Man’gyŏngdae (만경대), czyli północnokoreańskie Betlejem

Pjongjang według oficjalnej propagandy to „kolebka koreańskiego narodu i serce koreańskiej rewolucji”. Nie byłoby go jednak bez Wielkiego Wodza – Kim Ir Sena. Kilkanaście kilometrów od centrum stolicy znajduje się miejsce niemalże święte – Man’gyŏngdae (만경대) – „północnokoreańskie Betlejem”.

Tutaj urodził się w 1912 roku Dziadek Kim. A przynajmniej tak twierdzi propaganda. Ba, prawie każdy kamień czy drzewo opatrzone są małym pomnikiem z opisem heroicznych czynów małego Kima à la „tutaj Wielki Wódz przesiadywał, ucząc się pilnie i rozmyślając nad rewolucją”. Trudno jest zrobić krok, żeby nagle zza krzaków nie wyłonił się jakiś mural czy pamiątkowy kamień. Albo śledzący nas Koreańczyk…

mangyongdae-26

Powtarzałam już nie raz, że w przeciwieństwie do 99,99% cudzoziemców w Korei Północnej, mogę poruszać się po Pjongjangu sama. Nie oznacza to jednak, że nie jestem obserwowana. Nie muszę się zresztą o to bardzo starać, bo widać mnie z daleka. Kiedy tylko przechodzę obok posterunku żołnierzy (czyt. starego stolika z jeszcze starszym telefonem), widzę kątem oka, jak rzucają się na słuchawkę, kiedy tylko ich minę. Na szczęście nikt mnie nie goni, rzadko kiedy ktoś za mną chodzi i z reguły panuje w tej kwestii relatywny spokój. No ale nie można pozwolić, żeby przypadkiem jakiś obcy zbezcześcił miejsce święte.

Podjeżdżamy na parking… a tam totalne pustki. Nikogo. Wysiadamy i idziemy w stronę rzeki Sunhwa (순화), która niedaleko stąd wpada do szerokiego koryta Taedong (대동). Nad brzegiem stoi łódka, którą pływał Kim Ir Sen, ale wygląda dość biednie. Na drugim brzegu pasą się krowy, ktoś łowi ryby.

mangyongdae-3 mangyongdae-2

Za nami w oddali przemyka pseudo ogrodnik. No tak. Zaraz pewnie cała okolica będzie wiedzieć, że tutaj przyjechaliśmy.

mangyongdae-6

Spacerujemy po górzystym parku ze świetnie utrzymanymi ścieżkami, które mimo weekendu świecą pustkami. Co jakiś czas spogląda na mnie jakiś mural, ale powoli przestaję się tym przejmować. Nawet jeśli nadal przechodzą mnie na widok wszechobecnych Kimów ciarki po plecach. Nawet w parku, nad rzeką, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, nie ma chwili wytchnienia. Wielki Brat czuwa 24/7. W lesie też.

mangyongdae-7

Przed wizytą w „stajence” chcemy odwiedzić groby przodków Kim Ir Sena. Nie jest to jednak takie proste, jakby mogło się wydawać. Jak w przypadku każdego pomnika i innej propagandowej atrakcji, pilnuje go non-stop jakiś partyjniak. Robimy może trzy kroki do przodu, kiedy dosłownie z krzaków wychodzi ubrany w nieskazitelnie białą koszulę pan i zagradza nam drogę. Łypie na nas groźnym wzrokiem. Wtóruje mu dwóch Kimów na przypince.

„NO.” – to chyba jedyne słowo, jakie umie. Na potwierdzenie swojej elokwencji wystawia kategorycznie rękę w geście „STOP”.

„Chcemy zobaczyć groby” – mówię, przyzwyczajona już do całego szeregu zakazów, odmów i wątpliwości.

„Nie.”

„Jesteśmy z ambasady!” – robię się stanowcza.

„Jakiej?”

„POLSKA” – powtarzam kilka razy, aż w jego głowie zapala się lampka (jak dioda na mapie w „Muzeum Prezentów”).

„Ah! Polska? Polska ambasada? Proszę, proszę!” – wskazuje nam drogę, niby sympatycznie, ale cedzi to tak przez zęby, że aż robi mi się nieswojo.

Mijamy go szybko, zanim zmieni zdanie. Odwracam się i widzę, że do kogoś dzwoni. Eh. Nawet jeśli ktoś tu przyjdzie, żeby nas wygonić, trochę to potrwa. Przechadzam się zatem wśród grobów przodków dynastii Kimów. Rodzice Kim Ir Sena, dziadkowie, a nawet pradziadkowie. To od nich zaczyna się oficjalna i jakże barwna hagiografia dynastii.

mangyongdae-4 mangyongdae-5

Według samego Kim Ir Sena, który opisał swoją biografię w ośmiotomowej autobiografii (세기와 더불어; Segi wa tŏburŏ) wszystko zaczyna się od jego prapradziadka, Kim Ŭng U (김응우), który przeprowadził się do Pjongjangu z Prowincji Północne Chŏlla (전라). Przez kolejne lata kilka pokoleń Kimów pracowało od rana do nocy jako farmerzy. Sam Kim opisuje ich los jako „uosobienie nieszczęścia i cierpienia, które spadły na naszych ludzi po upadku kraju”. Kim upiera się zresztą, że jego pradziad, ten sam, który harował od rana do nocy, kierował atakiem na „Generała Shermana”, amerykański parowiec, w 1866 roku. I co jeszcze?

mangyongdae-10mangyongdae-1

Ale to dopiero początek. W końcu w narodzie, który ma niemałą patrylinearną obsesję, najważniejszy jest ojciec, Kim Hyŏng-jik (김형직), nauczyciel i fizyk-samouk. Rodzice wpoili mu nienawiść do okupujących Koreę Japończyków i to oni pobudzili w młodym Kim Ir Senie chęć zemsty. Kim stwierdza w swojej biografii, że:

Pewnego dnia [moja matka] wzięła mnie na wzgórze Man’gyŏng. Siedząc ze mną na huśtawce i trzymając mnie w ramionach, powiedziała: „Musisz szybko dorosnąć i zemścić się na naszym wrogu. Musisz dorosnąć, zostać bohaterem i odbić nasz kraj”. Odpowiedziałem, że tak uczynię, bez względu na wszystko.

http://sinonk.com/2015/01/31/hagiography-of-the-kims-the-childhood-of-saints-kim-il-sung/

Kiedy Wieczny Prezydent ma pięć lat, przeżywa on kolejne polityczne oświecenie, gdy odwiedza ojca w więzieniu. Nie powinno zatem zdziwić nikogo, że według propagandy w wieku sześciu lat dołączył do Ruchu Pierwszego Marca – według Kim Ir Sena, to wtedy „skończyło się jego dzieciństwo”, a jego celem stała się głównie walka z Japończykami. Podkreślmy raz jeszcze – mówimy o sześcioletnim chłopcu. W ciągu kilku następnych lat Kim wygrywa walkę z większym i silniejszym od niego japońskim chłopcem, który wyżywał się na jego koreańskich kolegach, rzuca kolce na ulice, dziurawiąc opony japońskich samochodów. Nie potrwało to jednak długo. W wieku ośmiu lat jego rodzina została wygnana do Mandżurii, a młody Kim ponoć kontynuuje swoją walkę – nosząc proch i amunicję partyzantom i unikając przy tym aresztowania. Kim stwierdza, że uznany został niebawem za „przywódcę [wszystkich] dzieci w wiosce”.

Warto jednak zwrócić uwagę, że przynajmniej historia Kim Ir Sena wydaje się choć trochę realistyczna, w przeciwieństwie do propagandy na temat jego syna, który w wieku 10 lat był już niemalże koreańskim Napoleonem, dowodzącym całą armią. Dziadek Kim urodził się w wiosce, a nie jak Ojciec Kim – na świętej górze Paektu-san w otoczeniu tęczy i innych niebiańskich znaków. Kilka kilometrów od Man’gyŏngdae znajduje się też domniemany grób legendarnego Tan’guna, mitycznego pół-Boga, ojca wszystkich Koreańczyków, którego nie dane mi było jeszcze odwiedzić, ale wpisuje się on idealnie w świętą historię rodu Kimów. (Więcej o tym przeczytacie w moim poście sprzed roku – „Kim są Koreańczycy? – między prawdą a mitem”).

Mnie najbardziej w całej historii Kimów ciekawi wątek… chrześcijański. W kraju, w którym religia jest ściśle kontrolowana przez rząd, a za posiadaniee Biblii grozi obóz pracy lub śmierć, nikomu nie byłoby to jednak na rękę. Matka Kim Ir Sena była jednak aktywna w Kościele, a jej imię Kang Pan-sŏk (강반석), pochodzi od „Piotra” – pansŏk to „skała, podstawa”. Jego wuj był ministrantem, a ojciec praktykującym chrześcijaninem, który chodził do chrześcijańskiej szkoły. Dlatego wiele elementów propagandy nie powinno dziwić. Stąd też moje skojarzenie z Betlejem. Matka Kim Ir Sena przedstawiana jest jako „Matka Korei” – niczym Maryja. Jego ojciec to mądry nauczyciel, cierpliwy ojciec – jak Józef. Kim Dzong Il przychodzi na świat kilka dziesięcioleci później i od małego otaczają go cuda. Przed pomnikami trzeba składać kwiaty, kłaniać się im, jakby były to najświętsze ołtarze. Nie wystarczy zwykłe posłuszeństwo. „Kościół Kima” trwa.

Idziemy w stronę „stajenki” – odrestaurowanego domku, w którym mieszkali rodzice Kim Ir Sena. Spodziewałąm się jakiejś niby-lepianki, a ląduję na dziedzińcu porządnego wiejskiego domku. W kilku izbach wystawiono przedmioty codziennego użytku, których niby używała familia Kimów. W dwóch salkach powieszono fotografie, na jednej półeczce stały książki.

mangyongdae-11

Według oficjalnej propagandy rodzina była na tyle biedna, że nie stać ich było nawet na gliniany gar na kimchi, więc robili je w naczyniu, które nie wyszło garncarzowi i dał im je za pół darmo. Przyglądam się czarnemu garnkowi i przez chwilę mam wrażenie, że się ze mnie śmieje.

mangyongdae-15

Moją konsternację zauważa kolejny opiekun. Ten już wie, że jesteśmy z Polski. Ach ta komunikacja! W tej izbie nasz Wielki Wódz odrabiał lekcje i prowadził dyskusje na temat rewolucji z rodzicami. Nie słucham go. Podziwiam rosnące na dachu chatki kabaczki i próbuję sobie wyobrazić całą wieś sto lat wcześniej. Nie udaje mi się, bo gdzie się nie spojrzę, widzę w oddali jakiś pomnik, monument albo inną pamiątkową tablicę. Żegnam się, Koreańczyk kłania się niemalże w pół. Pewnie byliśmy pierwszymi gośćmi tego dnia. No i cudzoziemcom zawsze dobrze pokazać kolejne święte miejsce. A nuż się kiedyś nawrócą?

mangyongdae-12

Nie tknęły mojego ateistycznego serca murale. Ani krzywy garnek. Ani opowieści opiekuna w kaloszach. Idę w stronę jednego z kiosków, dosłownie kilka metrów za „stajenką”. Świętość świętością, ale na czymś trzeba zarabiać. Kupuję wodę i siadam na jednym z plastikowych krzesełek. I słyszę, jak kobieta w kiosku chwyta za telefon i syczy do słuchawki „Ppalli, ppalli! (빨리)” – „Szybko!” Biali! Tutaj! Chodź, pilnuj, kto to? Ratunku?

mangyongdae-23
Studnia ze „świętą” wodą…

mangyongdae-24

Nikt się jednak nie zjawia. Siedzimy, pijemy wodę, śmiejemy się. Ciekawe czy w tej okolicy ktokolwiek się nieraz śmieje? Ponoć przyjeżdżają tu często wielkie delegacje, szkolne wycieczki i zakładowe wyjazdy. A tu nagle poza protokołem, bez opiekuna zjawiamy się my. No i „zonk”. Przerażenie i zaciekawienie zarazem. Żegnamy się, uśmiechamy (w odpowiedzi jedynie surowe spojrzenia). Czas na spacer.

mangyongdae-25

Wzgórze to idealna ucieczka od betonowego Pjongjangu. Ścieżka wijąca się wśród drzew na szczyt pozwala na odpoczynek od Wielkiego Brata. Nie na długo. Po kilku minutach napotykamy na pierwszy mural. Za chwilę na drugi. Niedługo dołączają do niego pamiątkowe tablice. Nie ma szansy na spacer samemu, bez towarzystwa Kima. Trudno. Podążamy na górę razem z nim z nadzieją, że nas też bryza znad rzeki, którą widać na dole, natchnie do „wielkich czynów”.

mangyongdae-37

Na szczycie znajduje się ogromny pawilon, gdzie można przysiąść i podziwiać panoramę Pjongjangu. Nazywa się jak całe to miejsce – Man’gyŏngdae. Widok miasta nieszczególnie zachwyca, a raczej wywołuje niepokój. Uświadamiam sobie coraz bardziej biedę tego kraju. Patrzę na małe chatki schowane pośród betonowych stworów. Przygnębiającą atmosferę podkreśla szare niebo.

mangyongdae-28 mangyongdae-32

Na obrzeżach ogromne kominy wypluwają z siebie tony czarnego dymu. Kto by się przejmował imperialistyczną ekologiczną propagandą. Wiatr niesie bure kłęby w stronę centrum. Life is brutal. Im więcej trzeba prądu, tym będzie gorzej. A apetyt w tej kwestii zawsze jest ogromny. Więc nikogo nie dziwą już straszące z oddali kominy. Oby było światło – z tą nadzieją budzą się też mieszkańcy małych chatek, przypominających mi pekińskie hútòngi, chowających się przed światem w cieniu ogromnych betonowych wieżowców. Kontrasty. Tylko Kim wszędzie taki sam. I w luksusach hotelowych restauracji i w odrapanych slumsach. Czuwa. Patrzy. Obserwuje.

mangyongdae-33

mangyongdae-31

mangyongdae-36

Categories Historia Podróże
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

6 comments on “Man’gyŏngdae (만경대), czyli północnokoreańskie Betlejem

  1. Zupelna odskocznia od naszego pedzacego szalonego swiata…

  2. Pisz dziewczyno, pisz! 🙂
    P.S. Nie spotykają cię jakieś nieprzyjemności za publikowanie informacji przedstawiających prywatny folwark Kimów w niezbyt pozytywnym świetle? W końcu mamy w Polsce ambasadę KRLD i kilku przedstawicieli reżimu potrafi zrozumieć naszą piękną mowę.
    Pozdrawiam!

    • Karolina

      Już nie jestem w KRLD i raczej nie planuję tam wracać, więc nie mam zamiaru ukrywać prawdy 😛 Wiem, że są Koreańczycy, którzy mówią po polsku, ale jeśli to czytają i im się to nie podoba, to zapraszam do dyskusji 😀

  3. och, jak zazdroszcze że tam bylaś…
    więc opisuj swoje przygody a ja z przyjemnością poczytam:)
    pozdrawiam

  4. bardzo ciekawie piszesz. czy planujesz kontynuację o KRLD ? pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *