Fukagawa (深川), czyli senne Tokio wśród kanałów

Atmosfera shitamachi pociąga mnie od dawna. Lubię spacerować godzinami po dzielnicach, gdzie nie znajdę sieciowych kawiarni, sklepików z turystyczną tandetą czy neonów. Tu nie muszę obawiać się utonięcia w morzu wracających z pracy styranych życiem salarymen. Uwielbiam Yanakę, ale odkrywam ostatnio nowe takie miejsca. Jednym z nich jest Fukagawa (深川).

Fukagawa znajduje się spory kawałek od centrum. Przez ostatnie kilka stuleci znajdowały się tu liczne magazyny, spichlerze i całej maści sklepy. Nie było tutaj tak od zawsze, jeszcze kilkaset lat temu część dzielnicy, poniżej rzeki Eitai (永代) była morzem. Ląd stworzył tutaj w 1596 roku Fukagawa Hachirozaemon (深川八郎右衛門), od którego nazwiska miejsce to czerpie swoją nazwę. Początkowo mieszkali tu jedynie rybacy, lecz po Wielkiem Pożarze Meireki (明暦の大火 Meireki no taika), który w ciągu trzech dni strawił większość Edo (dawna nazwa Tokio), postanowiono przenieść część świątyń buddyjskich na północny brzeg rzeki Onagi (小名木). To tchnęło życie w malutką wieś – pojawili się tu mnisi, a za nimi pielgrzymi, kupcy i rzemieślnicy.

kiyosumi-36

Dzisiaj Fukagawa jest częścią okręgu Kōtō-ku (江東区), lecz jeszcze do końca XIX wieku stanowiła odrębną dzielnicę w Edo. Podzielono ją po wojnie na 45 dzielnic, z których udało mi się odwiedzić trzy: Kiyosumi, Monzen-nakacho i właśnie Fukugawa. Jak zwykle znalazłam się tam trochę przypadkiem – kilka godzin wcześniej natrafiłam na artykuł wychwalający kawę w jednej z nowych hipsterskich palarni kawy. Wsiadłam w metro, które miało prawie godzinę później dowieźć mnie na miejsce bez żadnych przesiadek i dałam porwać się lekturze. Wybór padł na dopiero co kupiony zbiorek opowiadań Kaori Ekuni „Suika no nioi”. Zaczytana, zrelaksowana, zerkałam tylko co kilka minut na zmieniający się typ wsiadających do pociągu ludzi. Na Ikebukuro – tłum młodzieży. Na stacji Shinjuku – głównie pracownicy biurowi, niektórzy z nich dzierżący w rękach stylowe aktówki. W Roppongi – wracające z zakupów w luksusowych zachodnich butikach kobiety. Im dalej, tym więcej wsiadało osób starszych. Garnitury stawały się coraz bardziej wyświechtane. Minęliśmy modne Azabu-Jūban i dużą stację przesiadkową Daimon. W wagonie zostałam ja i kilka starszych osób. 

kiyosumi-41 kiyosumi-38

Wysiadłam na stacji Kiyosumi-Shirakawa (清澄白河) i po wyjściu na powierzchnię od razu poczułam, że polubię to miejsce. Nie wiem czemu. Nie chciałabym tu mieszkać, nie wiem czy w jakiś sposób mnie ono zachwyciło… ale poczułam się tu dobrze. Trochę jak w bańce, w innym świecie, z dala od Tokio, z dala od wszystkich spotkań, sklepów i kawiarenek, w których przesiadywałam ostatnio godzinami, pisząc nieraz jak najęta. Tutaj byłam tylko ja, pani z psem na spacerze i grupka młodzieży, siedząca na ławkach. Zanim jednak posmakowałam porządnie atmosfery shitamachi, udałam się do bodajże jedynego miejsca w okolicy, do którego zachodzą nieraz zagubieni turyści – do Ogrodów Kiyosumi Teien (清澄庭園).

kiyosumi-31

Ogród powstał w latach 1878-1885 z polecenia Iwasaki Yatarō (岩崎弥太郎), japońskiego przedsiębiorcy i założyciela Mitsubishi. Z całej Japonii ściągnięto kilkadziesiąt ogromnych skał, zbudowano wodospady, usypano sztuczne wysepki. Z czasem wybudowano nawet kanał z pobliskiej rzeki Sumida, w celu powiększenia znajdującego się w sercu ogrodu stawu. Po ogromnym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło Tokio w 1923 roku, schronienie znalazło w nim wielu mieszkańców, którzy w mgnieniu oka stali się bezdomni.

kiyosumi-27

kiyosumi-25 kiyosumi-20

Mimo niepodważalnego piękna tego miejsca, nie było czuć w nim jakiegoś nadęcia. Nikt nie nazywał go „naj”, tak jak na przykład w Kenroku-en w Kanazawie. Mało kto robił zdjęcia, ludzie głównie siedzieli sobie i odpoczywali. Gdzieś przeleciała czapla. Jakiś pan stał bez ruchu na mostku i obserwował ogromne karpie koi. Ludzie spacerowali, czytali książki, po prostu byli. Nie było krzyków, biegu, pośpiechu i ścisku w pociągu. Takie oazy w tokijskim zgiełku to miejsca magiczne.

kiyosumi-15 kiyosumi-25

Nie miałam zamiaru jednak spędzić całego dnia w odciętym od świata ogrodzie – nie czuć tutaj miejskiej tkanki, której jednak potrzebuję do szczęścia. Wyszłam na zewnątrz i udałam się wzdłuż kanału w stronę wspomnianej wcześniej kawiarnii, ukrytej w jednej z bocznych uliczek Kiyosumi. Po drodze wstąpiłam do malutkiego sklepiku, w którym starszy pan sprzedawał robione przez siebie dango – kupiłam od razu kilka, jedno w wersji z anko, a drugie w słodkim syropie. I jak zwykle nie przestaje mnie totalnie rozbrajać ten moment, kiedy Japończyk zdaje sobie sprawę, że jednak dogada się ze mną po japońsku. Wypuszczają powietrze, wybuchają nerwowym śmiechem, rozluźniają się – grunt, że nie muszą mówić po angielsku. Wymiana formułek: „Co robisz w Japonii?” „Ach, Twój japoński jest taki świetny!”, itp i kilka minut później wędrowałam w stronę kawiarnii, obserwując przy okazji codzienność w stylu shitamachi.

kiyosumi-100kiyosumi-60

kiyosumi-49

„Blue Bottle Coffee” nie da się nie zauważyć. Otworzono ją całkiem niedawno w dawnym magazynie, który przerobiono w autentycznie fantastyczny sposób. Nie mam aż takiej zdolności do robienia zdjęć, dlatego zajrzyjcie koniecznie na przykład tutaj, gdzie możecie zobaczyć jej wnętrze w całej okazałości. Oprócz kawiarnii, która zajmuje tak naprawdę mały procent całej przestrzeni, znajduje się tutaj palarnia kawy i biura.

kiyosumi-57 kiyosumi-52

Powiem Wam jedno – mimo tego, że musiałam odstać swoje w kolejce, wydać dość sporo na kawę, a potem wypić ją na stojąco – była rewelacyjna. Musiałam się opanować, żeby nie kupić sobie od razu całego zestawu do robienia własnej drip coffee, młynka i palonych w Kiyosumi ziaren. Ale jeszcze tam wrócę przed powrotem do Polski i kupię, choćby kawę. Po kilku minutach sączenia kawy udało mi się znaleźć miejsce na zewnątrz – przysiadłam obok nieznanych mi osób, wyjęłam z torby dango i obserwowałam mijających mnie ludzi. W jednej ręce mini deser, w drugiej kawa, po obu stronach osoby, które aż chciałoby się poznać. Nikt nie pracował na laptopie: ludzie rozmawiali, niektórzy czytali książki. Tak miło było zobaczyć ludzi, którzy faktycznie są zainteresowani tym miejscem, kawą którą piją i samymi sobą – już dość napatrzyłam się na obsesyjnie wpatrzonych w swoje smartfony Japończyków, którzy nieraz nie oderwą od nich swoich oczu nawet na chwilę. Randka randką, ale gierka online sama się nie wygra, prawda?

kiyosumi-54

Nie było tego tutaj w Blue Bottle Coffee. Nie widziałam tego też nigdzie indziej w Kiyosumi. Minęłam kilka „hipsterskich” kawiarenek, jak i bardziej oldschoolowych kissaten (喫茶店). Malutkie sklepiki w budynkach, które w ogóle nie kojarzą się ze stereotypowym Tokio. Zapachy dochodzące z domów, sklepiki a la „1001 drobiazgów”, stoiska ze słodyczami. Labirynt uliczek wciągał.

kiyosumi-1

Przeszłam przez kanał i udałam się w stronę świątyni Fukagawa Fudō-dō (深川不動堂), która jak to w Japonii bywa, otoczona jest z jednej strony autostradą, z drugiej boiskiem szkolnym, a mimo to na tym nie traci. Po prostu czuć, że jest częścią okolicznej tkanki.


kiyosumi-78 kiyosumi-77

Zaintrygował mnie jeden z nowoczesnych budynków, odznaczający się na tyle tradycyjnego budownictwa. Nie miałam jednak ochoty na zwiedzanie świątyni – nie wiem czemu. Zamiast z bóstwami, chciałam spędzić to popołudnie wśród ludzi. Zaciekawiła mnie jednak groźnie wyglądająca postać Fudō Myōō (不動明王) – czczonego tam przez buddyjską sektę Shingon jednego z tak zwanych „Pięciu Królów Mądrości”.

kiyosumi-79

Kilka minut spacerem od Fudō-dō znajduje się świątynia szintoistyczna, Tomioka Hachimangū (富岡八幡宮), w której narodziło się sumo. To tutaj w początkach ery Edo odbywały się walki, podczas których zbierano datki. Nadal odbywają się tutaj ceremonie nagrodzenia mistrzów sumo zwanych yokozuna. Większości Tokijczyków świątynia ta kojarzy się jednak z jednym z trzech najsłynniejszych tokijskich festiwali, matsuri. Nie jestem wielką fanką sumo, przegapiłam także odbywający się w środku sierpnia festiwal. A mimo to poczułam się tam dobrze. Z jednej strony biegające dzieci, z drugiej – zaczytana w książce pani. Do tego modlący się w skupieniu mieszkańcy okolicy i uśmiechnięty kapłan, sprzedający talizmany. A wszystko to w dzielnicy, o której mało kto słyszał (czas to zmienić!).

kiyosumi-93

kiyosumi-95 kiyosumi-98

Wróciłam w stronę Fudō-dō i prowadzącej do niej uliczki, na której mogłam się nasycić klimatem „dolnego miasta”. Wchodziłam do nich po kolei, wdawałam się w rozmowy ze sprzedawcami tradycyjnych przekąsek senbei (煎餅). Zaglądałam do małych restauracyjek, nawet tylko po to, żeby się przywitać. Wszędzie odpowiadał mi uśmiech. Wśród licznych sklepików, w których czułam się, jakbym cofnęła się w czasie, wtopiła się także bardziej hipsterska kawiarenka.

kiyosumi-85

Uwielbiam takie połączenia. Tak jak w Yanace, na ulicy można spotkać albo starsze osoby albo energicznych młodych, oczarowanych „innością”. Ale może to hałas, stres, praca od rana do nocy i bieg w stronę ostatniego pociągu w świetle kiczowatych neonów jest tak naprawdę „inny”?

kiyosumi-2

kiyosumi-86

Wiem, że jeszcze tu kiedyś wrócę, choćby na krótki spacer zakończony filiżanką genialnego espresso. Nie, nie chciałabym tu pewnie zamieszkać. Mimo wszystko uzależniona jestem od nowoczesności, od bijącej z centrum wielkiej metropolii energii, która po jakimś czasie wysysa ją we mnie, aby tętnić dalej swoim rytmem. Lubię jednak uciec w labirynty wijące się w kilku dzielnicach shitamachi, które ostały się w okolicy tokijskiego centrum. Nawet jeśli Yanaka, a tym bardziej Kiyosumi, rzadko są mi po drodze, to są one nieodłączną częścią japońskiej codzienności. Warto ją poznać, choćby przez chwilę. Może też się zauroczycie?

kiyosumi-68 kiyosumi-67

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (7)

  1. Może się zauroczycie? 🙂 Cudne miejsca, a ta oaza! Dzięki za kolejny fantastyczny wpis i przy okazji małą wycieczkę, pozdrawiam. 🙂

  2. Architektura Japonii jest niesamowita. Nie chodzi mi o wielkie miejskie dżungle, tylko o właśnie takie dzielnice poza-aglomeracyjne. Twoje zdjęcia świetnie to oddają. Mimo gęstej zabudowy, mimo ogólnego chaosu jest tam jakiś ład i skład. Szczególnie to widzę jako osoba z polskiego blokowiska.
    Świetny wpis, super zdjęcia, aż strach myśleć co będzie jak wyjedziesz!

    • Karolina

      Na co dzień architektura japońska mnie przytłacza swoim chaosem, betonem, totalnym miksem stylistycznym. Ale czasami udaje mi się w tym totalnym architektoniczym bałaganie dostrzec trochę piękna. Chodzę wtedy z aparatem, cykam zdjęcia jak opętana i szukam inspiracji 🙂
      A do Japonii będę wracać, więc nawet jak wyjadę to nigdy na nie wiadomo jak długo!

  3. Czy planujesz zostać w Japonii stałe? Wprawdzie napisałaś, że wracasz do Polski, ale ciekawi mnie czy masz plany mieszkać poza Polską?

    • Karolina

      Mieszkam poza Polską od pięciu lat 😛 Ale w planach mam powrót na co najmniej rok do Polski. W żadnym wypadku nie chcę mieszkać na stałe w Japonii – w sumie spędziłam tam prawie dwa lata i wiem, że dłuższy pobyt tam wykańcza mnie fizycznie i psychicznie. Ale na pewno będę tam wracać często na krótszy okres czasu 🙂

  4. Kiedyś, wracając z Kiyosumi trafiłam przypadkiem do Fukagawa Edo Muzeum. Byłaś? Mają świetnych emerytów jako goodwill guide’ów. Raz przesiedzialam tam z jakimś dziadkiem ponad 3 godziny słuchając o historii dzielnicy.

    • Karolina

      Nie byłam! Muszę to koniecznie nadrobić, dzięki! W ogóle liczę na historię dziadków i babć, bo oni potrafią gadać i gadać. A robią to tak sympatycznie i ciepło, że aż chce się z nimi siedzieć na ławeczce w parku i rozmawiać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *