Naruko (鳴子), czyli w poszukiwaniu idealnej kokeshi, cz. 3

Japończycy mają obsesję nie tylko na punkcie kwitnących wiśni, ale także czerwieniących się jesiennych liści. Sprawdzają codziennie wieści na temat „frontu czerwieni”. Rozmawiają o najlepszych miejscach do podziwiania kōyō (紅葉) i wymieniają się wskazówkami. Wydają fortunę na podróże w góry, gdzie mogą godzinami patrzeć na jesienną feerię barw.

Także dałam się porwać tej manii. Wyruszyłam jednak do Tōhōku nieco ponad tydzień przed istnym najazdem turystów, którzy zabookowali wszystkie noclegi zgodnie z przewidywaniami meteorologów i wszelkich kōyō-specjalistów, że to akurat wtedy nastąpi kulminacja jesiennej atmosfery. Po kilku dniach spędzonych w okolicy Shiroishi, gdzie odwiedziłam między innymi wioskę Yajirō i Tōgatta Onsen, słynące z laleczek kokeshi, wsiadłam w pociąg w stronę Sendai (仙台). Zjadłam rozpływające się w ustach zunda mochi, tak jak podczas wizyty półtora roku wcześniej i kilka godzin później siedziałam już w pociągu w stronę Naruko Onsen (鳴子温泉).

Bynajmniej nie wybrałam tego miejsca przypadkowo. Naruko Onsen słynie z naruko kokeshi (鳴子こけし), jeszcze innego typu laleczek kokeshi. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego postanowiłam się tam udać. Chciałam zobaczyć słynną dolinę Naruko, która uznawana jest przez wielu za jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Japonii na podziwianie jesiennych kolorów. O Naruko zresztą pisał nawet sam Matsuo Bashō (松尾芭蕉), najsłynniejszy japoński twórca haiku. Wyznaczono zresztą część trasy, którą przeszedł i opisał później w Oku no Hosomichi (奥の細道), po polsku znane jako „Ścieżkami północy”.

Czerwieniące się na drzewach liście w okolicy Naruko Piękne jesienne kolory w okolicy Naruko

Nie wiem czego się spodziewałam, ale Naruko mnie zaskoczyło. Trochę na plus, bo lubię totalne odludzia. A jednocześnie mnie przytłoczyło i zdołowało – spora część domów jest opuszczona, w samym środku tętniącego kiedyś miasteczka straszy opuszczony hotel. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, żeby natrafić na puste budynki, zapadające się warsztaty i ledwo trzymające się jeszcze garaże z blachy. „Dlaczego?” – w głowie powtarzałam w kółko to pytanie. Piękna dolina, zapierające dech w piersiach góry. Gorące źródła, w których można przesiadywać godzinami. „O co chodzi?” – zastanawiałam się, chodząc po miasteczku, które wyglądało, jakby miało zaraz wyzionąć ducha.

Wszystko zmieniło się 11 marca 2011 roku, kiedy to północną Japonię nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi i siejące zniszczenie tsunami. Mimo że Naruko nie dosięgnęły śmiertelne fale, ziemia zatrzęsła się tu na tyle mocno, że słynna z jesiennych krajobrazów dolina zasypała się tonami głazów. Ścieżka, którą jeszcze kilka lat temu spacerowały tłumy turystów, popękała, a jej znaczna część spłynęła w dół rzeki. Nie można już zwiedzać doliny. Niby czytałam coś o tymczasowym zamknięciu trasy, ale nie uświadomiłam sobie, jak poważne są to zniszczenia. Na tyle, że nie zostaną one naprawione w rok czy dwa, nawet pięć.

Dolina Naruko w jesiennej oprawie

Szkody w Naruko wyrządzone w 2011 roku przez ogromne trzęsienie ziemi Opuszczona przez turystów dolina Naruko

Do Naruko po 11. marca zaczęły spływać tysiące uchodźców z miasteczek, które zostały dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi. Zgodnie z japońską tradycją rekonwalescencji w onsenie – tōji (湯治) –  przyjechali tutaj uleczyć swoje ciała i dusze. Naruko zaczęło umierać jednak o wiele wcześniej. W latach 70. i 80., kiedy Japonia rozwijała się w szalonym tempie, było to jedno z najsłynniejszych miejsc na odpoczynek dla styranych życiem hord salarymenów. Kiedy na początku lat 90. z hukiem pękła bańka ekonomiczna, ludzi nagle przestało być stać na małe luksusy, jak weekend w kurorcie. Młodzi ludzie wyjechali. Zostały same szkielety budynków.

Spacer po sennym japońskim miasteczku Naruko

Najbardziej widać to w okolicy byłego stoku narciarskiego, który straszy z daleka. Chaszcze, trawa po pas i zardzewiałe wyciągi. Pozamykane wypożyczalnie, które raczej nie otworzą się, kiedy spadnie śnieg, chyba że nagle, jakimś cudem, cała okolica stoku Uenono (上野々) zamieni się w tętniący życiem narciarski kurort. Wątpię. Chociaż nie zdziwiłoby mnie to, bo Japończycy słyną z niezwykle sprawnego ogarniania spraw. Widać to było po trzęsieniu, kiedy to zamiast popadać w chaos, ludzie stali grzecznie w kolejkach do sklepów, czekając na swoją kolej i kupując tylko tyle, ile było im potrzebne.

Zapomniany wyciąg narciarski w Naruko Onsen

Mimo tego, że dolina Naruko-kyō (鳴子峡) jest zamknięta dla turystów, można ją podziwiać z odległości. A jest na co patrzeć. Nawet pociąg jadący po torach, przecinających ją, zatrzymuje się na moście na chwilę, aby móc w spokoju popatrzeć przez okno. Ludzie rzucają się do okien, pstrykają zdjęcia bez opamiętania. Ja po prostu patrzyłam się na spektakl natury i nawet do głowy mi nie przyszło, żeby przeciskać się do okna, żeby w ułamku sekundy zrobić pierwsze lepsze zdjęcie między głowami przyklejonych do szyb Japończyków.

Najsłynniejszy widok w Naruko - most nad doliną w jesiennych kolorach

Na szczęście wyznaczono alternatywną trasę w okolicy doliny, skąd co jakiś czas rozpościera się na nią kapitalny widok. Z Naruko jest do niej kawał drogi, ale pogoda była taka piękna, że postanowiłam wybrać się tam pieszo. Po dwóch godzinach marszu, z czego większość pod górę, odpoczęłam chwilę wśród tłumów Japończyków nieopodal Naruko Rest House, przed którym rozstawiło się mini targowisko, gdzie najadłam się mitarashi dango (みたらし団子), czyli pieczonymi kluseczkami ryżowymi w słodko-słonawym sosie na bazie pasty miso i wegańską wersją hiroshima okonomiyaki (広島お好み焼き). Do tego pieczony ziemniak i idealny posiłek po wysiłku zaliczony.

Idealna przekąska podczas jesiennego spaceru - świeżopieczone mitarashi dango Przerwa podczas podziwiania jesiennych kolorów (kōyō) w Naruko

Japońska jesień w Naruko Onsen

W pobliżu Rest House znajduje się kilka miejsc widokowych, z których na szczególną uwagę zasługuje jedno – znajdujące się w samej dolinie. Wymaga to zejścia po stromych schodach, ale widok tonącej w mieszance żółci, zieleni i całej gamy czerwieni doliny naprawdę wynagradza wszelki trud. Na tyle, że wizja powrotu po tych samych schodach pod górę nie przeraża aż tak. Można spojrzeć na trasę, wyobrazić sobie, jak wyglądałby spacer w tym magicznym miejscu, które na swój sposób stało się jeszcze bardziej magiczne, bo niedostępne, nieskalane ludzką obecnością. W jakiś sposób święte.

Jesienne kolory, kōyō, nad doliną Naruko

Jesienne barwy, kōyō, w dolinie Naruko w Japonii

Kolejnego dnia wybrałam się w przeciwnym kierunku – w stronę jeziora Katanuma (潟沼), znajdującego się na szczycie wulkanu Naruko, z którego wypływają pachnące siarką i buchające parą źródła. Po raz ostatni wybuchł on w 837, o czym napisano w słynnej kronice Shoku Nihon Kōki (続日本後紀). Wtedy powstała ponoć nazwa miejsca, która początkowo brzmiała „narugō” (鳴郷) od „naru koe no sato” (鳴る声の郷), czyli dosłownie „miejsce huczącego dźwięku”. Dojście do jeziora od stacji Naruko goten yu (鳴子御殿湯), nieopodal mojego ryokanu, zajęło mi około półtorej godziny. Ale było warto.

Bagna Katanuma nieopodal Naruko Onsen

Jezioro Katanuma jest uznawane za jedno z najkwaśniejszych jezior na świecie, o pH około 2. Żyją w nim tak naprawdę jedynie niesamowicie wytrzymałe na te trudne warunki bakterie, dzięki czemu woda jest wręcz przezroczysta i ma przepiękny szmaragdowy kolor. Można się po jeziorze przepłynąć łódką, ale jakoś nie byłam przekonana do pływania po jeziorze z taką wodą. Wolałam przejść się na powolny spacer dookoła. Przysiadłam na ławeczce, popatrzyłam na buchające obłoki siarki w oddali, przypominające mi moją wyprawę na Hokkaidō sprzed lat czy pobyt w Hakone półtora roku wcześniej.
Wiosłowanie na jeziorze Katanuma w okolicy Naruko

Po kolejnym kilkugodzinnym spacerze w ciągu kilku dni wylądowałam w cichej knajpce serwującej soba, gdzie oprócz pysznego jedzenia porozmawiałam chwilę z właścicielką, którą niezwykle uradował fakt, że zjawiła się u niej gaijinka. Dostałam gratis lokalny specjał – shisomaki (しそ巻き), czyli liście shiso wypełnione pastą miso. Pycha.

Po posiłku wybrałam się na leniwe poszukiwanie kokeshi. Podczas spaceru pierwszego dnia odwiedziłam muzeum poświęcone kokeshi, ale było naprawdę średnie. Niby Naruko słyną ze swoich kokeshi, charakteryzujących się między innymi tym, że można kręcić główkami lalek. Ale pozostał we mnie jakiś niesmak. Mała wystawa, w ogóle nie opisana, sklepik z przypadkowymi kokeshi. Do tej pory najbardziej podobała mi się chyba niezobowiązująca i darmowa wystawa w Yajirō. W Naruko nazwano muzeum „japońskim” (Nihon kokeshi kan;日本こけし館), ale to tylko wzmogło mój niesmak, bo spodziewałam się czegoś więcej.

Wystawa laleczek kokeshi w jednym ze sklepów w Naruko

W samym miasteczku odwiedziłam kilka warsztatów i sklepików, ale po raz kolejny poczułam, że Naruko świetność ma już za sobą. W każdym informatorze na temat miasteczka można przeczytać o kokeshi. Główna uliczka miasta to „Ulica kokeshi„. I mimo że faktycznie dużo jest sklepików z nimi, mało jest jeszcze działających warsztatów, a nawet jeśli wciąż istnieją, zdają się nie mieć kontaktu z pędzącą do przodu rzeczywistością.

Ogromna rzeźba kokeshi przed wejściem do jednego z warsztatów w Naruko Onsen

Udało mi się porozmawiać z jednym z twórców kokeshi, który zainteresował się tym, że do jego sklepiku weszła gaijinka. Rzeźbił dzielnie korpusy laleczek, kolejny i kolejny, i zastanawiałam się czy faktycznie czerpie z tego jakąkolwiek przyjemność. Na jego twarzy widać było skupienie, ale nie zobaczyłam ani odrobiny uśmiechu. Szkoda.

Twórca kokeshi w pracy w japońskim kurorcie Naruko Onsen

Na koniec weszłam do zagraconego sklepiku z różnymi laleczkami, nie tylko tymi z Naruko. Kupiłam przy okazji laleczkę typu sakunami kokeshi (作並こけし), której szukałam w Sendai, ale nie mogłam znaleźć, mimo że teoretycznie robione są one w jego okolicy. Pan wyjął zakurzoną książeczkę i pokazał mi, że w Sakunami tak naprawdę laleczki robi jeszcze tylko jedna osoba – pan Hiraga. Wszyscy inni poumierali.

Wnętrze sklepiku i warsztatu w jednym w Naruko

„O, ten umarł dwa lata temu”, „A ten, ten to robił piękne kokeshi. Miał zawał kilka miesięcy temu.” Przekartkowywał książkę z listą twórców kokeshi w całej Japonii i co chwilę zatrzymywał się, żeby pokazać mi, kto umarł.

„Czy tradycja kokeshi umiera?” – zapytałam zasmucona.

„Ona nigdy nie umrze.” – odpowiedział z zadziwiającą pewnością, po czym dodał – „Mam nadzieję.”

Nadzieja umiera ostatnia.

Zachód słońca na dworcu w Naruko Onsen

Zachód słońca w japońskim kurorcie Naruko Onsen

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (5)

  1. Dziwna ta tradycja ale rzeczywiscie uzaleznia… Dla tworcow to cala magia i ich zycie…dla kupujacych zagranicznych…kolejna pamiatka bo pewnie …trzeba miec takowa laleczke z japonii…ubogi swiat cywilizowanego czlowieka!

  2. aaa moja Kokeshi!! 🙂 Mam indentyczną

  3. Chyba największe wrażenie na mnie zrobiły zdjęcia pordzewiałych wyciągów i pozamykanych biznesów. Byłem przekonany że kraj taki jak Japonia jest miejscem, gdzie nie ma miejsca na takie sytuacje. A jednak. Wierzę że tradycja kokeshi przetrwa, i nie zostanie zautomatyzowana, pozwalając na czysty zysk..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *