Pekińskie hútòngi, czyli w herbacianym raju

Serce Pekinu bije nie na placu Niebiańskiego Spokoju czy w Zakazanym Mieście. Prawdziwy Pekin to wcale nie przytłaczające betonowe budynki rządowe, ogromne centra handlowe i duszący w gardle smog. Dla mnie stolica Chin będzie kojarzyła się z wąskimi uliczkami, tak zwanymi hútòngami, gdzie można cofnąć się w czasie i uciec na chwilę od natłoku spraw.

Hútòngi (胡同) przypominają na pierwszy rzut oka szanghajskie lòngtángi i nie jest to bynajmniej błędne skojarzenie. Te w Szanghaju są dziełem rewolucji industrialnej i zapotrzebowania na szybkie i tanie mieszkania, lecz w Pekinie ich historia ma co najmniej kilkaset lat. Na początku dynastii Ming, kiedy to centrum stolicy stanowiło Zakazane Miasto, zaczęto budować dookoła niego rezydencje arystokracji, zwane sìhéyuàn (四合院), które z czasem zaczęły tworzyć całe uliczki i nowe dzielnice. Najbogatsi mieszkali na zachód i na wschód od cesarskiego pałacu, a na południu i północy swoje skromniejsze domy posiadali niżsi rangą urzędnicy i mieszczanie. Im dalej od Zakazanego Miasta, tym i chatki stawały się uboższe, co widać zresztą i dzisiaj.

Przejrzałam szybko przewodnik, aby zobaczyć, gdzie najlepiej wybrać się na spacer. Skręciłam w boczną uliczkę, na północny-wschód od Parku Jǐng​shān​ (景山公园) i w mgnieniu oka zostałam przetransportowana do innego miasta. Idąc wąską alejką Jí’ānsuǒ (吉安所), przyglądałam się detalom: zarośniętym trawą dachom, kamiennym lwom, strzegącym od stuleci domostw i przebiegającym wśród tego całego chaosu kotom.

pekinhutong-3

Kilka minut później wylądowałam w hútòngu Dōngbǎnqiáo (东板桥街), długim na prawie 300 metrów, który nie ma w sobie nawet krzty turystycznej atmosfery. Budki z pierożkami, panie smażące placki, panowie siedzący z podwiniętymi podkoszulkami, wystawiający swoje brzuchy na słońce. Szłam slalomem między babciami, ciągnącymi wózki z całą masą gratów, stojącymi w kolejce do publicznej toalety kobietami pogrążonymi w rozmowie i biegającymi dziećmi.

Atmosfera zmieniła się całkowicie, kiedy wyszłam z hútòngu na główną ulicę i wylądowałam przy stacji metra Nánluógǔxiàng (南锣鼓巷). Po przejściu przez główną ulicę znalazłam się w całkowicie innym świecie. Główna alejka ze świetnie zachowanymi domostwami okazała się być niesamowicie popularną atrakcją turystyczną. Już nie mijałam zgiętych w pół babć, lecz młodych Tajwańczyków, popijających ogromne porcje bubble tea i kupujących pamiątki. Lody, gofry, ciastka, sklepy, sklepiki, budki. Po kilku metrach miałam dość, więc skręciłam w bok. Wystarczyło przejść kilka kroków i chaos został w oddali. Uff.

Zajrzałam do niektórych sìhéyuàn, aby popatrzeć, jak wyglądają hútòngi „od środka”. Niby panował tam chaos, ale to wszystko było raczej przemyślane. Kilka razy udało mi się przejść ukrytymi alejkami w naprawdę zapuszczone uliczki, które jednak miały coś w sobie, co sprawiało, że kręciłam się po labiryncie hútòngów godzinami. 

pekinhutong-8 pekinhutong-10 pekinhutong-12

Niektóre z domostw nadal mogły poszczycić się wspaniałymi zdobieniami i od razu wyobrażałam sobie, jak mogły wyglądać dawniej, w czasach swojej świetności. Biedni ludzie nie mieli czasu przejmować się odstraszaniem turystów, więc udało mi się poobserwować, choćby przez chwilę, ich życie. W bogatych rezydencjach natomiast było czego pilnować, więc bramy do nich były z reguły zaryglowane na cztery spusty. Po co kusić los?

pekinhutong-18 pekinhutong-15

Po jakimś czasie wyszłam na kolejnej dużej ulicy i pamiętając moje poprzednie doświadczenia, od razu weszłam w pierwszą napotkaną alejkę. Schowałam się w sklepiku z pierożkami, najadłam się za istne grosze masą dobroci z  miksem różnych warzyw i ruszyłam dalej przed siebie. Miałam w planach kupienie pamiątek, ale każda wizyta w sklepie kończyła się frustracją. Szukałam czegoś z duszą, a nie plastikowych figurek Mao. Niestety jeśli już lądowałam w jakimś sklepie z rzeczami, które nie były robione taśmowo, ceny po prostu przerażały. Albo sklepiki z dziadostwem, albo luksusowe butiki. Sfrustrowana szłam przed siebie, ale już bez większej nadziei na to, że uda mi się z Chin przywieźć coś fajnego.

Na szczęście karma się nade mną zlitowała i całkowicie przypadkiem wylądowałam w malutkim sklepiku z ceramiką, schowanym w bocznej alejce nieopodal Wieży Dzwonu (北京鐘樓; Běijīng Zhōnglóu). Moją uwagę zwrócił zestaw do parzenia herbaty z przepięknie wykonanymi małymi czarkami. Spytałam się o cenę i zdziwiłam, że mnie na to stać. Potem zobaczyłam kolejny. I następny. Pani łamaną angielszczyzną odpowiadała na pytania, a ja postanowiłam sobie, że wyjdę z tego sklepiku z jakimś zestawem, nawet jak wybór zajmie mi pół dnia (niestety nie mogłam kupić wszystkiego, co mi się podobało, głównie z powodu problemów z późniejszym przetransportowaniem tego wszystkiego).

Ledwo zaczęłam się zastanawiać, a pani zaproponowała czarkę herbaty. Czemu nie? Weszłam do pokoiku obok i aż oniemiałam. Piękny drewniany regał pełen czajniczków, czarek i innych naczyń, a obok niego kolejny, z ustawionymi od podłogi aż po sufit torbami z herbatą. Herbata biała, czerwona, pǔ’ěr (普洱), co tylko sobie człowiek zamarzy. Do tego naprawdę świetnej jakości, bo okazało się, że pani jest specjalistką i miłośniczką herbaty. Zaparzyła cały czajniczek białej herbaty, a ja, mimo że wielbicielką herbaty nie jestem, nie mogłam się nadziwić, jaka jest pyszna. I jaką przyjemność sprawia mi picie jej z malutkich czarek, w małym zagraconym sklepiku, ukrytym w niepozornym hútòngu. Odetchnęłam z ulgą. This is it. Znalazłam kawałek raju w Pekinie.

pekinhutong-19

Nie umiem po chińsku nic poza kilkoma podstawowymi frazami, a pani też skończył się zasób angielskich słów na temat herbaty i ceramiki. W ruch poszły komórki i translatory, podobnie jak przy okazji pobytu w Píngyáo. Czas mijał, jak z bicza strzelił, a ja w ciągu kilku godzin napiłam się całą gamę pysznych herbat (i też kupiłam kilka z nich) i nauczyłam się więcej o parzeniu herbaty niż przez całe życie. A przy okazji dane mi było nacieszyć się prawdziwym artyzmem, jeśli chodzi o ceramikę. Okazało się, że robioną przez jej męża. Pokazała mi zdjęcia studia, męża wypalającego te cudeńka i nie mogłam się nadziwić, ile pracy trzeba włożyć, nawet żeby wyprodukować maleńką czarkę.

pekinhutong-23

Nigdy nie byłam herbacianym smakoszem, więc właścicielka sklepiku postanowiła to zmienić. Wyjmowała kolejno różne rodzaje herbat, tłumaczyła, jak długo powinno się parzyć konkretne typy i w jakiej temperaturze. Zaczęła wyjmować z szafek różne torby, dawać mi do wąchania, parzyła je, raz i jeszcze raz. I jeszcze. W pewnym momencie, za bodajże piątym czy szóstym parzeniem tej samej herbaty, musiałam zrobić dziwną minę, bo aż się zaśmiała.

„Herbatę można parzyć spokojnie do dziesięciu razy” – tłumaczy spokojnie.

„Dziesięć?” – dla potwierdzenia pokazuję palce obu dłoni – „Naprawdę?!”

„Oczywiście, potem też można ją parzyć, ale będzie o wiele słabsza, więc warto ją zagotować”

„Zagotować herbatę?!” – moje zdziwienie nie ma granic. No bo kto by gotował herbatę?

„Tak, tak, zaraz Ci pokażę” – potwierdza cichym głosem i kiedy opróżniamy zawartość małego czajniczka, herbata z niego ląduje w innym czajniczku, który stawia następnie na palnik. Po kilku minutach słyszę bulgotanie herbaty i niewiele później próbuję swojej pierwszej gotowanej herbaty w życiu. Jest pyszna. Kto by pomyślał, że gotowana biała herbata może smakować całkowicie inaczej od zalewanej wrzątkiem?

W przerwach między kolejnymi czarkami, wypytuję ją o Pekin, o jej ulubione miejsca. Zdradza mi kilka z nich, lecz skupia się raczej cały czas na herbacie. Opowiada, gdzie można znaleźć najlepszą herbatę w Chinach, czym różni się herbata chińska od japońskiej czy koreańskiej. Za pomocą dość nieporadnie przetłumaczonych zdań, opisuje swoje wyprawy do Junnanu w poszukiwaniu herbaty. A ja daję się porwać jej opowieściom. Popijam herbatę, słucham o podróżach, o pięknych herbacianych polach z dala od miejskiego zgiełku i całkowicie zapominam o czekającym na zewnątrz sklepiku duszącym, pekińskim smogu.


Gdybyście kiedykolwiek byli w Pekinie, wpadnijcie koniecznie do sklepiku. Niestety nie znalazłam żadnych informacji online, adres i nazwę spisałam z wizytówki:

樂之陶 Gao’s Ceramics Studio

雯雯 wénwén

北京市西城区烟袋斜街大石碑胡同

Beijing, Xīchéng-qū, Yāndàixié-jiē Dàshíbēi hútòng

Categories Historia Podróże
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

24 comments on “Pekińskie hútòngi, czyli w herbacianym raju

  1. Avatar

    oo 🙂 Fajnie, że znalazłaś w Pekinie miejsce, do którego będzie Ci przyjemnie wracać myślami. Mnie się niestety nie udało…
    PS. Dobre pu’ery można parzyć spokojnie 30-40 razy, dobre herbaty czarne – nawet do 20. Za to w Yunnanie gotuje się herbaty niemal wyłącznie w celach spożywczych – jest to bardziej zupa niż herbata (http://baixiaotai.blogspot.com/2009/02/gdy-jest-zimno.html).

    • Karolina

      Przeczytałam wpis z zainteresowaniem, zresztą jak wszystkie na Twoim blogu i znowu mnie zadziwiasz. Nie wpadłabym na to, że można jeść „herbacianą zupę”! I pomyśleć, że w krainie herbaty wcale nie pijają „herbaty” w takiej formie, jaką znamy 😛

  2. Avatar

    Chetnie wprosilabym sie na podobna degustacje herbat. Kilka lat temu obiecalam malzonkowi przywiezc z Japonii duuuzo oryginalnych japonskich herbat. Niestety, podczas wizyty w Yokohamie w Chinatown, wlasciciel sklepiku z herbatami chinskimi tak mnie uraczyl roznymi swoimi „najnajnaj”, ze w walizce zamiast herbaty japonskiej wyladowala wielka paka herbaty chinskiej, ktora nota bene bardzo malzonkowi przypadlka do gustu. A do tego sklepiku w Chinatown zwabil mnie przepiekny rudy kot wylegujacy sie w progu…hahaha, zywy kocurek zadzialal lepiej niz manekineko.

  3. Avatar

    Bardzo interesujący wpis, a gotowanie herbaty jeszcze bardziej. Chyba się skuszę na taki eksperyment? Rozumiem, ze wystarczy tylko zagotować?
    A blog? Fantastyczna podróż bez ruszania się z fotela, oj będę tu zaglądać! Pozdrawiam. 🙂

    • Karolina

      Wydaje mi się, że nie można gotować każdej herbaty – udaje się to w przypadku białej, bądź czarnej, ale w żadnym wypadku zielonej, którą trzeba parzyć w dość niskiej temperaturze Nie próbowałam odtwarzać tego eksperymentu, ale z tego co widziałam, to po prostu wrzuciła herbatę do dzbanuszka, postawiła go na palniku i jak się zagotował, przelała po chwili wszystko przez sitko do czajniczka, z którego później polewała do czarek 😛
      Dziękuję za miłe słowa – mam nadzieję, że reszta postów też Ci się spodoba!

      • Avatar

        Dzięki za odpowiedź. 🙂 Zielonej nie odważyłabym się raczej gotować, a tak podpytuję bo herbaciara jestem i każdą nowinkę chłonę jak gąbka. 🙂 Blog bardzo mi się podoba, cudne klimaty, których raczej sama nie odwiedzę.

        • Karolina

          Pani powiedziała, że zielonej kategorycznie nie wolno gotować 😛 Najlepiej ponoć białą! Ja „herbaciarą” nie jestem, ale powoli się do herbaty przekonuję, zwłaszcza takiej porządnej, bo zwykła czarna w ogóle mi nie wchodzi.

  4. Avatar

    Swietny zakupy! Kiedys, bedziesz staruszka i ten dzbanuszek i czarki beda czarowac twoje wspomnienia! Bo pierwsze zetkniecie z magia herbaty zawsze jest niezapomniane…do tego w Pekinie i w takim klimacie…EH…

    • Karolina

      Do staruszki jeszcze trochę mi brakuje, ale podejrzewam, że ten wieczór faktycznie zostanie na długo w mojej pamięci 🙂

  5. Avatar

    Wspaniały wpis! Dzięki Tobie odbyłam właśnie ekscytującą podróż po Pekinie 🙂 No i to niespodziewane spotkanie herbaciane z prawdziwą pasjonatką – bezcenne! 🙂

    • Karolina

      Dziękuję za komentarz 🙂 Faktycznie to było bezcenne doświadczenie i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze tam kiedyś wpaść, choćby na chwilę!

  6. Avatar

    Fantastyczne miejsce, na pewno je odwiedzę jak tylko będę miała wolną chwilę, zwłaszcza, że uwielbiam herbatę – taką dobrą, prawdziwą. Dla wielu moich bliskich to też najlepszy prezent. Póki co moje wycieczki po Pekinie ograniczają się do zwiedzania mieszkań do wynajęcia :)) Nawet przez moment mieliśmy pomysł, żeby zamieszkać w odrestaurowanym hutongu, ale po obejrzeniu dwóch porzuciliśmy ten zamiar. Cenowo zresztą nie odbiegają od nowoczesnych wieżowców w centrum, chociaż z zewnątrz wyglądają jak liche chatki :)))

    • Karolina

      Raczej nie chciałabym mieszkać w hutongu, nawet odnowionym, ALE od czasu do czasu można się poszwendać w ich okolicy 😛 Niestety są też i hutongi totalnie rozwalone, istne rudery. Na południowy-wchód od Placu Niebiańskiego Spokoju znalazłam się przypadkiem w masakrycznej ruderze – kupa gruzu, straszna bieda, brud, Sodoma i Gomora… Trzymam kciuki za znalezienie mieszkanka! 🙂

      • Avatar

        Tak, też stwierdziliśmy, że to jednak za duża dawka „autentyczności” na codzień, ale znam osoby, które mieszkają i sobie chwalą :)) A co do brudu i nędzy – po pięciu latach w Delhi mało co mnie już szokuje :((

  7. Avatar

    z niesamowitą przyjemnością się czyta, ja niestety kosztowałam tylko japońskiej herbaty

  8. Avatar

    Aż czuć zapach herbaty z tego wpisu 🙂 Dla mnie taka przygoda to byłaby kwintesencja szczęścia!

  9. Avatar
    kosmonaucik

    Naprawdę podziwiam Twoje podróże w pojedynkę, ja chyba sama nie odważyłabym się. I właśnie te przygody, które się pojawią kiedy podróżuje się tak po prostu. Zamierzam wyjechać w przyszłym roku do Chin, ale właśnie paraliżuje mnie ten strach, że prawdopodobnie będę zupełnie sama i to raczej na dłuższy okres czasu.

  10. Avatar

    Cześć! Za kilka dni wylatuję do Pekinu i strasznie się cieszę, że znalazłam ten wpis bo marzyłam o zakupie oryginalnego czajniczka do parzenia herbaty 🙂 Czy mogłabyś zaspokoić moja ciekawość i napisać ile mniej więcej yuanów kosztował taki zestaw?

    Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *