Yajirō (弥治郎), czyli w poszukiwaniu idealnej kokeshi, cz. 1

O laleczkach kokeshi dowiedziałam się, sięgając po książkę w księgarni. Nie byłam nigdy fanką lalek. Coś jednak tknęło mnie, aby przeczytać o drewnianych lalkach wytwarzanych od ponad stulecia na północy Japonii. A później, żeby opuścić Tokio i wybrać się w poszukiwaniu zanikającej tradycji w góry prefektury Miyagi.

Cała wycieczka wyszła trochę przypadkiem. Ale ponoć najfajniejsze rzeczy to te spontaniczne. Kilka tygodni temu po przyjeździe do Japonii w ręce wpadła mi książeczka z twórcami kokeshi – „Kokeshi, From Tohoku With Love„. Przeczytałam ją w kilka dni i wydawało się, że to by było na tyle mojej przygody z kokeshi. W kolejnych rozmowach z różnymi ludźmi przewijał się jednak temat Tōhoku, „wschodniej północy”. Ktoś wspomniał o tym, że przywiózł z wyjazdu fantastyczne laleczki. A mi przypomniało się, że robią je ludzie, którzy uczą się fachu kilka lat, zanim w ogóle mogą zabrać się za stworzenie swojej kokeshi. Że odpowiadają za wszystko – od ścięcia drzewa, poprzez wyrób narzędzi, wyrzeźbienie laleczki i narysowanie wzorów. Uświadomiłam sobie, że kokeshi reprezentują świat, który zanika. I że chcę go posmakować, choćby przez chwilę.

Spakowałam swój dobytek w plecak, zaklepałam nocleg w jedynym wolnym ryokanie w okolicy i dzień później, po oddaniu kluczy od wynajmowanego przez te dwa tygodnie mieszkanka, siedziałam już w shinkansenie gnającym na północ. Wysiadłam na stacji Shiroishi Zao (白石蔵王), skąd wzięłam autobus do Kamazaki Onsen (鎌先温泉). Za oknem nie było widać betonowej dżungli. Nie ogłuszał mnie szum samochodów. Zamiast tego w tle majaczyły góry, szumiała rzeka, a ja znalazłam się w malutkiej górskiej wiosce, daleko od miejskiego zgiełku. Nikt się nie spieszył, ludzie mówili wolno, często wtrącając co nie co z lokalnego dialektu, co sprawiało, że momentami nie wiedziałam o co chodzi. Wystarczył jednak uśmiech, rozmówca wracał do hyōjungo (標準語), standardowego japońskiego, a ja nie musiałam się już dwoić i troić, żeby go zrozumieć.

Spacer w okolicy Kamazaki Onsen w japońskiej prefekturze Miyagi

Wczesna jesień w górach w okolicy Kamazaki Onsen Rwący strumień w górskim kurorcie Kamazaki Onsen w prefekturze Miyagi w Japonii

Obudziłam się następnego dnia w pokoiku pachnącym matami tatami. Odsłoniłam okna, wpuściłam do środka masę światła. Niedługo później przyniosła mi zrobione specjalnie dla mnie w wegańskiej wersji śniadanie pani z obsługi ryokanu. Tofu, warzywa, ryż, masa mini sałatek i nattō (納豆)I znowu zdziwienie, że jednak nie dość, że to jadam, to jeszcze lubię. Za każdym razem, kiedy widzę tę mieszankę zachwytu i zdziwienia na twarzy Japończyków, czuję się, jakbym właśnie zdała test na niebycie gaijinem.

– Przyniosłam Ci ulotki na temat atrakcji w regionie – zaczęła przesympatyczna pani i rozłożyła mi informacje na stoliku, obok tacy z jedzeniem

– Cudzoziemcy najbardziej lubią „wioskę lisów” – przed twarzą wylądowała dość średnio zaprojektowana ulotka, a ja zaczełam kręcić głową.

– Nie, nie, nie. Interesuje mnie najbardziej wioska kokeshi. Jak tam dojść? – zapytałam.

– Eeeeee – wprawiłam ją w niezłe osłupienie – najlepiej podjechać autobusem. Można też teoretycznie iść piechotą, ale to całe pół godziny!

No tak, zapomniałam. Japończycy z jednej strony mają obsesję na punkcie haikingu, chodzenia po górach, obkupują się w najnowsze przeciwwiatrowe kurtki, kijki do nordic walking, buty, którym blisko do tych stumilowych; z drugiej jednak panicznie boją się chodzenia. W prawie każdym konbini można dostać przewodniki czy gazety z trasami spacerów i dłuższych szlaków do wędrowania, ale kiedy tylko można, większość osób optuje za transportem kołowym. Nie ze mną jednak te numery.

Droga z Kamazaki Onsen do Yajirō Most ozdobiony laleczką kokesh w stylu Yajirō w górach przy Kamazaki Onsen

Włożyłam buty do chodzenia po górach, spakowałam mały poręczny plecak, wzięłam aparat i wyruszyłam w stronę wioski kokeshi Yajirō (Yajirō kokeshi mura; 弥治郎こけし村). Po drodze nie spotkałam nikogo, minęło mnie w ciągu kilkudziesięciu minut może kilka samochodów. Na zakręcie drogi zaintrygowała mnie obdarta już brama torii. Weszłam po kamiennych schodach miniaturowego chramu, a na ich szczycie znalazłam jedynie malutki ołtarzyk z nadgryzionymi zębem czasu laleczkami kokeshi. W malutkiej Atago jinja (愛宕神社) to one pełnią rolę kami.

Schowana w lesie nieopodal wioski Yajirō malutka świątynka poświęcona laleczkom kokeshi

Stare drewniane kokeshi schowane w malutkim ołtarzyku we wsi Yajirō w prefekturze Miyagi

Niedaleko od ołtarzyka zaczęły pojawiać się znaki kierujące do poszczególnych warsztatów. Nie wiedziałam jednak, czego szukam, poza tym, że chcę się co nie co o kokeshi dowiedzieć. Udałam się więc do muzeum, aby zobaczyć je na własne oczy i zrozumieć czym różnią się Yajirō kokeshi od pozostałych typów. No i dowiedzieć się, co takiego w tych drewnianych laleczkach bez rąk i nóg przyciągnęło mnie taki kawał drogi z Tokio.

Wejście od "wioski kokeshi" w Yajirō w prefekturze Miyagi

Muzeum kokeshi w Yajirō w prefekturze Miyagi

Budynek muzeum jest dość charakterystyczny, więc nie miałam wątpliwości czy trafiłam w dobre miejsce. Okrągła drewniana konstrukcja stała na wzniesieniu nad samą wsią o tej samej nazwie, dookoła niego zbudowano także kilka warsztatów. Początkowo myślałam, że muzeum jest zamknięte. Zero znaków życia, w środku niby tliło się światło, ale nikogo w środku nie zauważyłam. Weszłam do środka, postanawiając, że najwyżej pomartwię się później. Obeszłam wystawę, która mnie nieco przytłoczyła nadmiarem laleczek. Spędziłam kilka minut, czytając o historii laleczek w regionie i o procesie ich wykonywania. Mimo że prawie każdemu wydaje się, że kokeshi to tradycja sięgająca zarania dziejów, tak naprawdę ma niecałe 200 lat.

Proces tworzenia laleczek kokeshi przedstawiony na wystawie w Yajirō Onsen

Nie do końca wiadomo skąd w ogóle wzięła się ta tradycja i to w malutkich wsiach rozsianych w północnych prefekturach Japonii. Kokeshi złączone są nierozerwalnie z kulturą onsenów, zapewne powstały początkowo jako pamiątki dla bogatych Japończyków, którzy mogli sobie pozwolić na przesiadywanie tygodniami na drugim końcu kraju i moczenie od rana do nocy. Za miejsce narodzin kokeshi uznaje się okolice Tōgatta Onsen, lecz zaczęto je tworzyć niewiele później w wielu innych miejscach, takich jak Yajirō.

Co oznacza „kokeshi„? Teorii na ten temat jest wiele, zwłaszcza że nazwę zapisuje się obecnie jedynie w hiraganie i nie do końca wiadomo za pomocą jakich znaków kanji zapisywano nazwę na początku. Najprawdopodobniej nazwa opiera się na połączeniu słów ko, oznaczającym „drzewo” (木) bądź „mały” (小) i keshi, czyli „lalki” (芥子). Jak wiele tradycji w Japonii nic w robieniu kokeshi nie jest przypadkowe. Każdy twórca musi trzymać się konkretnych wytycznych, charakterystycznych dla danego regionu. Co więcej, powinien tworzyć lalki w podobnym stylu, co jego poprzednicy, z reguły ojciec czy dziadek. Odstępstwa nie są mile widziane. Chodzi o kontinuum, o utrzymanie „tradycji”, dentō. Powstają także bardziej nowoczesne i współczesne kokeshi, lecz nadal najważniejsze i najbardziej cenione są właśnie dentō kokeshi. „Tradycja” kultywowana jest przez kilkanaście osób także w Yajirō.

Opuszczony sklepik z japońskimi laleczkami kokeshi w Yajirō Droga z Kamazaki Onsen do Yajirō w górach prefektury Miyagi

Yajirō to jedno z tych miejsc, które przywodzi na myśl koniec świata. Ukryta na zboczu góry Fubō (不忘山), wśród pól, lasów i strumieni nie sugeruje, że powstają tu jedne z najpiękniejszych kokeshi w kraju. Niektórzy tworzą kokeshi cały rok, inni przez pół roku są rolnikami, a swoją artystyczną duszę pokazują światu jedynie zimą. Na wystawie zaintrygował mnie styl laleczek Yajirō i wykorzystywane w nich kolory, zwłaszcza te na czubku głowy. Układają się one w kręgi, najczęściej fioletowo-żółto-czerwone i nie wiem czemu, ale od razu przypadły mi do gustu.


Drewniane laleczki Yajirō kokeshi w muzealnym sklepiku

Najbardziej spodobały mi się te robione przez… kobietę. Bodajże jedyną w całej okolicy. Niiyama Mayumi (新山真由美) tworzy kokeshi razem z mężem i kiedy zobaczyłam sprzedawaną w sklepiku muzealnym ostatnią dostępną lalkę jej autorstwa, chciałam koniecznie z nią porozmawiać i odwiedzić jej studio. Okazało się jednak, że tego dnia w prefekturze Aomori, na samej północy, odbywa się festiwal kokeshi i wielu twórców wyjechało. Panie ze sklepiku okazały się wyjątkowo pomocne, zadzwoniły do pani Mayumi z pytaniem czy mogą wejść do jej studio i poszukać więcej laleczek na sprzedaż, ale okazało się, że i tak ta jedna wystawiana w muzealnym sklepiku najbardziej mi się podoba. Nawet mimo tego, że drewno nie było pokryte woskiem i tego, że wzór nie był może perfekcyjny. Nie odejmuje to jednak laleczce uroku – wręcz przeciwnie – mam słabość do japońskiej wabi-sabi, estetyki opierającej się właśnie na przemijaniu i nieperfekcyjności.

Moją uwagę zwróciła także lalka stworzona przez osobę z tej samej rodziny, Niiyamę Manabu (新山学). Była jednak ogromna, a średnio widziało mi się ciąganie jej ze sobą podczas moich japońskich wojaży. Na ratunek przyszły niezwykle pomocne panie z muzeum – zadzwoniły po prostu do pana Manabu, narysowały mi mapkę do jego pracowni i kilka minut później wędrowałam już boczną dróżką przez most w poszukiwaniu kokeshi do mojej nowej kolekcji.

Warsztat kokeshi pana Niiyamy w Yajirō Nieład w warsztacie twórcy kokeshi, pana Niiyamy

Pracownia pana Manabu znajduje się na samym końcu drogi. Weszłam do środka i znalazłam się w innej epoce. Malutkie zakurzone pomieszczenie z całą gamą laleczek. Kokeshi na półkach, w kartonach, namalowane na obrazkach. Jakieś plakaty sprzed dekad. Wszystko pokryte było pyłem z drewna, wydostającym się z pobliskiej pracowni. A tam, przy tokarce, pracował pan Manabu. „Dzień dobry!”, krzyknęłam, ale nie było reakcji. Spróbowałam jeszcze raz. Nic. Wyszłam na zewnątrz, pomachałam mu przez okno. Otworzył pracownię i zaprosił do środka. Okazało się, że bardzo źle słyszy. Próbowałam z nim rozmawiać, ale niestety nie miało to wielkiego sensu. Wybrałam laleczkę i kilka sekund po zapłacie pan Manabu zniknął mi z oczu. Wrócił do pracy. A ja, nie chcąc być intruzem, wycofałam się z jego świata i powolnym krokiem wróciłam w stronę Kamasaki Onsen. Razem z dwoma Yajirō kokeshi w plecaku.

Rwący strumień płynący wzdłuż drogi z Yajirō do Kamazaki Onsen

Po żniwach w Yajirō w górzystej prefekturze Miyagi

Co to za jesienny spacer bez lokalnych specjałów? Okolice Shiroishi słyną z makaronu ūmen (温麺), przygotowywanego bez dodatku oleju, co sprawia, że słyną jako lek dla osób z problemami żołądkowymi, osób starszych czy dzieci. Nie należę do żadnej z tej kategorii, ale po kilku godzinach chodzenia miałam ochotę na porządny posiłek. Weszłam do jednej z małych knajpek nieopodal dworca i poczułam się, jakbym cofnęła się w czasie. Zagracony sklepik, napisane odręcznie menu, a wszystkim tym zarządzała niesamowicie energiczna pani, od której biło na kilometr pozytywną energią.

Knajpka serwująca pyszny ūmen w Shiroishi Klimatyczna knajpka w samym centrum miasteczka Shiroishi, serwująca lokalny specjał - umen

Największe zdziwienie dnia? Pani prowadząca knajpkę, mimo że nie miała pojęcia, co to jest weganizm, bez problemu przygotowała mi wegańską wersję dania. Wytłumaczyłam jej raz, czego nie mogę jeść i przy podawaniu mi tacki pełnej pyszności, potwierdziła, że zrobiła sosy bez dodatku rybnego bulionu, a do sałatki nie dodała majonezu, bo przecież mówiłam, że nie mogę jeść jajka. Żeby tylko każdy łapał takie niuansy tak szybko!

Wegańska wersja lokalnego specjału (ūmen) - cienki pszenny makaron z różnymi sosami i piklami Wegańska tempura w knajpce w Shiroishi

Makaron podawany jest na zimno i macza się go w jednym z trzech tradycyjnych sosów – sezamowym, z orzechów włoskich bądź sojowym. Teoretycznie w zestawie była tempura krewetkowa, ale pani specjalnie dla mnie przyrządziła ją z sezonowych warzyw. Posiedziałam sobie tam chwilę, poprzeglądałam kupioną małą książeczkę o kokeshi, tym razem po japońsku, a kiedy z knajpki powoli zaczęli wychodzić goście, porozmawiałam chwilę z przesympatyczną panią, której podziękowałam chyba z milion razy za tak pyszny posiłek. A jej uśmiech towarzyszył mi jeszcze przez cały dzień.

26 comments on “Yajirō (弥治郎), czyli w poszukiwaniu idealnej kokeshi, cz. 1

  1. z niecierpliwoscią czekam na cz. 2 🙂

  2. Piękne te laleczki 🙂

  3. bardzo lubię te laleczki, przywiozłam kilka z Japonii 🙂

  4. Finalnie kupiłaś dwie laleczki? Myślę, że znalazłoby się na nie sporo chętnych – piękne są! 🙂

  5. Tez bardzo lubie kokeshi❤️

  6. Tak się zastanawiałam, kogo mi przypominają te kokeshi z buziaka i już wiem! Panią Halinkę! 😉

  7. Cudownie się czyta Twojego bloga, można tyle się dowiedzieć, a poprzez zdjęcia wyobrazić sobie jakby się tam było, Tak się zastanawiam, czy przyjmujesz może jakieś zamówienia na zakupy z Japonii czy raczej nie zajmujesz się czymś takim?

  8. Zdjęcia – fenomenalne! Prowadzisz chyba jeden z niewielu blogów które czytam na bieżąco i wyczekuję następnych postów. Super robota.

  9. mm jedzenie wygląda przepysznie 🙂

  10. Trochę jak z blogiem…twórca robi wszystko sam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *