Dzielnica muzułmańska, czyli serce Xī’ān

Xī’ān kojarzyło mi się głównie z dawną stolicą potężnej dynastii Táng, ale okazało się, że tętni w niej nadal życie i to niekoniecznie w takiej formie, jakiej można się spodziewać. Ludzie spędzają czas nie na oglądaniu starych świątyń, ale na zajadaniu się całą gamą przysmaków w muzułmańskiej dzielnicy.

Znajduje się ona w samym sercu miasta, tuż obok słynnej Wieży Dzwonu, przy której nieważne o jakiej porze dnia i nocy tłoczą się istne tłumy turystów. Wystarczy jednak skręcić w boczną uliczkę i dać porwać się feerii zapachów, tonąc przy okazji w oparach dymu z licznych stoisk z grillem, na których pichcą się kawałki najróżniejszego mięsa.

xianmuslim1-1

Jedną z najpopularniejszych przekąsek są ciasteczka (a raczej kluseczki) z mąki ryżowej, gotowane na miejscu na parze, podawane z konfiturą różaną i pokruszonymi orzechami. Nazywa się ona bā bǎo méiguī jìng gāo (八宝玫瑰镜糕), czyli w dosłownym tłumaczeniu „różane lustrzane ciastko Ośmiu Skarbów”. Niektórzy obtaczają je także w cukrze albo polewają dodatkowymi syropami, ale mi jak najbardziej wystarczyła wersja podstawowa. Kupiłam takie cudo od razu przy wejściu do dzielnicy i gryząc powoli, udałam się najpierw w stronę labiryntu niby souków, prowadzących w stronę Wielkiego Meczetu.

xianmuslim1-12

Przygotowywanie słodyczy

xianmuslim1-32

„Różane lustrzane ciastko Ośmiu Skarbów”

W mgnieniu oka poczułam się, jakbym znalazła się w Marrakeszu, a nie w środku Chin. Sklepiki w zacienionej alejce sprzedające dosłownie wszystko, masę jakiegoś rękodzieła, pamiątek, jedzenia, ale także podróbek. Czuć było jednak sporą przepaść kulturową – nikt nie wciągał mnie do sklepików prawie siłą, jak to miało miejsce w Maroku, nikt nawet specjalnie nie przekonywał do kupna. No i było o wiele czyściej. Niby-souk w Xī’ān niczym mnie jednak nie zachwycił, nic nie wpadło mi w oko na tyle, żeby przystanąć na chwilę i to obejrzeć. W Maroku natomiast co chwilę musiałam się czemuś przyjrzeć, podotykać i ledwo przystanęłam, a otaczało mnie kilku sprzedawców, którzy próbowali mi wcisnąć cokolwiek, nawet jeśli wątpliwej jakości.

xianmuslim1-33

W środku tego labiryntu ukryte jest wejście do Wielkiego Meczetu (西安大清真寺; Xī’ān Dà Qīngzhēnsì), który jest przeciwieństwem otaczającego go marketu. Po uiszczeniu drobnej opłaty weszłam na spory dziedziniec świątyni i od razu mi ulżyło – cisza, spokój, tylko kilkoro turystów i na dodatek żadnego laowaja. Wspaniale.

xianmuslim1-39

Najbardziej zdziwiła mnie jednak architektura świątyni, ponieważ nie miała w sobie nic ze stylu arabskiego. Nie było minaretu, zaokrąglonych kopuł i tego, co kojarzy się nam z meczetem. Równie dobrze mogłaby to być świątynia buddyjska czy konfucjańska. Jednak po kilku minutach dało się odczuć, że różnice, aczkolwiek subtelne, istnieją. Nigdzie nie było rażących po oczach złoceń, w żadnej z hal nie czekały na mnie pozłacane i kolorowe posągi. Nikt nie palił kadzideł ani nie modlił się na dziedzińcu. Sala modlitw znajdowała się w głównym budynku w głębi całego kompleksu, ale nie można było do niego wejść. Może i dobrze – przynajmniej wiedziałam, że nie przeszkadzam nikomu w modlitwie.

xianmuslim1-37

xianmuslim1-28 xianmuslim1-29

Meczet zbudowano w pierwszym roku ery Tiānbǎo (天宝; dosłownie „skarb niebios”), która przypada na ostatnie 14 lat 43-letnich rządów cesarza Xuánzōng (玄宗) z dynastii Táng (唐). Rozbudowywano go i przebudowywano podczas kolejnych dynastii, także po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej. Zajmuje on ogromny teren – 12,000 metrów kwadratowych – który podzielono na cztery ogromne dziedzińce. Przed wejściem na kolejne dziedzińce postawiono kamienne stelle z pięknymi kaligrafiami. Jest to zresztą jedyny meczet w Chinach, który można zwiedzać, więc spędziłam tam trochę czasu, zaglądając w różne zakamarki.

xianmuslim1-26 xianmuslim1-20

Ledwo wyszłam z meczetu, a już po kilku minutach miałam dosyć zgiełku. Kupiłam po drodze trochę lokalnego street food – smażone tofu, tiěbǎn dòufu (鐵板豆腐), obsypane toną kuminu i chilli, a do tego równie niezdrowe, smażone na głębokim oleju, małe ziemniaczki, obtoczone w mieszance przypraw, które nadawały im niesamowity smak. No i w międzyczasie dojadłam znowu ryżowo-różane ciastko i starałam się nie zginąć w rosnącym z minuty na minutę tłumie.

xianmuslim1-11 xianmuslim1-41

Skręciłam w jakąś boczną alejkę i wylądowałam w jednej z knajpek schowanych za ruchomymi stoiskami z jedzeniem. Jak zwykle obsługa nie mówiła po angielsku, ani ja po chińsku. Pokazałam palcem, co bym chciała zjeść – wybór padł na makaron na zimno z octem, sosem chili i masłem orzechowym, czyli słynne liángpí (凉皮), dosłownie „zimna skóra”. Do tego jakieś warzywa i herbata i można było zacząć małą muzułmańsko-chińską ucztę.

xianmuslim1-31

W przeciwieństwie do marketu, na który wybrałam się w Szanghaju, większość muzułmanów w Xī’ān nie stanowią Ujgurzy, lecz etniczni Chińczycy, określani mianem Hui (回族; Huízú). Są oni jedną z 55 oficjalnie uznawanych mniejszości etnicznych w Chinach. Nie wiadomo do końca skąd wzięli się w Chinach – najprawdopodobniej są spadkobiercami Arabów i Persów, którzy podróżowali do Chin Jedwabnym Szlakiem. Żenili się oni z obecnymi w Chinach grupami etnicznymi i przynosili ze sobą religię – islam. Gdyby nie trochę inny strój: czapki na głowach mężczyzn i chusty okalające głowy niektórych kobiet, byliby pewnie nie do odróżnienia od przeciętnych Chińczyków.

Dzielnica ożywa jednak w nocy. W nocy mrok rozświetlają setki neonów z nazwami restauracji, promujące między innymi konkretne dania. Co kilka metrów zza ściany dymu buchającego z któregoś z grilli wyłaniał się znak „biang”, wskazujący na miejsca, gdzie można zjeść ten lokalny przysmak. Wchodziłam coraz głębiej w tłum i starałam się nie dać mojej klaustrofobii. Okrzyki sprzedawców, głośne rozmowy zarówno turystów, jak i lokalsów, flesze aparatów, ostre zapachy przeróżnych przypraw. Poczułam się, jakbym przeniosła się o kilka tysięcy kilometrów, gdzieś z dala od Azji Wschodniej. I mimo że byłam w podróży, moje myśli wybiegły na chwilę gdzieś wzdłuż Jedwabnego Szlaku, który w końcu zaczynał się właśnie w Xī’ān, po stepach, hen w dal.

xianmuslim1-7

Makaron biángbiáng można zjeść w Xī’ān wszędzie!

xianmuslim1-13

Po kilku próbach udało mi się dopchać do jakiegoś stoiska sprzedającego małe przekąski i skusiłam się na smażone (znowu!) suszone owoce kaki w cukrze z różnymi nadzieniami – shì zi bǐng (柿子饼). Oczywiście wybrałam tę ze słodką fasolką adzuki, którą darzę bezgraniczną miłością i zagryzając kolejny niezdrowy przysmak, szłam przed siebie. Prawie dostałam zawału, kiedy z głośników nieopodal huknął z trzaskiem muezin ze swoim wezwaniem do modlitwy. Wryło mnie w ziemię. Stanęłam nagle, blokując tłum ludzi i zamknęłam oczy. Czy naprawdę jestem w Chinach?

xianmuslim1-10

Zamiast ryżu, na kolację zjadłam chlebek, upieczony na moich oczach – kǎo náng (烤馕) Po tygodniu jedzenia głównie makaronu i ryżu, ciepły chlebek – chrupiący z zewnątrz i mięciutki w środku – był ziszczeniem moich marzeń. Przestały przeszkadzać mi śmieci pod nogami (Chińczycy nie przejmują się zbytnio savoir vivre’em w tej materii), pędzące skutery, dzieci wytykające mnie palcami. Strużka potu na plecach, kilometry w nogach, ciepły chleb, zapachy, kolory i dźwięki, jak nie z tej ziemi. Ciałem byłam w Chinach, ale mój duch hulał już gdzieś wzdłuż Jedwabnego Szlaku.

Wanderlustu nie da się (nie)stety uleczyć.

xianmuslim1-8

Przygotowywanie „rozciąganego” makaronu

xianmuslim1-19

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (20)

  1. O, nie wiedziałam, że w innych częściach Chin „ciasteczka persymonowe” są nadziewane! U nas są to po prostu spłaszczone i ususzone persymony: http://baixiaotai.blogspot.com/2014/04/persymonowe-ciasteczka.html

  2. I saw this post via my Polish friend’s Facebook. I am Chinese married to a Pole, living in the States. Unfortunately I haven’t learned enough Polish to read your post. But I want to tell you that I enjoyed your photographs. They really made thethe seemingly ordinary scenes exotic and interning, even to someone like me who grew up in China and is somewhat familiar with the subject. I really enjoyed looking at the pictures. They even made me want to go visit Shanxi.

    • Karolina

      Thank you so much for your kind words! I write in Polish to keep up with my native language, when I am abroad, but it’s good to know that sometimes people from other countries visit the blog as well, even if only to look at the photos. I spent only 3 weeks in China (it was my first time there), but I definitely want to come back some day 🙂

  3. Moje ulubione miejsce w Xi’an!
    Byłem tam kilka razy, i nie da się nie zajrzeć tam. Terrakotowej Armii jeszcze nie widziałem, ale do Muzułmanów zawsze zajrzę. Moja ulubiona pora to albo późny wieczór, albo 7-9 rano kiedy na ulicach są tylko tubylcy. Otwieraja biznesy, jedzą śniadanie etc.. turystów zero…
    pzdr

    • Karolina

      Rano nie byłam, ale późny wieczór w dzielnicy muzułmańskiej to istna magia! Z chęcią tam jeszcze kiedyś wrócę, bo atmosfera fantastyczna, no i jedzenie też rewelacyjne 😀

  4. Feeria barw, jedzenie wygląda smakowicie. Świetne zdjęcia 🙂

  5. Oj.,. I znowu te zdjecie z bambusowymi koszyczkami i pewnie kluseczkami parowanymi wewnatrz….wykonczysz mnie!poranki jedzeniowe sa chyba nawet fajniejsze od wieczorow!

    • Karolina

      Tęsknie za tymi kluseczkami, pierożkami i innymi bajerami 😀 Ale przyznam, że ryż w KRLD mają genialny, więc zajadam się nim do granic możliwości póki mogę!

      • Tak…wiem o czym piszesz.nigdy nie udalo mi sie w domu przygotowac takiego ryzu jaki jadlam w Chinach…tam sama ryz jest juz pyszna potrawa!

  6. Niektóre zdjęcia przypominają mi Jordanię (którą uwielbiam). Aż chce się zjeść to, co na fotkach, od razu zrobiłem się głodny 😉

  7. Kot najlepszy, ale i tak nie można oglądać tych zdjęć z pustym brzuchem :). Nie wiedziałam że to jest jedyny meczet w Chinach który można zwiedziać.

  8. Twoje wpisy zawsze zawierają tyle ciekawych informacji! Też bym w życiu nie powiedziała, że to meczet.
    A te kluseczki… Wyglądają obłędnie!

    • Karolina

      Kluseczki były fantastyczne i tęsknię za nimi, no i w ogóle za tradycyjnymi słodkościami. Tutaj pod tym kątem niestety bieda, a niezbyt mnie kręcą jakieś importowane czekoladki (nie wspominając już, że 99% nie są wegańskie)…

  9. Wszystko wygląda przepysznie. Jako smakosz słodkości zapewne spróbowałabym wszystkich kombinacji ciasteczek i smażonych owoców!

    • Karolina

      Te ryżowe ciasteczka były genialne! No i ta konfitura różana, mmmm. Zjadłam mały lunch, żeby mieć miejsce na dodatkowe porcje słodyczy 😀

  10. Dziewczyno, jak ja się tam obżarłam! 😀 Aleś mi przypomniała!

    Akurat ten zimny makaron mi nie smakował, ale wszystkie grillowano-smażone cuda na kiju to była pyszka! Chlebki znaliśmy już wcześniej, kupowaliśmy je do pociągów i zjadaliśmy z bananami i jajkami na twardo (zwłaszcza ja, bo w ciągu pierwszych dni w Chinach przesadziłam z zachwytem nad zupkami chińskimi i szybko mi obrzydły).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *