Wyspa Sado (佐渡島), czyli japońskie Eldorado

Wyspa Sado żyje własnym życiem. Mało kto przejmuje się tym, co dzieje się w reszcie Japonii, rybackie wioski nie zmieniły się zbytnio w ciągu ostatniego stulecia. Tylko kopalnia złota, która była kiedyś centrum przemysłu na wyspie, od dwudziestu lat jest zamknięta i po jej korytarzach zamiast górników chodzą turyści.

Dostanie się na wyspę Sado w teorii jest całkiem proste – wystarczy wziąć prom z Niigaty i dwie godziny później jest się już na wyspie. Jednak mało jaki Japończyk, nie wspominając już o turystach, odwiedza te strony. A szkoda, bo ja podczas kilku dni na Sado, poczułam się trochę jak w innym świecie. Niekoniecznie w tak magicznym jak na Haguro-san. Chyba po raz pierwszy poczułam „wyspiarskość” Japonii i jej silną więź z morzem.

Poruszanie się na Sado bez samochodu nie jest najłatwiejszym zadaniem. Niby kursuje kilka autobusów, ale jeżdżą rzadko i jedynie po głównych drogach, dlatego warto zaplanować sobie wcześniej trasę, bo inaczej może skończyć się na tym, że wylądujemy w jakiejś wpół opuszczonej rybackiej wiosce na końcu świata bez możliwości powrotu do cywilizacji. A niestety nikt nie mówi tutaj po angielsku, chyba że jakiś zagubiony turysta – ja nie spotkałam jednak żadnego nie-Japończyka podczas swoich kilku dni na wyspie.

sado-9 sado-2

Postanowiłam zatrzymać się w malutkim pensjonacie na środku wyspy i był to strzał w dziesiątkę. Prowadzony przez rodzinę, ukryty na brzegu lasu, był świetną ostoją. Tego zresztą potrzebowałam. Nie miałam żadnych szczególnych planów. Nie wiedziałam, co chcę zobaczyć i kiedy. Pomogła mi w wyborze dziewczyna, córka właścicieli pensjonatu, która jak tylko zorientowała się, że mówię po japońsku, nie mogła się ode mnie oderwać. Przysiadała się podczas kolacji, wypytywała o weganizm, upewniała czy wszystko dobrze zrozumiała i przygotowała. Wiecie, że to pierwszy raz, kiedy ktoś w Japonii spytał się mnie o to, czym jest wegetarianizm czy weganizm? Z reguły ludzi to nie obchodzi, ot, kolejne widzimisię gaijina. Tutaj jednak nie poczułam, żeby ktoś mnie oceniał – wręcz przeciwnie – ja uczyłam się co nie co o polecanych przez nią miejscach na Sado, a ona o tym, co dla mnie ważne.

Wbrew pozorom, Sado nie jest pierwszą lepszą wysepką – odegrała sporą rolę w historii Japonii. Od pierwszej połowy XVI wieku, kiedy odkryto na niej ogromne złoża złota, była kluczowym źródłem przychodu dla szoguna. Do tego czasu wyspa kojarzyła się jedynie z zsyłkami, które uznawane były za najgorszą możliwą karę, nie licząc kary śmierci. Losu takiego nie uniknął nawet jeden z cesarzy, Juntoku (順徳), po nieudanej próbie odebrania władzy szogunowi w Kamakurze. Na Sado mieszkał przez kilka lat także najsłynniejszy bodajże mnich buddyjski Nichiren (日蓮), założyciel szkoły buddyzmu o tej samej nazwie.

sado-15 sado-13

Po odkryciu złota na wyspie skończyły się zsyłki niewygodnych myślicieli i polityków, którzy niezbyt nadawali się do pracy w kopalni. Zamiast nich na łodzie pakowano bezdomnych z wielu japońskich miast i zmuszano do pracy w katorżniczych warunkach, na przykład przy wybieraniu wody z tuneli. Niestety większość z nich umierała bardzo szybko… więc dosyłano ich więcej. Kopalnia znajdująca się nieopodal miasteczka Aikawa (相川) w latach świetności produkowała nawet 400 kg złota (!), a w jej okolicach mieszkało prawie 100 tys. ludzi.

Duża część miasteczka do dziś zachowała wspaniały klimat. Wystarczy przejść się uliczkami w stronę kopalni, żeby znaleźć się wśród dziesiątek małych świątyń i zgubić się w labiryncie drewnianych domów. Najbardziej zauroczyła mnie chyba uliczka Kyō-machi (京町), która przez wieki była handlowym centrum miasta. Wiele z budynków stoi w miarę nienaruszonym stanie od stuleci, w niektórych z nich nadal działają małe galerie czy warsztaty rzemiosła. Sado słynie między innymi z ceramiki mumyoi-yaki (無名異焼) wyrabianej z czerwonej gliny. Nie udało mi się kupić niczego, lecz później, po zjedzeniu obiadu w lokalnej knajpce z makaronem soba, dostałam małą czarkę do sake w takim stylu od właściciela restauracji na szczęście.

sado-62 sado-61

Idąc dalej, pod górę, mijam kolejne domy, jakieś świątynki, kolejną ukrytą knajpkę i dochodzę do ulicy Daiku-machi (大工町), gdzie mieszkali dawniej rzemieślnicy z pobliskiej kopalni. Rozpościera się stąd przepiękny widok zarówno na okolice kopalni, jak i na morze, którego zapachem przesiąknięte jest cała Aikawa. Momentami wątpiłam czy dobrze idę. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, a ja szłam przed siebie, jak zwykle bardziej „na azymut” niż podążając konkretną trasą. Po kilku minutach droga zamieniła się w dróżkę, a ta później w wąziutką ścieżynkę. Ale póki dało się iść dalej, starałam się zbytnio tym nie przejmować. „Najwyżej się wrócę” – powtarzałam sobie.

sado-59

sado-68

Okazało się jednak, że mój instynkt nie zawiódł i jakieś kilkanaście minut później znalazłam się przy opuszczonych budynkach kopalni. Stanęłam tak i patrzyłam na kompleks, który przez stulecia był jednym z najważniejszych miejsc dla japońskiej ekonomii. Tutaj zresztą przez długi czas wybijano tutaj japońskie monety. Teraz budynki straszyły… równocześnie fascynując. Zawsze coś ciągnęło mnie do ruin, a w Japonii fanów eksplorowania opuszczonych budynków jest naprawdę wielu – na tyle, że powstała nazwa haikyo (廃虚), która teoretycznie oznacza po prostu „ruiny”, ale używana jest w odniesieniu do „miejskiej eksploracji”.

sado-76

Zwiedzanie kopalni zostało podzielone na dwie części – na korytarze wybudowane jeszcze podczas ery Edo (przed 1868 rokiem) i na te, które rozbudowywano podczas industrialnego boomu po „otwarciu się” na świat (pamiętajcie jednak, że Japonia nigdy nie była całkowicie zamknięta, nawet jeśli Japończycy próbują nam i sobie to wmówić). Pierwszy plus – nie kazano mi dołączać do żadnej wycieczki, pokazano mi wejście do kopalni, gdzie wyznaczono krótką trasę i poradzono, żebym włożyła coś cieplejszego na siebie.

-„Itte rasshai!” – „do zobaczenia!”, wykrzyknęła za mną pani sprzedająca bilety, niczym do swojego dziecka, wychodzącego z domu do szkoły.

-„Itte kimasu!” – „niedługo wrócę”, odpowiedziałam, włożyłam bluzę i skierowałam się w otchłań.

sado-78 sado-79

Warto tutaj dodać, że cierpię na lekką klaustrofobię. Nie lubię ciemnych i ciasnych miejsc, zwłaszcza jak są to nieużywane od lat korytarze w kopalni. Nie byłam jednak nigdy w kopalni złota, a obiecałam sobie, że będę powoli przełamywać swoje fobie. Udało mi się z panicznym strachem przed burzą (chociaż głównie dlatego, że stwierdziłam, iż trzęsienia są sto razy gorsze, bo nieprzewidywalne, a burzę można usłyszeć już z daleka), ogarnęłam już nawet swoje wielkie obrzydzenie do robali po kilku bliższych spotkaniach z karaluchami wielkości ludzkiej ręki w Korei Północnej.

Trasa okazała się dobrze przygotowana i nie za długa. Po kilku minutach trasy przez korytarze, trasa prowadziła dalej na zewnątrz w stronę wykopaliska. Zdziwiłam się, że ta „pęknięta góra”, którą podziwiałam kilkanaście minut wcześniej podczas spaceru z Aikawy, okazała się po prostu pozostałością po kopalni złota. Ledwo włożyłam na siebie kurtkę i kaptur, a już musiałam je ściągać, bo na zewnątrz było wyjątkowo gorąco, szczególnie w porównaniu z chłodem panującym pod ziemią. Ścieżka wiła się pod górę – przede mną znajdowała się kopalnia, a raczej to, co z niej zostało, a za mną rozpościerała się panorama na Aikawę i wzburzony ocean.

sado-87

Przy głównym wyrobisku postawiono malutką świątynkę szintoistyczną, poświęconą odpowiednim kami. Przed pracą górnicy modlili się w niej, prosząc o bezpieczeństwo i szczęście w znalezieniu żyły złota. Niestety pracę w kopalni złota, zwłaszcza przed Restauracją Meiji, można bez wątpienia nazwać piekłem. Malutkie nory, w których niczym krety przeciskali się górnicy, wykopując korytarze malutkimi młoteczkami, pracujący niemalże nago niewolnicy, wybierający wodę w korytarzach, gdzie temperaturze było bliżej do tej panującej w piekarniku, bez prawa do odpoczynku nawet do 48 godzin… Nie wiadomo, ilu ludzi zginęło na przestrzeni stuleci w kopalni, ale pewnie wielu. I to wszystko dla kilkudziesięciu kilogramów złotego kruszcu rocznie.

sado-90 sado-84

Okrutne warunki pokazywała świetnie wystawa z manekinami górników, poustawianymi w różnych wnękach korytarza z epoki Edo. Początkowo nie byłam do nich przekonana, bo nie lubię woskowych figur i podobnych atrakcji. Na szczęście te wykonano całkiem zgrabnie i mimo że momentami mnie przerażały, pozwoliły mi wyobrazić sobie lepiej pracę górników, kiedy dopiero zaczynano przygodę z wydobywaniem złota w Japonii.

Nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić okolicy kopalni tętniącej życiem. Po spacerze po korytarzach udałam się do mini-muzem, gdzie można było przeczytać więcej na temat tego miejsca. Więcej danych, zdjęć, makiet. Wszystko pięknie, ale podczas tych kilku dni na Sado odebrałam wyspę raczej jako senny koniec świata niż tętniące życiem japońskie Eldorado. Czy miasto może aż tak zmienić się podczas dwudziestu lat? Czy może kopalnia dogorywała już od dawna, a utrzymywano ją sztucznie przy życiu? Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na to pytanie. Miasto jednak rozpaczliwie chwyta się kopalni, która dla wielu jest jedynym powodem, aby przyjechać na Sado. Wielu turystów przyjeżdża na wyspę dosłownie na kilka godzin – wsiadają na wodolot w Niigacie, 50 minut później w porcie Ryutsu, tam czeka już na nich autobus, który pół godziny później podrzuca ich pod kopalnię, gdzie zwiedzają ją przez godzinkę, zjadają lunch gdzieś w Aikawa i wracają „na ląd”. Chwilę po moim wyjściu z kopalni wpadłam na taką ogromną grupę, która podjechała pod wejście kilkoma autokarami, wysiadła, zrobiła sobie pamiątkowe zdjęcie, po czym niemalże przebiegła całą trasę pod ziemią… No ale mogą się pochwalić, że byli w kopalni złota.

Japońscy turyści o wiele więcej czasu spędzili w sklepie z pamiątkami, który dla mnie był krainą żywcem wyjętą z moich koszmarów. Kartony chusteczek w kształcie bryłek złota, słabej jakości alkohol ze złotą etykietką, plastikowe breloczki w kształcie małych bryłek złota, kawa w papierowych kubeczkach posypana złotym pyłkiem. Lekko przyschnięte ciastka w plastikowych pudełkach, z których można było wziąć sobie po jednym do spróbowania przed kupnem wielkiego kartonu omiyage dla współpracowników w swoim korpo. Pan nawołujący schrypniętym głosem do kupna jakiś glonów, z których ponoć słynie wyspa Sado. Nie ma to jak pojechać na totalny koniec świata i wrócić z torebką wodorostów, marnym piwem i jakimiś przypadkowymi czekoladkami…

Mam chyba zbyt wygórowane oczekiwania, bo nic nie zwróciło mojej uwagi. Trudno. Zjadłam szybko sprzedawany na malutkim stoisku niedaleko wejścia do kopalni lokalny przysmak – sasadango – ryżową kluseczkę z anko z dodatkiem yomogi (蓬), po polsku „bylicy pospolitej”, zawiniętą w liść bambusa. Pycha. W sam raz na poprawienie sobie humoru po wizycie najpierw pod ziemią, a potem w świątyni kiczu.

sado-91

Wsiadłam w autobus odjeżdżający spod kopalni i wysiadłam w Aikawie. Stamtąd wzięłam jakiś losowy autobus, jadący wzdłuż brzegu i wysiadłam w sennej rybackiej wiosce, Futami (二見), skąd powoli wróciłam piechotą do Sawada (). Na mapie wyglądało to tylko na kilka kilometrów, nie spodziewałam się jednak, że wybrzeże będzie takie górzyste, a morze nie da mi spokoju i będzie zsyłać na mnie silną morską bryzę, która utrudniała spacer. Przeszłam się po sennej wiosce rybackiej, która momentami wyglądała na totalnie opuszczoną. Weszłam na wzgórze, gdzie ukryta była malutka świątynka. Spojrzałam na okolicę, na malutki budynek świątyni, który tylko na pierwszy rzut oka zdawał się opuszczony.

sado-23 sado-24

Jestem na końcu świata – pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie.

sado-27

Uwielbiam odkrywać takie miejsca. Wędrować po uliczkach, uśmiechać się do starszych kobiet, które od rana uprawiają swoje małe poletka, owijając głowę chustą. Nie spotkacie takich osób w Tokio. Pewnie większość turystów nigdy takiej Japonii nie doświadczy. Nie zobaczy malutkich opuszczonych wiosek, z dala od cywilizacji, gdzie ludzie nie mają pojęcia o istnieniu maid cafes, restauracji z robotami i gothic lolitas. Ludzie tutaj podjeżdżają samochodami do automatów z napojem, jakby jechali do sklepu. Tak, w centrum Sado można wybrać się do supermarketu, jak na przedmieściach większego miasta. Ale życie większości mieszkańców wiosek takich jak Futami, kręci się wokół morza. Nie mają czasu ani ochoty na nic innego.

sado-37 sado-44

sado-43 sado-47

Moje nozdrza przepełniał zapach morza i ryb. Nad głową zaczęły zbierać się czarne chmury. Zadzwoniłam do mojego pensjonatu czy mogliby mnie odebrać z przystanku. „Nie ma sprawy, poczekaj tu i tu”. Weszłam do konbini, a z nieba runął wodospad wody. Ściana, przez którą nie widziałam dosłownie nic. Kilka minut później pod drzwi sklepu podjechała właścicielka z pensjonatu, wyskoczyła na zewnątrz z dwoma parasolami, jednym dla siebie, drugim dla mnie. W samochodzie przygotowała dla mnie ręcznik, bo myślała, że złapała mnie ta ulewa. Ręcznik był oczywiście podgrzany, świeżo zdjęty z grzejnika. Nie potrzebowałam go, ale i tak wtuliłam w niego twarz, wdychając zapach czystości. Zapach domu. Nawet jeśli tylko na kilka dni.

sado-16 sado-19 sado-49 sado-50 sado-51

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (6)

  1. Podoba mi sie twój blog, twój styl pisania, ciekawe zdjecia. Twoje wycieczki są bardzo ciekawe i w przyszłości chciałabym iść twoim śladem!

  2. Ej, trochę luzu z tymi turystami. Może dla większości to mało refleksyjna wycieczka, ale może ktoś po takiej godzince w kopalni poczuje się zainspirowany i coś to zmieni w jego życiu. Albo chociaż załapie chęć podróżowania i zauważy, że może są na to lepsze sposoby. A nawet jak nie to i tak myślę, że to lepiej, że ludziom się chce zwiedzać cokolwiek niż siedzieć w tych swoich korpo. Nie wszyscy muszą być od razu wielkimi podróżnikami. 😉 A okolica bardzo klimatyczna, piękne zdjęcia. Bardzo mi to przypomina małe wioseczki wokół mojej Fukuoki. 🙂

  3. Magicznie.spokoj.cisza.kolory jesieni.
    Zamyslenie…

  4. Wspaniała relacja. Lubię właśnie takie miejsca – puste, spokojne, bez hałaśliwych turystów, miejsca w których można poznać prawdziwe życie mieszkańców 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *