Paektu-san (백두산) – święta góra Koreańczyków

Paektu-san to dla Koreańczyków święte miejsce. To tu według mitologii narodził się ich przodek –Tan’gun. Tu też według północnokoreańskiej propagandy, narodził się w małej chatce Kim Dzong Il. Dojechanie tam jest nie lada wyzwaniem, nawet dla kogoś, komu udało się już wjechać do Korei Północnej, dlatego mało jaki turysta ma okazję wspiąć się na najwyższy szczyt półwyspu koreańskiego (2744 m.n.p.m.). Mnie się udało.

Miałam niesamowite szczęście, że akurat podczas mojego pobytu w Pjongjangu grupa dyplomatów organizowała wyjazd w okolice góry Paektu-san (백두산). Jazda samochodem czy autobusem zajęłaby nam pewnie kilka dni, więc jedyną opcją był lot do położonego nieopodal góry lotniska Samjiyŏn (삼지연). Ze względu na to, że nasza grupa liczyła niecałe 30 osób, wyczarterowano dla nas wysłużony śmigłowy samolot – sowiecki Antonov-24. Lot trwał na szczęście jedynie trochę ponad godzinę, a ja, przyklejona do okna, podziwiając piękny krajobraz za malutkim okienkiem, nawet nie zorientowałam się, że ten czas minął. Ciągnące się w nieskończoność góry, przecinające je doliny, rzeki, ukryte nad nimi wioski. Pisałam już o pięknym krajobrazie przy okazji wycieczki do Wŏnsan (원산) czy Kaesŏng (개성), ale z lotu ptaka wygląda to po prostu magicznie.

Kiedy wyjeżdżałam z Pjongjangu, było tam około 20 stopni. O 6 nad ranem, bo w ciągu dnia temperatura dochodzi do 27-28. W Samjiyon natomiast temperatura była co najmniej o 10 stopni niższa. Lotnisko znajduje się na totalnym końcu świata – nie ma hali przylotów czy odlotów. Podjeżdża się autobusem, sprawdzają na oko listę pasażerów i wsiada się do samolotu. Oczywiście budynek ozdobiono portretami Kima Ojca i Kima Dziadka. Nie zwracam już na nich zbytnio uwagi. Próbują wywołać we mnie poczucie niepokoju, ale za każdym razem powtarzam sobie, że to tylko obrazy. Nawet jeśli spoglądają na mnie, gdziekolwiek pójdę, uśmiechając się szyderczo.

Wkładam na T-shirt bluzę i ładuję się do autobusu, który ma nas zawieźć w stronę zbocza Paektu-san. Pierwsze zdziwienie? Na drogach pełno grupek ludzi w mundurach, niektórzy niosą sztandary, większość dźwiga plecaki. Wojsko? Nie, wyglądają za młodo. Na ich twarzach ogorzałych od słońca wyszły czerwone rumieńce. Chyba coś śpiewają, ale pieśń zagłusza silnik autobusu. Kilka minut później mijamy grupkę dzieci, z wciśniętymi na uszy czapkami ozdobionymi z przodu czerwonymi gwiazdami. Znowu sztandary, znowu pieśni. Marsz trwa.

Pytam się przewodniczki o co chodzi. Czyżby w tym syberyjskim klimacie wcielano do wojska nawet takie maluchy?

„Nie,” – odpowiada, podśmiewając się z mojej niewiedzy – „to szkolna wycieczka, podczas której odwiedzają miejsca kluczowe dla rewolucji.”

Wyglądam chyba na niezbyt przekonaną pomysłem chodzenia przez dwa czy trzy tygodnie w takim chłodzie, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, ale czekam na edukacyjną pogadankę.

„Jak wiesz, okolice Paektu-san to serce rewolucji przeciwko japońskim imperialistom, zapoczątkowanej przez naszego najdroższego Prezydenta Kim Ir Sena. Niedaleko stąd narodził się przecież nasz wielki wódz Kim Dzong Il. Tutaj znajdowały się obozy naszych dzielnych partyzantów, bez których Korea nie byłaby dziś wolnym krajem (sic!). Młodzież wybiera się na kilkutygodniowe wyprawy szlakiem początków rewolucji, żeby móc potem wprowadzać jej zasady w życiu codziennym.”

W skrócie – ciągają dzieciaki w mrozie, każą im chodzić dziesiątki kilometrów dziennie, żeby choć w ułamku wczuły się w trud, jaki zadał ich Wielki Wódz, przemierzając w podobnym wieku ogromne dystanse, ze swojej rodzinnej wioski Mangyongdae (만경대), za linię wroga w Mandżurii. To przecież zrozumiałe, że każdy chce wczuć się choć trochę w heroizm wyzwoliciela! Kilkanaście lat później razem ze swoimi dzielnymi partyzantami przemierzył kolejne setki kilometrów. Co jakiś czas spośród drzew wyłania się mural z Kim Ir Senem, najczęściej za młodu podczas jednego ze swoich marszów o dystansie „tysiąca ri” (prawie 4000 km). Ot, dla niego to tylko spacerek.

Młody Kim Ir Sen podczas jednego ze swoich marszy o dystansie "tysiąca ri"

Młody Kim Ir Sen podczas jednego ze swoich marszy o dystansie „tysiąca ri”

Sporo dzieci zmuszane jest zresztą do pokonania całego dystansu w ramach “rewolucyjnego wychowania”. Patrzę na drobne ciałka w za dużych pseudo-wojskowych ubraniach, na zmarznięte ręce trzymające sztandary. Przebierają rytmicznie nogami w niebieskich płóciennych trampkach. Chcą tak bardzo naśladować swojego ukochanego wodza, a tym samym wiedzą, że nigdy jego wspaniałości nie dorównają. Człapią przed siebie, śpiewają piosenki ku Jego czci. Nie mają wyboru.

Dzieci uczestniczyły w pieszej pielgrzymce co roku, przechodząc ten sam dystans, co nasz lider podczas swojej wędrówki w naszym wieku. Przyklejaliśmy rewolucyjne hasła na klapie plecaka ucznia przed nami, żebyśmy mogli iść i uczyć się w tym samym czasie. Było to dla nas ogromne przeżycie, nawet jeśli na koniec marszu nasze stopy były zdarte do krwi, a paznokcie połamane. Ale jeśli nasz Wielki Wódz to zrobił, my także musimy – wszyscy – jeśli mamy kontynuować jego wspaniałe dokonania i spełnić jego marzenie o zjednoczeniu Korei.

http://sinonk.com/2015/01/31/hagiography-of-the-kims-the-childhood-of-saints-kim-il-sung/

Po drodze na górę zatrzymujemy się w domniemanym miejscu narodzin Kim Dzong Ila. Co z tego, że fakty wyglądają inaczej i że narodził się on nie w „obozie partyzantów” na zboczu Paektu-san, tylko we wsi Wiatskoje koło Chabarowska… Lokalna przewodniczka ubrana podobnie jak pielgrzymujące dzieci w mundur i czapkę z rewolucyjną gwiazdą wita nas przy jednym z murali. Opowieść zaczyna się od pokazania naszej grupce wzgórza, które nazwano od imienia Kim Dzong Ila.

„Żeby pokazać przywiązanie i miłość narodu koreańskiego do naszego ukochanego wodza, na wzgórze wzniesiono ogromne bloki z granitu, o wymiarach 7 na 6 m, z wyrytymi w nich sylabami, tworzącymi nazwę wzgórza. Ogromny wysiłek, który był potrzebny do przetransportowania na szczyt takiego ciężaru, potwierdza wielkość naszej rewolucji”.

Przyzwyczajona już jestem do retoryki lokalnych przewodników. Kobieta autentycznie wygląda jakby w to wszystko wierzyła. Kilka minut temu mijałam zgięte w pół bezzębne babinki, idące nie wiadomo gdzie przez las. Kobiety niosące na głowie niemalże cały swój dobytek. Chłopców ciągnących za sznur styrane woły. Na pewno paliliby się wręcz do tego, żeby poświęcić resztki swoich sił na wtarganie na górę kilkutonowych granitowych bloków.

Wchodzimy do lasu i po kilkunastu metrach zatrzymujemy się przy pięknym górskim strumieniu.

„To tym strumieniem nasi dzielni partyzanci walczący przeciwko japońskim kolonizatorom przychodzili do obozu, żeby nie zostawić po sobie żadnych śladów” – wraca do oficjalnej opowieści przewodniczka, ale nie jestem w stanie się skupić i do uszu wpadają jedynie fragmenty

„… z tego strumienia czerpała wodę też ukochana matka Kim Dzong Suk” – kontynuuje i dopiero po chwili dociera do mnie, że jedyną rolą Kim Dzong Suk było po prostu bycie „matką”.

„Kiedy partyzanci byli ranni, bądź chorowali, Matka przychodziła tutaj, nawet w ogromnym mrozie po wodę. Wiecie, że zimą temperatura tutaj dochodzi do prawie -50 stopni? Dzięki jej ogromnemu poświęceniu, partyzanci zdrowieli.” – wskazuje w stronę malutkiej niby-studni przy strumieniu – „wypijcie trochę tej wody, ma lecznicze właściwości!” – sugeruje, lecz nikt nie wydaje się zbyt chętny. Ta jednak nie daje za wygraną. Prowadzi nas nad brzeg strumienia, a tam przygotowane plastikowe kubeczki, śmietnik, pełna kultura. Rozdaje każdemu po kubeczku i czeka, aż nawrócimy się wodą święconą.

Przychodzi moja kolej. Biorę łyka wody. Zimna. Dobra. Nie czuję jednak oświecenia. Kości wcale mniej nie łupią. Propagandowe śpiewki nie zaczęły mnie nagle interesować. Czyżbym była beznadziejnym przypadkiem?

Idziemy dalej. Dochodzimy do ukrytych wśród drzew drewnianych chat, które mają niby 80 lat. Wyglądają może najwyżej na 20, co pewnie jest bliższe prawdy, bo obóz „odkryto” dopiero w 1992 roku. W jednej z nich znajdowało się biuro Kim Ir Sena, skąd dowodził partyzantką. Zdjęcie można zrobić jedynie z daleka, wnętrze domku jest na to zbyt święte. Próbuję dostrzec coś w ciemności i przez przypadek opieram stopę o próg, co kończy się niemalże awanturą. No bo jak mogłam nadepnąć na próg, na którym stawał kiedyś Wielki Wódz?! Mrużę oczy i patrzę na ścianę, a na niej mapa Korei, na stole jakieś papierzyska. Niby nieruszone odkąd opuścił to miejsce Kim. Nie potrzeba wielkiego intelektu, żeby sobie wyobrazić, jak wyglądałyby papiery na stole w domku bez okien po kilku dniach, nie wspominając o kilkudziesięciu latach.

Kilkanaście metrów dalej znajduje się kolejne północnokoreańskie Betlejem – tym razem chatka, w której narodził się Kim Dzong Il. (Jak większość tych opowieści, nie ma to nic wspólnego z faktami, ale dajmy się ponieść fantazji!) Na szafce leży poskładana kołdra zszyta z dwunastu kawałków materiału „wydartych z podszewki munduru bohaterskich kobiet”. Kobiety przecież mogły poświęcić swój komfort, nawet zamarznąć – a co tam. Są i zabawki, które dostał na pierwsze urodziny mały Kim – drewniany pistolet i samolocik, a także puzzle w kształcie mapy Korei. Przewodniczka wczuwa się w opowieść o delegacji partyzantów, którzy przebili się przez zasieki, linię wroga, strasznych Japończyków i w ogóle istny Armageddon, żeby „złożyć pokłon” Kimowi. W końcu w momencie jego narodzin na górze Paektu, mimo panującej wtedy srogiej zimy, „zakwitły kwiaty, a ptaki mówiły ludzkim głosem”. Koreańska wersja „Trzech Króli” nie powinna zatem dziwić.

Patrzę na tę nieszczęsną kołderkę, „która leży nienaruszona odkąd złożyła ją Kim Dzong Suk” i aż mnie mdli. Nie lubię takich szopek. Niby powinnam się przyzwyczaić, lecz nie pomaga w tym nawet kilka tygodni spędzonych w tym kraju. Odchodzę na bok i wdycham w płuca chłodne powietrze. Patrzę na sosnowy las, który kojarzy mi się z Polską i czuję odrobinę tęsknoty. Za spacerami bez obserwatorów, za szwendaniem się po bocznych ścieżkach, za zbieraniem grzybów czy jagód. Za wolnością! Ach!

Ładują nas ponownie do autobusu i tym razem kierujemy się w stronę świętej góry. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej, drzewa robią się coraz niższe, roślinność coraz rzadsza. Po jakimś czasie otacza nas jakby pokryta rdzą tundra. Tutaj jesień ma się w najlepsze i niedługo ustąpi zimie. Przypominam sobie temperaturę w Pjongjangu kilka godzin wcześniej. Szyby autobusu pokrywa para, więc co chwilę energicznie szoruję kawałek rękawem kurtki. A za oknem pustki. Zero cywilizacji, zero ludzi. Autobus wlecze się powoli pod górę, wydając z siebie niepokojące odgłosy. Przechyla się momentami na boki i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle dojedziemy na miejsce. Na szczęście misja kończy się sukcesem. Wciągam na siebie dodatkowy T-shirt, bluzę oraz kurtkę i wychodzę na zewnątrz.

Pierwsza myśl: „Boże, jak tu zimno.” Ludzie żartują, że jestem z Polski to powinnam być przyzwyczajona. Pewnie tak, ale różnica 25 stopni w ciągu kilku godzin ruszy większość osób. Nawet z „kraju lodu”, jak postrzegają Polskę niektórzy. Nie chcę się jednak kłócić, nasłuchałam się już totalnych głupot w tej tematyce podczas kilku lat w Anglii (wygrała chyba dziewczyna pytająca się mnie o sanie z reniferami (sic!)).

Teoretycznie na planie wycieczki widniała opcja podjechania kolejką na górę za kilka euro. Na miejscu okazuje się jednak, że możemy o tym zapomnieć – nie ma prądu. Idziemy powoli drogą do góry, mijając jeden zakręt za drugim, aż w końcu zaczynamy iść „na skróty”. W oddali widnieje ogromny napis o „rewolucji Paektu-san”, psujący magię całego miejsca. Wybucham śmiechem, a mroźne powietrze gryzie mnie w gardło. Nawet na świętej górze Koreańczyków musieli wyryć w skale te szkaradnie wyglądające hasła. I to jeszcze tak, żeby były widoczne z chińskiej strony – w końcu granica przebiega przez środek Niebiańskiego Jeziora. Koreańczycy nazywają je Ch’ŏnji (천지), a Chińczycy  Tiānchí (天池).

Kiedy dotarłam niemalże na samą górę, skąd rozpościerał się widok na Niebiańskie Jezioro, zrozumiałam skąd wzięto tę nazwę. To miejsce jest po prostu nieziemskie. Chłodny wiatr cucił moje nerwy, wyostrzał zmysły. Spokojną taflę wody oświetlały rozproszone promienie światła. A to wszystko otaczały strzeliste skały, które wyglądały jakby strzegły wejścia do Hadesu. Stoję tak i stoję, totalnie osłupiała. Ludzie wyciągają aparaty, robią zdjęcia, uśmiechają się do obiektywu. Po chwili biorę do ręki swoją lustrzankę (która nie wróciła z tej wyprawy, więc i zdjęć w poście brak…) i strzelam jedno zdjęcie za drugim. Na każdym jezioro zdaje się wyglądać piękniej. Inaczej. Magicznie.

Marzną mi ręce, uszy, wysychają usta. Zapomniałam wziąć ze sobą pomadki do ust, nie posmarowałam z całego wrażenia twarzy dodatkową warstwą kremu. Czuję, jak chłód szczypie moją skórę, ale to nie szkodzi. Pomijając koreańską mitologię czy  północnokoreańską hagiografię – widok na Jezioro Niebiańskie od koreańskiej strony jest po prostu nieziemski. Nie da się tego opisać słowami.

paektusan-1

Przewodnikom nie chciało się wchodzić na górę, więc mamy chwilę spokoju. Mimo że odradzano nam wejście na sam szczyt, nie odpuszczę sobie zdobycia najwyższego szczytu Korei, nawet jak będzie wymagało to dodatkowego wysiłku. A w żołądku ssie. Dam radę. Nie dla rewolucji, o której przypomina ogromny slogan, obserwujący grupkę oeguginów, bezczeszczących swoją obecnością koreańską świętość. Dla siebie. (W głowie pojawia się głos: „Imperialistyczny egoizm!”)

Z każdą minutą chłód daje się coraz bardziej we znaki. Potem dowiaduję się, że mieliśmy niesamowite szczęście w kwestii pogody. Z reguły w środku września pada, wieje niemiłosiernie – nasz wiatr to ponoć „leciutka bryza” – a potem zaczyna padać śnieg, jezioro pokrywa gruba warstwa lodu i mało kto jest chętny na wspinanie się na wysokość prawie trzech tysięcy metrów w temperaturze kilkudziesięciu stopni poniżej zera. Ponoć po śmierci Kim Dzong Ila lód pokrywający Niebiańskie Jezioro „zaczął pękać tak głośno, że huki wstrząsnęły ziemią i niebiosami”.

Z samej góry jezioro wygląda jeszcze bardziej imponująco. Kaldera, w której się ono znajduje, powstała podczas ogromnej erupcji w drugiej połowie X wieku. Średnia głębokość to… 213 metrów (!), a w najgłębszym miejscu 384. Zajmuje ono powierzchnię prawie 10 km2 … i jest ono ponoć domem dla chińsko-koreańskiego odpowiednika potwora z Loch Ness. Jak nie Tan’gun, dziecko boga i zamienionej w człowieka niedźwiedzicy, to zbawca północnokoreańskiego narodu Kim Dzong Il, to jakiś mityczny stwór. Niezłe towarzystwo.

Nie wiem, ile czasu spędziliśmy na szczycie. Palce zdrętwiały, więc dłonie schowałam w kieszeniach ciepłej kurtki. Pożegnałam się mentalnie z Paektu-san i ruszyłam w dół po wijącej się dookoła góry drodze. Nagle zaczęłam się krztusić. Drogą pędziło kilka jeepów z VIP-ami, którym nie chciało się wejść nawet tego ostatniego kawałka pod górę. Z piskiem opon auta zatrzymały się na górze, a ze środka wysypało się grupka wojskowych. Ze znudzonymi minami zaczęli robić sobie zdjęcia, na tle jeziora, nie spoglądając na nie nawet przez chwilę. Grunt, że mieli pamiątkę. Kilka fotek później i już schowali się w nagrzanych autach i odjechali w dal. Zakaszlałam ponownie. Tak się im spieszyło, że całą okolicę spowiła chmura pyłu. Ale kto by się tam przejmował.

Po spacerze na dół, schowaliśmy się w autobusach, gdzie czekał na nas obiad, przywieziony zresztą z Pjongjangu. Okazało się oczywiście, że mimo zapewnienia, że przygotują coś „bez mięsa, jajek, mleka i ryb”, połowa rzeczy nie spełniała tych warunków. No bo masło to przecież nie mleko – a dostałam całe pudło „maślanych bułeczek”. Na szczęście nie byłam jedyną wegetarianką – na wycieczkę wybrała się też spora grupa osób z ambasady Indii. Ledwo co dostaliśmy lunch, a oni nie zważając na tłuste sałatki przygotowane przez Koreańczyków, zaczęli wyciągać z plecaków całe pudełka domowego jadła – curry ziemniaczane, chlebki ćapati, curry z okry, ryż przyprawiony kurkumą. Wszyscy zajadali się mięsem, więc zaprosili mnie do swojego grona. No i dojadając trochę koreańskich rzeczy, trochę indyjskich, najadłam się do syta. Przestało mi przeszkadzać nawet przenikliwe zimno. Krążenie wróciło do przemarzniętych dłoni. Autobus wypełnił się aromatem indyjskich przypraw i kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę, usnęłam otulona zapachem, który skojarzył mi się z beztroską i  poczuciem bezpieczeństwa.

Obudziłam się po godzinie drogi, kiedy podjechaliśmy pod hotel. A tam… jak w lodówce. Cieplej było chyba na Paektu-san niż w wychłodzonym hallu. Pracownicy chodzili opatuleni kurtkami, rozcierając co chwilę ręce.

„Ciepła woda będzie dzisiaj między 18:00 a 18:30, jutro między 7:00 a 7:30” – z zamyślenia wyrywa mnie głos przewodnika.

Uświadamiam sobie szybko, jak dobrze mi było w Pjongjangu. Internet (nawet jeśli niemalże na korbkę), ciepła woda i prąd non-stop. Niestety, takich luksusów nie ma na prowincji, zwłaszcza tej najpodlejszej i najdalej położonej od serca KRLD. Ledwo wchodzę do swojego pokoju, a gasną światła. No tak, prąd to też luksus, nawet w Pjongjangu poza dzielnicą dyplomatyczną. Nauczyłam się już jeść w egipskich ciemnościach, ale trudno na przykład skorzystać w totalnym mroku z toalety. Wyciągam z torby komórkę i próbuję oświetlić sobie jako tako drogę do toalety. Wchodzę do środka, a tam… wanna pełna żółtawej wody i plastikowa miseczka do jej nabierania. Zainstalowano ściągniętą zapewne z Chin toaletę na europejską modłę z porządną spłuczką, ale jakoś nikt nie wpadł na to, żeby podciągnąć do niej wodę. Albo nie wiedział jak to zrobić. Kładę w rogu toalety rozświetloną komórkę i wybucham śmiechem. Toaleta zimna jak diabli, siedzę w poświacie sztucznego światła latarki na iPhonie w hotelu-igloo na totalnym końcu świata. Przynajmniej jest czysto i sam wystrój na w miarę porządnym poziomie. No i nie patrzą na mnie zewsząd portrety.

Los się nade mną jednak lituje – odpalono ogrzewanie. Wraca także światło. Początkowo zabieram z drugiego nieużywanego łóżka kołdrę i ładuję się pod dwie kołdry w zestawie, w którym całkiem niedawno byłam na najwyższym szczycie Korei. Po jakiejś chwili ściągam z siebie jedną kołdrę, potem drugą. Następnie na podłodze ląduje kurtka, potem bluza. Krążenie wraca do kończyn. Siadam na łóżku już w normalnym wydaniu i wyciągam z plecaka książkę. Uff. Nie dane jest mi się nacieszyć nią długo, bo światło znowu gaśnie. Po kilku minutach wygląda na to, że nie ma zamiaru wracać, więc wkładam bluzę i kieruję się do „baru” piętro niżej. Kilka osób już siedzi w ciemnościach przy świetle komórek i pije przywiezione ze sobą wino. Zamawiam kawę, ale okazuje się, że dostępna jest jedynie wersja puszkowana importowana z Chin z dodatkiem całej masy syfu, mleka, cukru, syropu i Bóg wie czego jeszcze.

Pytam się o ciepłą wersję, ale kobieta z obsługi patrzy się na mnie tępym wzrokiem. W tej chwili do baru wchodzi przewodnik naszej małej wyprawy – nota bene jakaś szycha w jedynym słusznym koreańskim biurze podróży – i robi jej niezłą burdę. Mówię, że nie trzeba, że się tylko spytałam, że to nic takiego. Ale on musi się wyżyć na kimś. Poza Pjongjangiem można mu więcej. No i poczuł się taki dowartościowany. Patrzę na skuloną kelnerkę i próbuję ją przeprosić wzrokiem. Podnoszę głos i powtarzam, że nie ma problemu, że może zostać, wezmę herbatę. Herbaty jednak też nie ma. Dyrektorowi toczy się już piana z ust. Wątła Koreanka znika w mgnieniu oka. A mi robi się cholernie głupio…

Po kilku minutach wraca zgięta w pół kelnerka z ogromnym termosem w jednej ręce i słoikiem z rozpuszczalną kawą w drugiej. Odstawia to na ladę i znika. Po chwili ląduje na niej także mleko i cukier. Zamawiam kawę, a ona biedna nie wie nawet jak się za jej zrobienie zabrać. Nie ma szklanek, więc przynoszę kilka ze swojego pokoju. Kawę zamawia też kilka innych osób, więc kończy się na tym, że ja i jeden Brazylijczyk przejmujemy obsługę, żeby wszystko poszło w miarę sprawnie. Ktoś próbuje zostawić napiwek, ale kelnerka patrzy się na niego pustym wzrokiem. Okazuje się, że nie ma jak wydać, więc podliczamy ile kaw kupiliśmy, dokupujemy jedną więcej, żeby zaokrąglić liczbę i ktoś kładzie banknot 5 euro. Dziewczyna patrzy się na mnie z wdzięcznością, a ja ogrzewam się kawą. Dyrektor sobie poszedł, kelnerka siada, a po karku, mimo chłodu, spływa jej pot.

Ktoś przynosi ze swojego pokoju whisky, które zaczynamy dolewać do kawy, żeby jakoś przeżyć siedzenie w przemarzniętym „barze”: na korytarzu z kilkoma wytartymi fotelami ze skai. Przewodnik początkowo odmawia, „Ja? alkohol? Nie, niee,” ale wizja spróbowania szkockiego trunku jest zbyt kusząca. Polewa sobie najpierw troszeczkę, potem coraz więcej, ostatecznie daje się ponieść ułańskiej fantazji i tęsknocie za tym, czego nie może mieć na co dzień. Uśmiecha się głupio, próbuje coś zażartować, pokazać, jak bardzo jest światowy, ale średnio mu to wychodzi. Padają tylko bezpieczne pytania, o to czy Paektu-san się podobało, czy pokoje są w porządku (a zadawane są tak, że trudno odpowiedzieć coś innego niż „oczywiście!”), czy lubimy koreańskie jedzenie.

Wraca przerażona kelnerka i zaprasza nas wszystkich na kolację. Schodzimy do sali na dole, kieruję się do suto zastawionego stołu razem z nowo poznanymi ludźmi, ale nie ma tak łatwo – przydzielono mnie do „wegetariańskiego” stołu razem z liczną grupą z Ambasady Indii. Znowu dziękuję w duchu za to, że przywieźli ze sobą całą tonę domowego jedzenia. Zupa „wegetariańska” przygotowana przez hotel to jakaś woda z kilkoma skrawkami cebuli i malutkimi kawałeczkami mięsa. Do ryżu dodano jajko, więc nikt go nie tyka. Na stół wchodzą smażone ziemniaki… zimne. Każdy dziabie widelcem, po kryjomu dojadając swoimi przysmakami. W pewnym momencie dają sobie z udawaniem spokój. Na stół wykładają całą reklamówkę jedzenia, nie przejmują się dziwnymi minami zagubionych kelnerek, które nie rozumieją, o co nam chodzi. Zapraszają mnie do swojej indyjskiej uczty, a ja nie daję się prosić dwa razy. Nakładam sobie pyszne curry, zagryzam je domowej roboty ćapati i próbuję wyobrazić sobie coś bardziej absurdalnego niż jedzenie domowej roboty indyjskiego jedzenia w malutkim, spartańskim hoteliku na totalnym zadupiu Korei Północnej.

Nikt nie ma specjalnej ochoty na rozmowy. Zresztą czemu się dziwić, każdy myśli tylko o tym, jakby nie zamarznąć. Wracam do pokoju i postanawiam skorzystać z magicznej godziny z ciepłą wodą. Niestety nie tylko ja wpadam na ten pomysł, więc po kilku minutach prób wybłagania strumienia wody cieplejszej od ledwo roztopionego lodu, poddaję się, zakładam na siebie kilka koszulek, dwie pary spodni, ze trzy pary skarpetek, wciągam na głowę kaptur i chowam się pod warstwą kilku kołder. I znowu to samo, powolutku się zagrzewam, stopniowo pozbywam się zbędnych warstw. Zapadam w płytki sen, męczona dziwnymi obrazami.

Rano okazuje się, że indyjskie jadło się skończyło, a wypadałoby coś zjeść. Dojadamy podłe ziemniaki, zagryzamy je gąbczastym chlebem. Wspominam tęsknie pyszne jedzenie w restauracjach w Pjongjangu, gary kimchi, rozpływające się w ustach placuszki z fasolki mung, chrupiące smażone tofu. Uświadamiam sobie, że przez kilka tygodni żyłam w bańce i że dla przeciętnego Koreańczyka nawet te tłuste lodowate ziemniaki byłyby ucztą. Przed oczyma stają mi przemarznięte dzieci, ciągane przez pół kraju śladem Wielkiego Wodza, wkręcone w spiralę megalomanii Kimów, od której nie ma ucieczki.

Przed powrotem do Pjongjangu zaplanowano kilka „atrakcji”. Ładujemy się do autokarów, opatuleni w niezliczone warstwy ubrań i jedziemy w stronę wodospadu Rimyŏngsu (리명수). Dojeżdżamy na miejsce kilkanaście minut później, lecz dla mnie czas zdaje się stać w miejscu. Patrzę na biedę za oknem. Na odpicowane budynki przy samej drodze, przy której wędrują uczniowie i po której mogą poruszać się autokary z turystami i na sypiące się rudery kilka metrów za nimi. Na ludzi, którzy żyją w niewyobrażalnie ciężkich warunkach, pewnie nie ze swojego wyboru. Kto chciałby mieszkać na à la Syberii i to jeszcze w północnokoreańskim wydaniu? Małe dzieci w podziurawionych butach z czerwonymi twarzami, kobiety z głowami owiniętymi chustami, którym bliżej do szmat. Stoisko, na którym ktoś sprzedaje marnie wyglądające warzywa – połamany stół na skrzyżowaniu pod kawałkiem brezentu i styrana nieruchoma twarz sprzedawcy – jedynie oczy śledzą autokar, który nijak nie pasuje do tego miejsca.

paektusan-2

Dojeżdżamy na miejsce, a tam jak zwykle – malutki odpicowany kawałek, altanka na szczycie wodospadu, która wygląda pięknie z daleka, lecz z bliska okazuje się być marną imitacją. Wodospad robi jednak spore wrażenie, zwłaszcza, kiedy staram się nie patrzeć na pobliskie szare budynki. Ze starych chat wychodzą nieśmiało dzieci, które chwilę później wciąga siłą do domu kobieta, pewnie ich matka. Przy samym wodospadzie postawiono drewnianą chatę, nasuwającą wręcz romantyczne skojarzenia z wiejską sielanką. Wystarczy przejść jednak kilka metrów dalej, aby drogę zagrodził żołnierz, pilnujący rozpadającego się i tonącego w błocie chodnika, prowadzącego wgłąb obskurnych zabudowań.

Niby na każdym kroku można zobaczyć plakaty opiewające socjalizm, lecz nie przeszkadza to władzy przed zarabianiem na cudzoziemcach. Przy drewnianej chatce postawiono budkę z pamiątkami, a tam: różne wyroby z jagód, jakieś dziwne bimbry w starych słoikach, wymiętoszone paczuszki z ciasteczkami. Ktoś z wycieczki kupuje jagodowe cukierki i częstuje wszystkich dziwnym galaretko-podobnym wytworem – smakuje jak cukier, nie wyczuwam w nim ani grama owoców. Na ścianie wiszą wypłowiałe zdjęcia wodospadu i pawilonu zimą, i faktycznie w śnieżnej okrywie robi on naprawdę fenomenalne wrażenie, nawet na pożółkłym papierze w zagraconym pseudo-sklepiku.

Wsiadamy z powrotem do autobusu i tutaj kończy się część wycieczki, w której podziwialiśmy piękno koreańskiej natury – najwyższy czas na część „edukacyjną”. Zatrzymujemy się po drodze w muzeum, które wywołuje we mnie mieszankę płaczu i śmiechu. Siadamy na kanapach w lobby, oglądamy na malutkim trzeszczącym telewizorze filmik o heroicznej walce Kim Ir Sena w pobliżu Paektu-san. Następnie, prowadzeni przez chorobliwie chudą przewodniczkę, zaglądamy do pomieszczeń, gdzie przygotowano makiety słynnych miejsc. Śnieg z waty, chatki z niby zapałek i woskowe figurki ludzi. Smutno, biednie, lecz przewodniczka nie daje za wygraną i próbuje wywołać w nas zachwyt. Próbuję patrzeć na to wszystko z przymrużeniem oka, ale po prostu nie potrafię.

Znowu autobus, znowu oglądanie biedy zza okien. Przewodnik nadaje coś o wielkim wodzu przez mikrofon, a ja patrzę na ciągnącego taczkę dziadka, który wygląda, jakby miał się złamać w pół. Na domy z popękanymi szybami w oknach. Na siedzące w kucki kobiety, którym pozostaje tylko trwać. Dojeżdżamy na wielki betonowy plac w środku lasu, a na nim dwa ogromne pomniki wodzów. No i znowu teatrzyk – podchodzimy do pomnika, słuchamy o heroicznych czynach, przewodnik każe nam się ukłonić, ale nikomu się to nie widzi. Przypominają mi się podobne starania przewodniczki w Międzynarodowej Wystawie Przyjaźni i uśmiecham się do siebie. Od razu robi mi się jednak smutno. Ja mogę pozwolić sobie na odrobinę buntu, na stanie jak struna przy ogromnych pozłacanych pomnikach. Koreańczyk pewnie zostałby zmuszony do zgięcia się w pół, do padnięcia na kolana.

Czuję psychiczne zmęczenie, świdrujące spojrzenie przewodników, przytłaczającą obecność pomników. Tonę w myślach i gdzieś, jak zza mgły, słyszę ostrzeżenie, żeby przypadkiem nie robić zdjęć pomnikom z boku. Broń Boże nie zmieścić całego w kadrze. A niesymetrycznie albo krzywo? Koniec świata.

Mijam przewodnika, mijam Kimów, mijam ogromne betonowe pomniki rozwścieczonych żołnierzy, przodowników pracy i walecznych chłopów. Dochodzę do położonego obok jeziora, patrzę na odbijające się w jego tafli sosny i zapominam o popapranej ideologii, o pranych mózgach, o biedzie, o tym, że kilka minut temu minęliśmy grupkę dzieci, które pewnie wylizałyby te przeklęte ziemniaki ze smakiem, wyjadłyby każdy okruszek. Odwracam się, patrzę na „Ogromny Monument” i miniaturową wersję wieży Juche, która powitała mnie kilka tygodni wcześniej w Pjongjangu.

Wracam do autokaru, przysypiam, męczona natłokiem dziwnych myśli. Nie ja jedyna, wszyscy zdają się odpływać w krainę, w której nie ma miejsca na taką megalomanię, na cierpienie, na biedę. Wypierają wątpliwości, zapominają o nich, inaczej nie mogliby wrócić do Pjongjangu i walczyć z tutejszą biurokracją każdego dnia, żeby choć troszeczkę otworzyć ten kraj na świat. Niektórzy, głównie pracownicy organizacji charytatywnych, patrzą na to wszystko niemalże z obojętnością. Dla nich to nic nowego, widzieli nieraz rzeczy, o których boją się mówić. A i tak to pewnie tylko kropla w morzu potrzeb.

Wsiadamy do samolotu, usypiam na dobre. Stary Antonov-24 trzęsie się, gruchocze, mam wrażenie, że zaraz umrę, zginę, zamienię się w pył, a razem ze mną wszystkie moje niebezpieczne myśli. Przez chwilę spoglądam spod przymrużonych powiek na zapierające dech w piersiach widoki, na przykryte pierzyną chmur góry i boli mnie, tak cholernie bardzo, że nie zobaczę już wiele z tego kraju. Przypominam sobie widziany dzień wcześniej najwyższy szczyt Korei, krajobraz jak nie z tej ziemi.

[Post scriptum]

Po jakiejś godzinie lotu, wychodzę chwiejnym krokiem z samolotu, wchodzę do autokaru i niedługo później jestem w dzielnicy dyplomatycznej. Zmęczona, marzę tylko o prysznicu. Wchodzę do swojego pokoju, zostawiam plecak i znikam, otulona strugami ciepłej wody. Pełna wrażeń, myśli, nie mogę się doczekać, aż podzielę się tym wszystkim z bliskimi. Dzwonię szybko, daję znać, że żyję, bo na północy nie było ani telefonu, ani internetu. Otwieram plecak, z zamiarem wyciągnięcia aparatu i wysłania mailem kilku zdjęć – a akurat z kilku jestem niezwykle dumna, już kombinuję, jakby tu napisać jakiś artykuł, jakiegoś posta, jak podzielić się tym pięknem Paektu-san ze światem.

Aparatu nie ma. Otwieram plecak raz, wywalam z niego wszystkie rzeczy, wybiegam na zewnątrz, bluzgam, wybucham płaczem. Dzień później zmuszam tłumacza, Koreańczyka, do zadzwonienia na lotnisko, do wytłumaczenia, do zapytania. Nikt nic nie wie. Wmawiają mi, że na pewno go zostawiłam w hotelu, w jakiś krzakach. Przez kilka dni nie wychodzę z łóżka, ryczę jak bóbr. Smutną nowiną dzielę się po jakimś czasie z Wami na Facebooku, nadal mając nadzieję, że jednak aparat się znajdzie. Wszystkie demony, z którymi walczyłam do tej pory, wracają ze zdwojoną siłą. Winię się, analizuję, próbuję sobie przypomnieć, gdzie mogłam go zostawić, jak się to zdarzyło. Nie pamiętam, nie potrafię sobie przypomnieć momentu, kiedy straciłam aparat z oczu. Podejrzewam, że wypadł mi w samolocie, kiedy myślałam, że umrę. Po tygodniu, może dwóch, pytań, starań, poddaję się. Nie mogę sobie ot tak pójść do biura, podjechać na lotnisko, zapytać. Wszystko musi przejść przez kogoś z Korei. Wszyscy wiedzą, że aparat został zabrany mi z premedytacją, lecz nikt nie może nic z tym zrobić.

Weekend na Paektu-san to dla mnie z jednej strony wspaniałe widoki, których nigdy nie zapomnę, a z drugiej – źródło rzeki łez. Aparat się nie znalazł. Zdjęcia przepadły. Straciłam dwa tygodnie na „żałobie”, mając w nosie zwiedzanie, spacerowanie, poznawanie, chodzenie. A przede wszystkim – mając dosyć tego przeklętego kraju. Odliczałam dni do wyjazdu, do powrotu do normalności.

W tej nienormalności, w tym popapranym politycznym klimacie, udało mi się jednak zobaczyć miejsce, którego mało kto doświadcza, źródło tożsamości Koreańczyków, zarówno z Północy jak i z Południa. Nie mając zdjęć, ubierałam w słowa swoje wrażenia tygodniami, walcząc z łzami co kilka akapitów. Spoglądałam co chwilę na kilka zdjęć, pstrykniętych na szybko komórką, przeklinając w duchu swoje niedopatrzenie, to, że nie tuliłam aparatu przy sobie 24/7. Starałam się przekazać wszystko, co widziałam, nawet jeśli nie mogę Wam tego pokazać. Mam nadzieję, że mi się udało.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (7)

  1. Jak dotrzec do samych szczytów,by zrobic zdjęcie(słowa uznania)

  2. Slowa uznania i współczucia z powodu straty.Wszędzie trzeba miec ograniczone zaufanie

  3. A ja się cieszę ze jest bez zdjęć, na ekranie smartfona i tak nie widac wiele. Karolina ja uwielbiam Twoje teksty, podziwiam ciekawosc świata i realizowanie tych wszystkich wypraw. Ja chętnie bym też pojezdzila po świecie ale zganiam na brak kasy, wczoraj planowałam urlop ale wychodzi mi ze potrzebuje dziesięciu tysięcy a nie mam więc znowu będzie Zakopane. Ty masz pomysł,plan i działasz, a potem to opisujesz. A opisujesz świetnie, jak widzę wpis na blogu to zabieram się za niego w wolnym czasie bo wiem że to nie jest tekst do autobusu, tekst nie zdjęcia. Ja cenię u Ciebie słowo, opisujesz rzeczywistość ciekawie i skrupulatnie odnosisz się do faktów, bardzo to lubię. Ten tekst jest bardzo wyrazisy, świetnie działa na wyobraźnię wiec nie żałuj tych straconych zdjęć tyko wszystko pisz a my będziemy odczuwać. Kupiłam sobie pięćdziesiąta parę butów a Ty piszesz o dzieciach w trampolach spinajacych się po górach daje mi to wiele do myślenia o moim życiu i szczęściu ze mieszkam w Polsce i uwrazliwia na nieszczęście innych. Jestem z lat 70. więc trochę PRLu pamiętam, dorzucam wiedzę, to co się dzieje dziś na świecie i nie mogę zrozumieć myślenia ludzi ktorzy chca byc dyktatorami, siła wprowadzać swoje prawa po co dlaczego?

  4. Na świętą górę mogłabym się wybrać. Ale nie ze względu na jej świętość, ale ze względu na to, że jest górą. Truizm? Trochę tak, ale ja ogólnie lubię zdobywać znane góry, jeśli już zabłądzę w okolice którejś. Bo prawda jest taka, że wolę miejsca mniej popularne.

  5. Dominika

    Czuję się jakbym czytała powieść. Napisała może Pani jakąś książkę o takiej tematyce?
    Jestem niesamowicie poruszona tym co czytam, chociaż wydaję mi się że jakąś wiedzę na ten temat posiadam. Mimo to, za każdym razem czuję smutek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *