Brisbane, czyli smakowanie australijskiej wiosny

Brisbane na zawsze będzie kojarzyło mi się z kwitnącymi na fioletowo drzewami dżakarandy. Nad rzeką, w parkach, w centrum miast, w przydomowych ogródkach. Kwiaty rozwiewa wiatr, malując chodniki i ulice na fioletowo. Ludzie leżą pod dżakarandami, podziwiając je, jak Japończycy wiśnie podczas hanami. Piknikują, robią sobie na ich tle zdjęcia, przesiadują w ich cieniu, czytając książkę albo po prostu drzemiąc.

Nie miałam wobec Brisbane dużych oczekiwań. Podpytywałam, podczytywałam, ale werdykt był jeden – „Brisbane to miasto po prostu nudne”. Może coś w tym jest: nie jest to centrum sztuki, nie ma tu niewiadomo jak znanych restauracji, rzadko odbywają się tu światowej rangi festiwale. Ale od pierwszego spaceru wzdłuż rzeki, od której miasto czerpie swoją nazwę, spodobało mi się tu. Chyba byłam stęskniona za zachodnim stylem życia i to w bardziej luzackim wydaniu.

Mieszkańcy Brisbane to trochę tacy „południowcy”, mimo że geograficznie na północy (tutaj wszystko jest na opak). Ludzie leżą na trawie, spacerują leniwie, drzemią pod drzewami w przerwie od pracy. Na południowym brzegu znajduje się między innymi Brisbane Opera i Queensland Museum, do którego można sobie wejść, ot tak, po drodze. W oczekiwaniu na autobus przespacerowałam się wzdłuż szkieletów dinozaurów, obejrzałam ogromną kałamarnicę zakonserwowaną w jakimś płynie i poczytałam o kulturze aborygenów.

Najlepszym sposobem na zwiedzanie miasta jest wypożyczenie miejskiego roweru CityCycle. Wystarczy zarejestrować się online, podać numer karty i za 2 dolary dziennie plus opłatę za przejazdy powyżej 30 minut, jeździć po całym mieście. I tutaj czas na pierwsze zdziwienie – Brisbane jest miejscami naprawdę górzyste. Dlatego też odpuściłam sobie jeżdżenie po całym mieście, bo skończyłoby się to pewnie na zawale serca i zdecydowałam na trasę wzdłuż rzeki. Niezwykle spodobało mi się to, że do każdego roweru dołączony jest także regulowany kask – ponoć zasady w Australii w tej kwestii są dość rygorystyczne. I dobrze, bo naoglądałam się już naprawdę bliskich spotkań ze śmiercią, patrząc na pędzących na łeb na szyję rowerzystów w Oxfordzie, mijających piętrowe autobusy dosłownie o włos.brisbane-1

Brisbane, nie tylko w centrum, to miejsce idealne do jazdy na rowerze. Specjalne ścieżki tylko dla rowerzystów albo pasy ruchu osobne dla pieszych i tych na kołach to norma. Poza miastem często spotkać można specjalne rowerostrady, ciągnące się wzdłuż głównych dróg, a ze znalezieniem stojaków na rower nie ma większego problemu. Mieszkańcy Brisbane w ogóle są aktywni – jeśli nie na rowerze, to na rolkach, pieszo, z kijkami czy na dziwnym wymyśle, który wygląda jak buty na sprężynach. Nikogo nie dziwi fakt, że idzie się do centrum miasta w stroju sportowym. W Tokio ludzie dostaliby chyba zawału albo spytali się mnie czy jestem chora, gdybym na spotkanie przyszła w leginsach i bluzie, co jest standardowym strojem w stolicy stanu Queensland.


brisbane-3

Ledwo wypożyczyłam rower, a już musiałam się zatrzymać, kiedy kątem oka zauważyłam coś na kształt azjatyckiej pagody. Czyżby Azja mnie prześladowała? O co chodzi? Nepal Peace Pagoda (dosł. „Nepalska Pagoda Pokoju”) to pozostałość po Expo, zorganizowanym w Brisbane w 1988 roku. W tym celu ścięto w nepalskiej dżungli 80 ton drzewa i przewieziono do Katmandu, gdzie przez dwa lata 160 rodzin pracowało nad stworzeniem tego cuda. Następnie przewieziono wszystkie elementy statkiem w kontenerach do Australii, gdzie złożenie zajęło tylko kilka dni. Stała się hitem podczas Expo na tyle, że jeszcze w czasie trwania wydarzenia złożono petycję o zatrzymanie jej w mieście. Całe szczęście, bo wygląda fantastycznie.

brisbane-4

brisbane-5

Tuż obok znajduje się kolejne fantastyczne miejsce – Epicurious Garden, gdzie hodowane są warzywa, owoce i zioła. Można zobaczyć, jak rosną różne rośliny, które jadamy na co dzień, porozmawiać z wolontariuszami, którzy opiekują się ogrodem i wziąć udział w organizowanych od czasu do czasu prelekcjach. W Internecie na stronie urzędu miasta można znaleźć także przepisy z hodowanymi tam roślinami. Czy to nie rewelacyjna inicjatywa? Tuż obok tętniącego życiem kulturalnego centrum miasta, można nauczyć się, jak hodować swoje własne warzywa, dowiedzieć się o metodach ich przyrządzania, pokazać dzieciom, że zdrowe jedzenie, nie jest ani trudne ani nudne.

brisbane-10 brisbane-11

Nieopodal można wykąpać się także w publicznym basenie, poopalać się, poleżeć na trawie czy zrobić sobie piknik. Przygotowano specjalne stoły, niektóre z wbudowanym grillem, gdyby ktoś miał ochotę przyjść z rodziną i zorganizować rodzinne barbecue. Niektórzy zresztą korzystali z tej możliwości – z daleka kusiły zapachy przygotowanego jedzenia. Większość jednak zajadała się lodami sprzedawanymi w jednym z vanów.

brisbane-2

Kilka minut jazdy dalej można znaleźć porządne restauracje i kawiarnie, gdzie od rana do nocy siedzą ludzie, rozmawiają, jedzą, a ich śmiech niesie się nieraz po rzece spory kawał drogi. Gdybym była w Brisbane na dłużej i mieszkała bliżej centrum, na pewno skusiłabym się od czasu do czasu na śniadanie nad brzegiem rzeki.

brisbane-14 brisbane-13

Najbardziej zadziwił mnie chyba Kangaroo Point – Kangurzy Cypel – i znajdujące się tam klify. Nie spodziewałam się widoku takich skał nad brzegiem rzeki i to w centrum miasta. Co więcej – co kilka metrów na skałach wspinali się ludzie – niektórzy dopiero zaczynali przygodę ze wspinaczką i niepewnie stawiali w zagłębieniach stopy, inni hasali po odcinkach z dala wyglądających na kompletnie gładkie z małpią zwinnością. Chciałabym kiedyś spróbować wspinaczki, a Kangaroo Point, skąd widać centrum Brisbane i dzielnicę New Farm wydaje się idealnym miejscem. Może następnym razem?

brisbane-39

brisbane-42

Przejechałam mostem na drugą stronę (co nie było wcale takie proste, bo wymagało wjechania pod sporą górę) i popędziłam po ścieżce najpierw wzdłuż budynków New Farm, a potem przez Ogród Botaniczny aż pod most Victoria Bridge, przez który wróciłam ponownie na południowy brzeg rzeki. Oddałam rower i udałam się w stronę dzielnicy West End, oddalonej o kilkanaście minut spacerem. Nie szłam tam jednak totalnie bez celu – planowałam zdobyć wegańskie pączki, które w wege-kręgach internetowych, zwłaszcza na Instagramie, robią totalną furorę. Nie jadłam pączka przez poprzednie… cztery czy pięć lat. Ostatnio zjadłam jakiegoś bodajże na pierwszym roku studiów na Tłusty Czwartek. Dlatego szłam w stronę West End żwawym krokiem, nie mogąc się już doczekać.

brisbane-37 brisbane-40

Boundary Street Markets odbywają się jedynie w weekend i piątki wieczorem. A pączki sprzedawane są jedynie w piątek od 16. Byłam przekonana, że będę pierwszą osobą w kolejce, w końcu przyszłam specjalnie kilkanaście minut wcześniej. Na początku miałam problem ze znalezieniem marketu, potem ze znalezieniem stoiska. Odnalezienie w całym morzu różnych stoisk tego jednego okazało się jednak całkiem łatwe – jedynie przed nim dobry kwadrans przed otwarciem ustawiła się już spora kolejka. Podeszłam szybko do stoiska. Pączek o smaku waty cukrowej, borówkowy, waniliowy, karmelowy z orzechami pekan, mango-kokos… Wszystkie wegańskie! Jak tu wybrać?!

brisbane-20 brisbane-21

Stanęłam grzecznie w kolejce. „Borówka i wata cukrowa” – podjęłam decyzję po minucie. Kilkanaście sekund później zaczęłam się wahać. „A może jednak mango-kokos? Ale jadłam przecież podobny deser wczoraj…”. Zaczęto sprzedawać pączki kilka minut przed 4, a moje zamówienie zmieniło się do tego czasu kilkukrotnie. Przyszła moja kolej. Zaniemówiłam. „Może wezmę po jednym i będę zajadać się pączkami przez kolejne kilka dni?” – zastanawiałam się. Wiedziałam jednak, że gdybym kupiła po jednym z sześciu, zjadłabym je pewnie wszystkie od razu. Stanęło na wacie cukrowej i mango-kokos. Okazało się zresztą, że był to wybór rewelacyjny. Słodkie, ale nie za bardzo, niezbyt tłuste, ale nadal smakujące, jak prawdziwe pączki. Pycha. Ekstra. Chapeau bas!

Porozmawiałam sobie zresztą chwilę później z niesamowicie sympatyczną parą stojącą za całym przedsięwzięciem. Napisali mi na kartce całą listę wege miejsc do odwiedzenia w Brisbane i Melbourne.

„Przygotuj się na Melbourne, bo tam można jeść wege-pyszności od rana do nocy” – ostrzeżono mnie.

Kiedy spytałam, skąd wziął się pomysł robienia wegańskich pączków, dziewczyna zaśmiała się i wskazała na swojego partnera.

„Pewnego dnia miałam niesamowitą ochotę na paczką. Po prostu MUSIAŁAM zjeść pączka. No nie mogłam się powstrzymać. Powiedziałam mu – zrób mi pączki! Spojrzał na mnie dziwnie, nie mówiąc ani słowa. Zdążyłam zapomnieć o tym, godząc się z tym, że muszę o tym zapomnieć. A wieczorem, niespodzianka! Dostałam domowej roboty pączki. A za tydzień kolejne. Potem zaczęliśmy smażyć je regularnie na wszelkie rodzinne imprezy czy spotkania z przyjaciółmi… No i tak jakoś wyszło” – opowiedziała historię Bake, które jest hitem całego targu w piątkowe wieczory. (Zajrzyjcie koniecznie na ich Instagram, żeby wiedzieć, o jakich cudach mówię)

Pożegnałyśmy się, a ja poszłam zwiedzać inne stoiska, na których można było kupić jedzenie dosłownie z całego świata, zarówno w wersji dla mięsożerców, jak i wegan. Wegańskie cupcakes, lody, różne ciasta, a do tego jedzenie bardziej „normalne” – tacos, pizze, wrapy… no żyć, nie umierać!

Po pączkowej rozpuście nie byłam jednak głodna, więc wybrałam się z powrotem nad rzekę, tym razem pieszo. Przysiadłam pod jednym z drzew dżakarandy, wyjęłam książkę i nie mogłam się nadziwić, że jeszcze kilka dni temu byłam w głośnym i zatłoczonym Tokio. Patrzyłam na miasto po drugiej stronie rzeki i zastanawiałam się, co takiego jest w Brisbane, że czuję się tu dobrze. Uderzyło mnie to po chwili – tu nie ma prawie w ogóle reklam. Wieżowce nie są oblepione billboardami, neonami i podobnym dziadostwem. Wiecie, jak bardzo zmienia to postrzeganie miasta? Przestrzeni w ogóle? Fakt, że mogę sobie popatrzeć na panoramę miasta, siedząc pod drzewem dżakarandy i nie gapi się na mnie wielka na kilka pięter twarz celebryty, promującego kolejny program w telewizji, nową pastę do butów czy inny bzdet? Po japońskim architektoniczo-stylistycznym burdelu moje zmysły odpoczywają. Tak, w centrum Brisbane też są ulice reklamowej tandety. Ale nie na polską skalę (niestety).

brisbane-23 brisbane-24

„Kiedyś tu jeszcze wrócę!” – obiecałam sobie. Liznęłam trochę Brisbane, odwiedziłam kilka knajpek przez te parę dni, porozmawiałam z kilkoma niezwykle sympatycznymi mieszkańcami miasta. Mili są nawet kierowcy w autobusie, którzy machają na pożegnanie, życząc miłego dnia. Panie w sklepie oprócz „dzień dobry”, pytają się także „jak leci?”. Niektóre robią to automatycznie, „bo tak trzeba”. Wtedy przechodzi mnie niemiły dreszcz, bo przypominam sobie formułki w japońskich sklepach wykrzykiwane piskliwym do bólu głosem.

brisbane-26

Jednakże częściej niż nie, w sklepach czy restauracjach witał mnie szczery uśmiech. Nawet jak obsługa nie ogarnia (co zdarzyło się dość często), popełniła jakiś błąd czy zapomniała o zamówieniu, nie czuło się zdenerwowania. „Podamy za chwilę, przepraszamy” – i po sprawie. W jednej wege knajpce dostałam darmową kawę, bo przez przypadek przekręcono moje zamówienie. Nie przeszkadzało mi to aż tak, ale darmową kawą nie pogardzę. Zwłaszcza, jak popijając ją, mogłam popatrzeć na ludzi dookoła mnie. Którzy spotykają się, żeby porozmawiać albo przychodzą sami, aby popracować. Nikt nie siedzi na komórce, co w Japonii jest normą, nawet na randce. Ludzie autentycznie lubią spotykać się na mieście!

Nie, Brisbane nie może pochwalić się, tak jak Japonia, „wspaniałą obsługą”. Ale przez to jest bardziej ludzka. Można zagadać, dowiedzieć się o fajne miejsca w mieście, nawet jak jedzenie przyjdzie kilka minut później i nie będzie wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciu w menu. I chyba takiej „ludzkiej” twarzy mi brakowało. A w przerwach od kawiarni i rozmów, można wyjść nad rzekę i popatrzeć na panoramę miasta. Nie byłam zresztą jedyną osobą – w Japonii nie widziałam chyba takich tłumów, które po prostu by stały i podziwiały, nie robią przy tym zdjęć. Ja chciałam zachować sobie ten moment na pamiątkę, wyciągnęłam więc aparat i cyknęłam kilka fotek. Mieszkańcy Brisbane stawali, popatrzyli chwilę i szli dalej. Nacieszyli oczy i kontynuowali rozmowy. Nie potrzebowali chwalić się tym na Fejsie. Po prostu cieszyli się chwilą. Ach, jak mi takiego podejścia do życia brakowało!

brisbane-34 brisbane-35

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (6)

  1. Brizbejn, Jak żywe 🙂
    Jak chcesz dżakarandy pooglądać jedź do Grafton – właśnie mają Jacaranda Festival
    http://www.jacarandafestival.org.au/main.html

  2. Ciesze sie ze tak milo powitalo CIÉ Brisbane! Rozkoszuj sie i odpiczywaj, laduj bateryjki sloncem AU! Przyda sie na pewno w dalszym buszowaniu po zakamarkach matko Ziemii!

  3. Pięknie 🙂
    Dziękuje za wspaniałą wycieczkę.
    Pozdrawiam,
    Justa x

  4. Miło byłoby mieszkać w takim miejscu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *