T’ongil (통일), czyli posmak kapitalizmu w Pjongjangu

Oficjalna propaganda z zaparciem krytykuje wszystko, co ma związek z kapitalizmem. Co z tego, że co kilkadziesiąt metrów na ulicach znajdują się kioski, na każdym osiedlu można znaleźć co najmniej kilka restauracji, a na ulicy co jakiś czas można spotkać starszą kobiecinkę, sprzedającą prosto z torby warzywa czy owoce. Aby naprawdę posmakować ekonomicznych przemian w Korei Północnej, trzeba wybrać się na targ T’ongil (통일), „Zjednoczenie”.

Otworzono go w 2003 roku i przez wiele lat nie był on dostępny dla cudzoziemców. Na szczęście w ramach zasady, że „żaden pieniądz nie śmierdzi”, nawet od oeguginów (cudzoziemców), nie-Koreańczycy mogą od kilku lat bez problemów robić tam zakupy. Z zewnątrz nie wygląda on jakoś szczególnie – ot, zwykła niebieska hala – ale w środku panuje inny świat. Ostrzegano mnie, że niby panuje tam nieprzyjemny zapach i „specyficzny klimacik”… bzdury. Chciałabym, żeby w Polsce na jakimkolwiek targu panował taki porządek. Sektory są odpowiednio podzielone: owoce, warzywa, mięso, ubrania czy kosmetyki, a w każdym dziale pracujące panie (nie spotkałam żadnego mężczyzny) mają odpowiedni kolor koszulki. Nie są to bynajmniej przypadkowe baby zabrane siłą z pola, które przyjechały na wychudłym wole z drugiego końca kraju. Każda na szyi ma identyfikator ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem. Pełen profesjonalizm.

Do zrobienia zakupów potrzebne są jednak północnokoreańskie wony. A tych (teoretycznie) cudzoziemcy nie mogą posiadać. Jakby to zrobić, żeby jednak zarobić na tych bogatych „obcych”? Mogliby przecież zdobyć skądś te wony, ale dając im wolną rękę, pozbawia się przecież dodatkowych zysków – i kontroli nad obcą walutą. Zatem na pięterku zamontowano pół-oficjalny pół-na czarno kantor. Do pokoiku wchodzi się pojedynczo; za szybką widać tylko dłonie, które chwytają szybko banknoty i jeszcze szybciej wydają w odpowiedniej ilości wony. Kurs „oficjalny”: 1 EUR = 120 KPW. Według takiego przelicznika płacę w sklepach w dzielnicy dyplomatycznej czy w centrum Pjongjangu. Kurs „pół-na czarno”: 1 EUR = 8600 KPW. Z kantoru wyszłam więc z naręczem pieniędzy, które ledwo co zmieściłam w torebce. Przez poprzednie kilka tygodni nosiłam ze sobą spory plik banknotów z podobizną Mao, teraz przyszedł czas na Kim Ir Sena – kto następny?

Na targu obowiązuje kategoryczny zakaz robienia zdjęć, ale naprawdę nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Wszędzie panuje porządek, jest czysto i schludnie – czego tu się wstydzić? Nie chcę jednak robić sobie kłopotów, zwłaszcza w związku z dość napiętą sytuacją polityczną, więc aparat ląduje na dnie torby. Mijam dział z mięsem, gdzie faktycznie momentami panuje lekki hardcore, ale podobne odczucia mam wszędzie, kiedy widzę pochlastane kończyny. Następnie dział z jajkami, do którego dokooptowano też, o dziwo, tofu. Kilka kroków dalej jakaś kobieta krzyczy na pół hali, zachęcając do kupna ryżu. Nie musi jednak aż tak poświęcać swoich strun głosowych – północnokoreański ryż jest nieziemsko pyszny. Nadal do końca nie wiem, co w nim takiego jest: czy to brak nawozów? robienie wszystkiego ręcznie? a może jakaś specjalna odmiana? tudzież specjalne Kimowe błogosławieństwo?

Na dnie torby ląduje woreczek z kilogramem ryżu, za który płacę dosłownie grosze. Dołącza do niego niedługo pół kilo kimchi z białej kapusty, a nie standardowy z kapusty pekińskiej. Wybór nie należał do najłatwiejszych i nie ułatwiały go zresztą okrzyki pań ustawionych przy niemalże każdej ogromnej misie z różnymi typami kimchi, w które włożone były lekko odrapane plastikowe pałeczki, którymi podawały mi do ręki różne kawałki. Jedna próbowała mnie nawet nakarmić jak jakieś małe dziecko, ale szybko uciekłam. Kobieta odmierzyła pół kilo zwycięskiej wersji na wadze, pamiętającej jeszcze chyba jej przodków sprzed wieków i podała cenę. Przypomniało mi się od razu, że mam się niby targować. W Chinach średnio mi to wychodziło, więc może uda mi się to w Korei?

Ŏlma imnikka? (얼마입니까) Ile to kosztuje?” – powtarzam z nadzieją, że zrozumiem tym razem podawaną przez nią cenę.

„????” – nasłuchuję, ale nie jestem w stanie odgadnąć, co mówi. Wskazuję na jej kalkulator. Chyba domyśla się o co mi chodzi, bo zaraz wklepuje cenę – „10,000”.

Pissayo! (비싸요)” – rozpoczynam teatrzyk – „Drogo!”

Kobieta pełni dramatyzmu gestem łapie się za głowę – „An pissayo!”, „Niedrogo!” – krzyczy zawzięcie.

Wyrywam jej z ręki kalkulator i zabijam cenę o kilka tysięcy, co spotyka się z cmokaniem… i błyskiem w oku. No to zaczynamy!

Natychmiastowo do targowania przyłączają się także inne kobiety, wyszarpując to mi, to sprzedawczyni kimchi kalkulator. Coś tam krzyczą, wymachują rękami, mruczą, szepcą i coraz lepiej się przy tym bawią. Po kilku minutach dochodzimy do konsensusu i cena staje na 7.000. Sukces!

tongil-1

Idę dalej, a niektóre ze sprzedawczyń niemalże siłą wciskają mi jakieś warzywa i owoce. Nawet nie wiem kiedy próbuję slalomem ominąć kupujących, dźwigając dwie ogromne płócienne torby. A w nich: bok choy, banany, bakłażany, kilo marchwi, pomidory, papryka, imbir, kiwi, kasza jaglana… Nie mam już siły na kolejne kilogramy, więc skręcam w bok i oddalam się od sekcji z jedzeniem.

T’ongil oferuje chyba wszystko, co potrzebne do życia. Spora część marketu to dział z materiałami, są też stoiska z kosmetykami, sprzętem elektronicznym, parasolkami przeciwsłonecznymi, butami czy słodyczami z importu. Aż kręci mi się od tego wszystkiego w głowie. Ludzie się targują, przymierzają coś, próbują, rozmawiają. Zachowuję się całkowicie inaczej niż na ulicy, tak, jakby panowała tu istna dyspensa, a wyzute z emocji maski można było zostawić przed wejściem do środka. Przyglądam się im kątem oka. Chciałabym móc uwiecznić to na zdjęciach, pokazać, że w Korei Północnej ludzie także się uśmiechają, nawet jeśli tylko przez chwilę, w bezpiecznym kokonie marketu, restauracji czy domu.

Mogłabym pewnie spędzić na T’ongilu pół dnia, ale miałam inne plany: wieczorem mieliśmy iść do jakiejś bardziej „lokalsowej” restauracji. W życiu nie znalazłabym jej sama – ukryta na jednym z pogrążonych w ciemnościach podwórek służy na co dzień jedynie ludziom z okolicy. Wywołaliśmy niemałe zamieszanie swoim przybyciem. Starszy pan siedzący na rozkładanym krzesełku i pilnujący porządku niemal nie dostał zawału na nasz widok. Do okien przykleiły się dziesiątki par oczu. Z oświetlonych trupio-niebieską poświatą mieszkań łypały na nas portrety Kimów, wiszące w każdym mieszkaniu. Tam, gdzie nie zainstalowano chińskich paneli słonecznych, panował totalny mrok. Podwórko oświetlał jedynie lekko podświetlony napis przed restauracją.

Udaliśmy się zatem w stronę światła i kiedy weszliśmy do środka, aż zaniemówiłam. Z zewnątrz miejsce wyglądało na niby spelunę, a w środku znalazłam się w ogromnym holu z antresolą. Pani zaprowadziła nas do sali na drugim piętrze. Usiedliśmy wszyscy przy dużym stole, zamówiliśmy wszystkiego po trochu, zdając się na rekomendację przesympatycznych kelnerek, zdziwionych i zachwyconych zarazem, że mogą obsłużyć grupę cudzoziemców. Na stole niebawem wylądowała istna góra jedzenia i jak zwykle znalazło się też coś wegańskiego. Smażone tofu w sosie chili, placuszki kukurydziane (bez jajka), kimchi, warzywa, grzyby. Mięsożercy rozpływali się za to nad marynowaną na ostro grillowaną wołowiną i owocami morza. W tle puszczono wątpliwej jakości północnokoreańskie hity i nawet nie wiem kiedy na podest przy oknie wyszedł zespół, coś na kształt girlsbandu i zaczął grać.

tongil-2

Śpiewające dziewczyny kiwały się delikatnie na białych koturnach w stylu zespołu ABBA. W mini spódniczkach, eksponując swoje długie i szczupłe nogi, kręciły się dookoła, robiąc malutkie kroczki. Każdy ruch opracowany był niemalże do perfekcji i mimo że muzyka kojarzyła mi się raczej z tandetną weselną kapelą, nie mogłam oderwać od nich oczu. To była taka mieszanka kiczu i absurdu, że poczułam się jakbym wylądowała nagle na prowincjonalnej dyskotece 30 czy 40 lat temu.

Co chwilę coś było nie tak ze sprzętem. A to zaciął się jeden z różowych reflektorów, przestała działać elektryczna perkusja czy któryś z oldschoolowych mikrofonów. Dziewczyny zachowały jednak totalną powagę, nawet kiedy całkowicie padł podkład muzyczny. Kiedy bezpieczniki nie wytrzymały, wyłączono klimatyzację, więc kolejne piosenki słuchałam, a raczej oglądałam, a po plecach ciekł mi coraz bardziej pot. Nie zwracałam jednak na to uwagi. Po chwili zza kulis wyszła dziewczyna z akordeonem, która do występu nie potrzebowała prądu. Po niej w przyciasnych tradycyjnych strojach zatańczyły dwie przebrane kelnerki. Jeszcze jedna piosenka, tym razem po angielsku i zmachane dziewczyny z błyszczącymi od potu twarzami kłaniały się z uśmiechem.

Teatrzyk dobiegł końca i po zrobieniu sobie szybkiego zdjęcia z dziewczynami (niestety słabej jakości) wróciłam do stołu. Ledwo usiadłam, a już podeszły do mnie one, prosząc o… zdjęcie ze mną. Każda wyjęła z kieszeni smartfona i zaczęła się istna sesja, w różnych konfiguracjach. Zdjęcia jedynie wzmogły ich ciekawość.

„Ile masz lat?” – zaczęła jedna z nich nieśmiało.

„Ja? A na ile wyglądam?” – zagaduję, trochę po koreańsku, trochę na migi.

„Eeeh…” – z zakłopotaniem odwraca się w stronę koleżanek, szukając wsparcia – „18? 19?”

Wybucham śmiechem, pokazując, że więcej.

„Więcej? Chŏngmal? (정말) Naprawdę?” – patrzy na mnie, robiąc wielkie oczy.

„No tak!”

„Ale masz takie gładkie i białe policzki…” – jedna z nich wskazuje na moją cerę, jakby to właśnie moje policzki zaprzeczały temu, że nie jestem już nastolatką.

„20?”

Aniyo (아니요), nie.”

„21?” – próbuje nieprzekonana, jakbym ją wkręcała.

„24!” – stwierdzam, zmęczona lekko już tą zgadywanką.

„Eeee?” – z osłupieniem wykrzykuje cała grupka.

„To tyle co ja!” – stwierdza jedna z nich i wszystkie wybuchamy śmiechem.

tongil-5

Powoli mam dosyć panującej w środku sauny i nie ja jedyna, więc niewiele później kolacja dobiega końca. Schodzimy na dół, a tam dookoła naszych samochodów ustawiło się kółeczko. Obserwują, komentują, oglądają. Atrakcja tygodnia całej dzielnicy! Dla nas równie wielką atrakcją była wizyta w restauracji, do której nie zaglądają cudzoziemcy. Wiadomo – momentami przypominało to raczej szopkę, ale odebrałam to wszystko niesamowicie pozytywnie. Dziewczyny, mimo że trzymały dystans, były przesympatyczne i trzymam kciuki za to, żeby nadal miały w sobie tą ciekawość, nawet jeśli jest to pytanie o wiek, kraj czy jedzenie.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. jak zwykle świetnie się czyta. nie przestawaj 🙂

  2. Bardzo mi się podoba, że Pani nie pokazuje biedy i nieszczęścia w Korei. Nasze społeczeństwo zapomniało,że my jako naród przeszliśmy podobną drogę. Też myślę, że kraj za jakiś czas będzie wolny i będzie można bez problemu coś zwiedzić.

    • Karolina

      Kiedy pokazywałam zdjęcia z Korei moim rodzicom, wiele rzeczy wydało się im „znajomych” do tego, co pamiętają z dzieciństwa. Mi Pjongjang kojarzył się często z miastami, które widziałam w Rosji czy na Ukrainie, nie wspominając już o filmach z czasów PRL-u o Polsce. Też mam nadzieję, że kiedyś będzie można zwiedzić Koreę Północną bez większych problemów 🙂 Z chęcią tam kiedyś wrócę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *