzieś w oddali zaczęły majaczyć piękne sylwetki gór. Nawet nie wiem kiedy naturalny krajobraz ustąpił miastu, lecz tylko na chwilę, bo minąwszy Kaesŏng popędziliśmy w stronę DMZ.

kaesong-9 kaesong-11 kaesong-10

W związku z dość napiętą sytuacją na półwyspie Koreańskim, jeszcze kilka dni temu, wycieczka stała pod znakiem zapytania. Tydzień temu spędziłam weekend, nie wychodząc nawet na miasto i czekając na rozwój wydarzeń. Byłam więc pewna, że wyjazd na południe zostanie odwołany – w końcu jeszcze niedawno panował tam quasi stan wojenny. Media koreańskie, jak i światowe, informowały o mobilizacji północnokoreańskiej armii, więc założyłam, że z wyjazdu pewnie nici. Okazało się jednak, że mam szczęście – dzień wcześniej otrzymałam potwierdzenie, iż wszystko odbędzie się godnie z planem. W DMZ dowiedziałam się zresztą od jednego z żołnierzy, że to pierwszy dzień, kiedy do strefy wpuszczani są turyści.

Przygotowana byłam na porządną dawkę indoktrynacji i szereg ostrzeżeń oraz zakazów, których doświadczyłam rok temu przy okazji wizyty w DMZ od południowej strony. Byłam święcie przekonana, że jeśli Południe odstawiło taki cyrk, to na Północy doświadczę totalnej masakry. I wiecie co? Nie mogłam się chyba bardziej mylić.

Nikomu nie przeszkadzało to, że wjechaliśmy swoim busikiem do strefy – na południu za to musieliśmy wyjść z autobusu, przejść kawałek pieszo, po czym jedynie z aparatami w rękach, podjechać pod P’anmunjŏm (판문점) specjalnym ONZ-owskim autobusem. Zatrzymaliśmy się przy budynku, w którym 27 lipca 1953 roku po długich negocjacjach podpisano rozejm. Oprowadzający żołnierz nie użył ani razu żadnych propagandowych sloganów. Nie było wzmianki o „imperializmie”, „zdrajcach” czy „kolaborantach”. Tylko suche fakty, okraszone trochę kultem Kimów – historia historią, ale spójrzcie na ten kamień upamiętniający wizytę marszałka Kim Dzong Una.

kaesong-21

Ostatni autograf Kim Ir Sena przed jego śmiercią (dzień później)

kaesong-20 kaesong-18 kaesong-19

Budynek, w którym podpisano rozejm znajduje się trochę na północ od P’anmunjŏm, więc wróciliśmy do busika i przez pola kukurydzy pognaliśmy dalej. W oddali łopotała na wietrze północnokoreańska flaga, znajdująca się w wiosce Kijŏng-dong (기정동), znanej na południu jako Wioska Propagandy – Sŏnjŏn maŭl (선전마을). Przewodniczka twierdziła, że miesza w niej 240 rodzin, które zajmują się głównie rolnictwem, ale jak to się ma do rzeczywistości? Media zachodnie twierdzą, że budynki te są jedynie betonowymi szkieletami i że brakuje w nich szyb, a nawet wnętrz pokoi. Nie byłam tam, więc nie wiem, jak jest naprawdę.

Po kilku minutach dojechaliśmy do słynnego P’anmunjŏm, w którym panowała wyjątkowo wyluzowana atmosfera. Może to propaganda, a może faktycznie Koreańczycy z Północy mają inne podejście. Nigdy się tego nie dowiem, więc stwierdziłam, że postaram nacieszyć się atmosferą, jakże inną od tej panującej po południowej stronie DMZ.

kaesong-22 kaesong-23

Moja (mini) wycieczka składała się ze mnie, jednej osoby z ambasady i dwóch przewodniczek, więc musieliśmy dołączyć do większej grupy chińskich turystów. Koreanki wywracały oczyma, obserwując ich zachowanie, krzyki i przepychanki. Jako jedyni nie-Azjaci od razu zwróciliśmy uwagę znudzonych żołnierzy.

„Skąd jesteś?” – pyta jeden z nich, nie mogąc powstrzymać ciekawości.

„Polska (폴스카)” – odpowiadam, czekając na kolejne pytania. Na Północy nie mówi się P’ollandŭ (폴란드) z angielskiego „Poland”, jak na Południu.

„Ach… Ale…” – tutaj przygląda mi się dokładnie – „Nie jesteś chyba zwykłą turystką?”

„Z ambasady!” – wtrąciła przewodniczka.

„No tak, tak. Macie szczęście, bo dopiero od dzisiaj zaczęliśmy ponownie przyjmować wycieczki” – odparł, a kiedy nic nie odpowiedziałam, kontynuował:

„A nie bałaś się?”

„A miałam czego się bać?”

Zapada chwila niezręcznej ciszy.

„No ale i tak… Uhm… Dzielna jesteś!”

Yonggam (용감)? Dzielna? – nie jestem pewna czy dobrze usłyszałam, ale żołnierz przytaknął.

Po kilku minutach, kiedy stałam przy barierce balkoniku budynku, który widziałam rok wcześniej, pytaniami zasypała mnie przewodniczka.

„Byłaś kiedyś na Południu?” – słyszę jakąś tęsknotę w jej głosie.

„Tak.”

„Ach…” – nie potrzeba więcej słów. Jej pragnienie zobaczenia świata wylewa się na całą drobną twarz.

„W Chinach?” – dopytuje.

„Też.” – stwierdzam krótko, nie wchodząc w szczegóły.

Milczę. Jedna myśl nie daje mi jednak spokoju.

„Czemu żołnierz stwierdził, że jestem dzielna? Przecież wszyscy są tu wyjątkowo wyluzowani.”

„A nie słyszałaś o wprowadzonym przez marszałka Kim Dzong Una stanie wojennym?”

„Oczywiście, że słyszałam – w końcu pracuję w ambasadzie.”

„No tak. I naprawdę się wtedy nie bałaś?” – patrzy na mnie ze zdziwieniem.

„A ty się bałaś?” – odbijam piłeczkę.

„Ja? Czego?” – wybucha śmiechem.

„Pełen luz?”

„Oczywiście!” – odpowiada z dumą.

„Naprawdę?” – próbuję zrozumieć, dlaczego ja mam się niby bać, a ona nie.

„Przecież mamy bomby atomowe! Raz, dwa i po sprawie” – stwierdza z przeuroczym uśmiechem na twarzy.

Nie chcę jej mówić, że wiele prób zakończyło się fiaskiem, że jej kraj pakuje miliony w budowę bomb, mimo braku odpowiedniej technologii. Patrzę na stojących przed niebieskimi barakami żołnierzy i nie mogę się nadziwić ich rozumowaniu.

Nagle podchodzi do mnie żołnierz, z którym rozmawiałam kilka minut wcześniej i pyta, czy chcę zrobić sobie z nim zdjęcie. No jasne! Przewodniczka ledwo nacisnęła spust migawki, a już otoczyła go grupka chińskich turystów. Zostawiłam go na łaskę losu i udałam się z przewodniczkami do busa, a potem w stronę Kaesŏng.

kaesong-24

Przed zwiedzaniem miasta – jeśli można tak nazwać jeżdżenie samochodem i wysiadanie jedynie w konkretnych miejscach – jedziemy na lunch. Obsługa oczywiście nie może się nadziwić, że ktoś z własnej woli rezygnuje z mięsa. W kraju, gdzie dla przeciętnego człowieka mięso jest luksusem, a dieta składa się głównie z ryżu i kapusty, niejedzenie mięsa zakrawa na szaleństwo. Jedna czwarta ludzi cierpi na niedożywienie, a tu przychodzi biała i prosi jedynie ryż i warzywa!

Na szczęście tradycyjne jedzenie nie zawiera wiele mięsa, jeśli w ogóle. Podano mi całą gamę miseczek z różnymi daniami, takimi jak kim chi z ogórka czy kiełki fasolki mung. Do tego miska świeżo ugotowanego ryżu i można jeść i jeść. Nie wiem ile ten zestaw miał faktycznie wspólnego z tradycyjną kuchnią – nie do końca wierzę w to, że dawna koreańska arystokracja zajadała się colesławem czy (w wersji mięsnej) kaszanką lub kiełbasą krakowską. Smakowało mi, więc nie będę im wytykać lekkich innowacji.

kaesong-44

Na pierwszy ogień po lunchu poszedł kompleks Sŏnggyun’gwan, które od końcówki X wieku było intelektualnym sercem dynastii Koryŏ, a potem także urzędników, którzy spędzali całe dnie na studiowaniu konfucjańskich dzieł. Niestety niecałe trzysta lat później została zniszczona podczas japońskiej inwazji w 1512 roku. Odbudowano ją 10 lat później i to właśnie wersję z początku XVI wieku możemy dzisiaj podziwiać. Od 1989 Sŏnggyun’gwan pełni rolę muzeum, lecz nie ma ono zbyt wiele do zaoferowania. W kilku salach wystawiono ceramikę, narzędzia i druki z dynastii Koryŏ, lecz wszystkie opisy przygotowane zostały po koreańsku. Stare budynki nie są zresztą przystosowane do roli muzeum – drewniane pomieszczenia są słabo oświetlone, nie mają żadnej wentylacji czy klimatyzacji, więc w środku panuje pół-mrok i zaduch.

kaesong-42

Główną atrakcją nie jest jednak wystawa, lecz wygląd całego kompleksu, który przetrwał wojnę koreańską. Przez ostatni rok uczyłam się naprawdę dużo o historii Korei i myśli konfucjańskiej w ogóle. Na głównym dziedzińcu rośnie ogromne, ponad 900-letnie drzewo zelkova (brzostownica japońska), którego pień z trudem obejmą cztery dorosłe osoby. Na terenie kompleksu cień oferują także 500-letnie drzewa miłorzębu z cierpliwością znoszące potykających się o ich korzenie turystów.

kaesong-38 kaesong-39

Kolejne miejsce, w które pojechaliśmy naszym mini busem, to most Sŏnjuk, gdzie w 1392 roku zamordowano słynnego konfucjańskiego urzędnika Chŏng Mongju (정몽주), znanego pod pseudonimem P’o Ŭn (포은). nie wiadomo do końca kto aż tak pragnął jego śmierci, historycy podejrzewają głównie jego politycznego oponenta – I Pangwŏna (이방원), który kilka lat później został królem T’aejongiem (태종 / 太宗). Most, zbudowany w 1290 roku, znany był początkowo jako Sŏnji (선지), lecz po śmierci uczonego, według legendy wyrósł tam bambus – jak więc wkrótce zaczęto go nazywać „Sŏnjuk”. Razem z jego śmiercią, swojego żywota dokonała też dynastia Koryŏ, którą P’o Ŭn wspierał do samego końca. O ironio, 125 lat po śmierci, został on pośmiertnie wpisany do narodowej akademii obok poważnych mędrców. W 1740 roku król Yǒngjo (영조 / 英祖) zbudował dla uczczenia jego pamięci kamienną Stellę, a trochę ponad sto lat później to samo zrobił król Kojong (고종 / 高宗).

kaesong-45

Na koniec pobytu w Kaesŏng zaplanowano wizytę przy grobach królów dynastii Koryŏ. Znajdują się one kilkanaście kilometrów od centrum Kaesŏng, dlatego po krótkim spacerze w okolicy mostu Sŏnjuk, kontynuowaliśmy wycieczkę samochodem. Bardzo chciałam przejść się po Kaesŏng i zobaczyć stare zabudowania, które przetrwały wojnę koreańską. Niestety, wycieczki organizowane w KRL-D nie są elastyczne, więc moja prośba wywołała chwilową konsternację. Przez ostatnie kilka godzin opowiadano mi o tym „wspaniałym mieście”, a jak przyszło co do czego, to zaczęły się im plątać języki. To niestety nie Pjongjang, gdzie mogę poruszać się bez opieki (co oczywiście nie oznacza braku obserwacji). Zobaczyłam, ile się tylko da przez okno (zdjęcia niestety wyszły w większości rozmazane…).

kaesong-33

Nawet gdyby z oddali pokazano mi starą zabudowę i tak nie mogłabym podejść bliżej. Budynki nie były prawie w ogóle remontowane, mieszkają w nich zwykli (czyt. bardzo biedni) Koreańczycy. Już czuję się nieraz?? Intruzem, który robi ludziom na ulicy zdjęcia, kiedy oni próbują w spokoju żyć, iść do pracy, zrobić zakupy czy zjeść obiad. „starówka” Kaesŏng niestety nie została zaliczona – przynajmniej mam tam po co wracać.

kaesong-34

kaesong-51

W okolicy Kaesŏng znajduje się wiele grobowców, lecz my zobaczyliśmy jedynie dwa – grób króla Wang Kǒn (877 – 943), czyli założyciela dynastii Koryŏ, który znany był później jako król T’aejo (태조 / 太祖) oraz króla Kong Min (1351-1374). Najpierw udaliśmy się do Hyŏnjŏngnŭng (현정릉), czyli grobowca króla Kong Min (공민) i jego żony, mongolskiej księżniczki Nokuk (노국). Skąd w ogóle wzięła się w Korei królowa Mongolii? Koryŏ, jak na dobrego wasala przystało, wysłało członków rodziny królewskiej jako „niewolników” na dwór panującej wtedy w Chinach mongolskiej dynastii Yuán. Zwyczajem było poślubienie jednej z mongolskich księżniczek w celu zgłębienia więzi między Koryŏ i Yuán. Kong Min niestety nie skończył swojego żywota przyjemnie (został zamordowany), a jego żona umarła kilka lat wcześniej przy porodzie.

kaesong-62

Hyŏnjŏngnŭng to najlepiej zachowany grobowiec z tego okresu. Niestety są one puste – w 1905 roku wejście do nich wysadzili dynamitem Japończycy i splądrowali je. Nie są one położone w losowym miejscu, przy wyborze brała udział cała armia astrologów, matematyków i geomantów. otoczone są figurami owiec i tygrysów, reprezentujących Koreę i Mongolię, a drogi prowadzące do nich pilnują granitowe postacie wojskowych i konfucjańskich urzędników.

kaesong-69kaesong-65

Okolica nie jest jednak wymarłym skansenem. U podnóża grobowców zbierają się okoliczni mieszkańcy i świętują swój (nieliczny) wolny czas. Już z dala słychać było z przenośnego radia dobrze mi już znaną muzykę zespołu Moranbong. Grupki ludzi tańczyły, mężczyźni prężąc przy tym mięśnie i pokazując całemu światu swoje brzuchy. Wyglądali na niezwykle ucieszonych i mam nadzieję, że faktycznie tacy byli, a nie była to jakaś ustawka. Tutaj nigdy nic nie wiadomo. Grupki chłopaków grały w siatkę i szło im wyjątkowo dobrze, gdzieś nieopodal rozmową zajęci byli starsi, podjadając przy okazji piknikowe przekąski.

kaesong-91kaesong-70

„Dzisiaj jest Narodowy Dzień Młodzieży” – wtrąciła przewodniczka. Przypomniał mi się artykuł widziany dzień wcześniej w Rodong Sinmun, gdzie w jednym z głównych artykułów padły słowa:

Nasza młodzież musi wznieść naszego Najwyższego Przywódcy jako centrum jednomyślnej solidarności i z żelazną determinacją maszerować ku Górze Paektu!

Na mieście widziałam kilka plakatów promujących aktywność sportową; Kim Dzong Un ostatnio skupia się na „wysportowaniu” narodu, co widać między innymi po tym, jak szybko młode piłkarki, które wygrały Asian Games, zyskały popularność. Całkiem niedawno w mediach pojawił się także list od Kima do sportowców, w którym stwierdza:

Urzędnicy sportowi i trenerzy muszą wprowadzić w życie taktykę w stylu ataków anty-japońskiej partyzantki w celu przejęcia inicjatywy w każdej grze i triumfu!

Nie wiem czy grająca przy akompaniamencie północnokoreańskiego girlsbandu młodzież faktycznie robi to w odpowiednio partyzanckim stylu, ale panująca tam atmosfera totalnie mnie zdziwiła. Przyzwyczaiłam się do pjongjangskiej pompy i nadęcia – w centrum obowiązuje zresztą odpowiedni strój – a tutaj ludzie mieli to totalnie w nosie. „Niebo jest wysokie, a cesarz daleko” (天高皇帝远; Tiān gāo, huángdì yuǎn), jak powiada słynne chińskie przysłowie. Na opalonych twarzach widać było uśmiechy, mimo że chwilami nieco sztuczne, jakby mięśnie odzwyczaiły się od takiej miny. Kiedy minęliśmy biwakujących Koreańczyków, odetchnęli jakby z ulgą.

Grób Wang Kǒn oddalony jest całkiem spory kawałek, jedzie się tam co najmniej 10 minut po górskiej szutrowej drodze. W oddali majaczą betonowe stwory w Kaesŏng, gdzieś tam mignął maszt z północnokoreańską flagą. Założyciel dynastii Koryŏ, który „zjednoczył” cały półwysep koreański, także został pochowany ze swoją ulubioną żoną, królową Sinhye (신혜), w jednym grobowcu. Grobowiec zrekonstruowano w 1994 i mimo tego że przez pewien czas można było ponoć zajrzeć do środka, teraz nie jest to już możliwe. Trudno. Grobowiec ten, tak jak poprzedni, ma swoją specjalną nazwę – Hyŏnrŭng (현릉).

kaesong-71kaesong-72kaesong-73

Lokalna przewodniczka – stosunek turystów do przewodników 2:3 – opowiedziała nam co nie co o historii Koryŏ, ale zdawała się bardziej zainteresowana nami. Skąd jesteście? Jak Wam się podoba? Co myślicie o Korei Północnej? Rzucała kolejnymi pytaniami niczym z karabinu maszynowego. Przez te dwa tygodnie pobytu w KRL-D moje dyplomatyczne umiejętności rozwinęły się w tempie ekspresowym. „Z Polski. Tak, bardzo się podoba.” Ignoruję jej dociekania, a ona niebawem odpuszcza, świadoma, że nic więcej ode mnie nie wyciągnie (chociaż też niezadowolona, bo pewnie musi potem z tego zdać raport). Spoglądam na ogromny kopiec jednej z najważniejszych postaci w koreańskiej historii, przewodniczka coś tam mruczy po koreańsku, głównie o tym, że odwiedził to w którymś tam roku któryś z Kimów, pewnie Dziadek. Nasza przewodniczka tłumaczy, ale słyszę, że skraca, znudzona słuchaniem tego samego pewnie już setny raz. Obchodzimy teren dookoła, gdzie w przeciwieństwie do poprzedniego grobowca, nikogo nie ma, po czym ładujemy się powoli do samochodu.

Zza okna przewodniczka ubrana w jaskrawy Chosŏn-ot uważnie mi się przygląda i niedługo jej skonsternowana twarz znika. Pędzimy w dół, mijając po drodze rolników prowadzących gdzieś swoje woły, kobiety dźwigające istne ciężary na głowie i dzieci, idące nie wiadomo gdzie. Wyjeżdżamy po kilku minutach z pól kukurydzy, wśród których ukryte są tradycyjne wiejskie domy i mijamy Kaesŏng, nabierając prędkości na „autostradzie”, na której nie widać śladu życia. Kierowca pędzi środkiem, a poboczem jadą ludzie na rowerze, a ci, których nie stać nawet na starego składaka (czyli większości), drepczą przed siebie piechotą. Powoli zachodzi słońce, przypatruję się wioskom i miasteczkom w oddali i zastanawiam, jak wygląda życie przeciętnego Koreańczyka. Zbieram, niczym okruszki, jakieś szczątki informacji, fragmenty scenek codziennych, które udało mi się dostrzec, półsłówka i gesty. I znowu łapię się na tym, że już sama nie wiem, co o tym wszystkim myśleć! 

kaesong-64kaesong-83

kaesong-90

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Tez nie wiem co o tym wszystkim myslec… Zdjecia super, takie prawdziwe, ogladam je starannie i tez probuje te miejsca „poczuc” ,wyobrazic sobie zycie w nich… Dziwny ten swiat, jak śpiewał Niemen…

    • Oj dziwny. Łapię się na tym, że wrzucam całą masę zdjęć do postów, więc z góry przepraszam, jeśli strona się potem ładuje całe wieki. Mam jednak nadzieję, że faktycznie da się to miejsce choć trochę dzięki temu „poczuć” 🙂

    • W krainie tajfunów nic się nie przejmuj, wstawaj maksymalnie ile możesz zdjęć 😉

  2. Bardzo lubię te wpisy o Korei Północnej. Można poznać ją w końcu z innej strony niż serwują to nam media.

  3. Bardzo fajny reportaż o DMZ. Byłem tam od strony RK w lipcu. Szopka odstawiona przez żołnierzy na mnie nie zrobiła wielkiego wrażenia, w 1988 widziałem granice NRD/Berlin Zachodni i tam czułem większe napięcie niż w DMZ

  4. Cześć 😉 teraz należysz do elitarnego klubu tych którzy byli tam po obu stronach 😉 witaj w klubie 😉 fajny tekst, nie wiele się zmieniło, choć żołnierze KRLD mają kaski zamiast czapek, ja po Kesong chodziłem nocą, jedno z ciekawszych doświadczeń 😉 pozdro

  5. Bardzo ciekawy tekst i zdjęcia, dzięki!

  6. Dziękuję za ciekawą relację. Moja wiedza na temat Korei jest marna wiec dzięki Tobie Karolino wiem więcej i mam chęć poszerzyć swoją wiedzę. A Korea Północna zyskuje.

  7. Na wielu z tych zdjęć Korea prezentuje się wręcz sielsko. Cóż, kraj olbrzymich kontrastów 🙂

  8. A ten pan w mundurze to dał się tak bezproblemowo sfotografować?

  9. Ciekawa ta rozmowa z żołnierzem. Chciałabym tam pojechać.

  10. świetna relacja! faktycznie mało przypomina to autostradę, a podany zestwa miseczek to ciekawe połączenie 🙂

  11. Ciekawy wpis. I zdjęcie z północnokoreańskim żołnierzem!

  12. Uwielbiam Twoje relacje od niedawna! Kontynuuj, proszę:) W poniedziałek bronię pracy magisterskiej o zagrożeniu ze strony DPRK dla świata. Ale tak jak to już zostało tu powiedziane, też nie wiem już co o tym wszystkim myśleć! Twoje relacje wydają mi się najbardziej wiarygodnym źródłem informacji! Dzięki:)

    • Karolina

      Dziękuję! 🙂 Postaram się pisać jak najwięcej – niestety spora część relacji pojawi się z różnych przyczyn dopiero po wyjeździe z KRLD, czyli za dwa tygodnie. I będę trzymać w poniedziałek kciuki! ♥

  13. Ciekawa przygoda, ale nie daja mi spokju 2 rzeczy czy oni znaja angielski i czy ich kultura naprawde jast taka inna i wyjatkowa jakie uczcucie miałas kiedy tam przebywałaś ?

    • Karolina

      Przewodniczki znały angielski na podstawowym poziomie, a na co dzień porozumiewam się tutaj jedynie po koreańsku. No a ich kultura jest inna, nie wiem czy „wyjątkowa”. Jeszcze jestem w KRLD przez tydzień, więc pewnie będę powoli spisywać swoje wrażenia z różnych miejsc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *