Byron Bay – hipisi, delfiny i deszcz

Byron Bay to jedno z najsłynniejszych miasteczek na wschodnim wybrzeżu Australii, do którego zajeżdża na chwilę każdy, kto skusił się na road trip wzdłuż Pacific Highway. Dawniej mekka hipisów, dzisiaj ulubione miejsce hipsterów i znudzonych codziennością mieszkańców Brisbane i Gold Coast. Miałam w planach surfowanie i pływanie, skończyło się na godzinach spacerowania po klifach w deszczu. Widoki wspominam do dziś!

W Byron Bay zatrzymałam się tylko na jedną noc, lecz spędziłam tam jeden z najwspanialszych dni podczas podróży z Gold Coast do Sydney. Przyjechałam na miejsce po południu, zostawiłam bagaże w malutkim hoteliku i od razu udałam się na spacer wzdłuż brzegu. Na niebie kłębiły się ciemnoszare chmury, słońce schowało się na dobre, a ja zamiast rozkoszować się latem, jak kilka dni wcześniej na Gold Coast, ubrałam długie spodnie i kurtkę i ruszyłam przed siebie.

byronbay-37 byronbay-38

Miasteczko pełne jest turystów i zagubionych nastolatków, szukających sensu życia. Niektórzy siedzą już tam chyba od dawna, bo zdają się idealnie wtapiać w otoczenie. Na parkingach stoją zdezelowane vany, pełne różnych gratów, wśród których śpią młodzi buntownicy. Na uliczkach miks sklepów dla surferów, tych z hipisowskimi ubraniami i hipsterskich butików. Trochę turystycznego kiczu, trochę luksusowych dodatków, odrobina australijskiego rękodzieła. Minęłam miasteczko tętniące życiem, nawet poza sezonem i pomaszerowałam pod górę, w stronę słynnej latarni.

byronbay-39 byronbay-40

Latarnia w Byron Bay może poszczycić się kilkoma „naj” – położona jest na najbardziej wysuniętym na wschód punkcie Australii i jest przy okazji latarnią o największej mocy w całym kraju. Długo nikomu nie chciało się zabrać za zbudowanie niczego na targanym przez silne wiatry przylądku – przyjęło się, że latarnia byłaby tam niepotrzebna, bo i tak wielkie klify widać z daleka.

byronbay-13 byronbay-16

Pod koniec XIX wieku Brytyjczycy podjęli jednak decyzję o budowie latarnii, która ruszyła z kopyta w 1900 roku. I od tamtego czasu strzeże ona przylądka Byron, nazwanego tak przez słynnego kapitana Cooka dwieście lat wcześniej, aby uczcić pamięć innego odkrywcy Johna Byrona (który w latach 1764-1766 opłynął Ziemię).

byronbay-10 byronbay-5

byronbay-4

Po drodze nie spotkałam prawie nikogo, lecz przy latarnii natknęłam się na mały tłum. Nikt inny nie wpadł na pomysł przejścia pieszo tych kilku kilometrów. Początkowo denerwował mnie silny wiatr, siąpiący deszcz nie poprawiał humoru. Do czasu.

byronbay-2 byronbay-3

Nagle ujrzałam biegnącą w tej słocie parę, żwawo skaczącą po schodach. Kilka minut później po wąskiej ścieżce przebiegła dziewczyna. „Też bym chciała mieć tyle energii” – pomyślałam… Po czym powiedziałam do siebie na głos – „Chcieć to móc” i ruszyłam dalej żwawym krokiem. Nie biegiem, na to nie miałam zbytnio ochoty (albo po prostu jestem zbyt leniwa), po prostu bez marudzenia udałam się dalej, z każdą minutą zauważając coraz bardziej pozytywne aspekty tego popołudnia.

byronbay-11



byronbay-14byronbay-26

Tak, padało. Tak, moja kurtka momentami kleiła się do mnie. Miało być lato, słońce – „za jakie grzechy?” – pytałam złowieszcze chmury. Przypomniałam sobie jednak, że jestem w Australii, o której marzyłam od dawna. Tak naprawdę to odkąd pamiętam. Deszcz? Nie jestem z cukru. Chyba wtedy powoli zaczęłam oswajać się z tym, że mogę spacerować także w deszczu. Deszczu, który spływał po mnie, a mnie nie było zimno. Który nie miał wiele wspólnego z angielską słotą, dreszczami, próbami zagrzania się pod kołdrą i kasłaniem kilka dni po przemarznięciu do szpiku kości. Okazało się, że deszcz wcale nie musi być wrogiem. A nawet, że da się go polubić. Nowe podejście przydało się wielokrotnie podczas kilku następnych tygodni.

byronbay-17 byronbay-8 byronbay-19

Wzdłuż klifów prowadzi ścieżka, wijąca się wzdłuż skał, raz z górki, raz pod górę. Do tej pory nie mogę nadziwić się wytrwałości biegaczy, ale upodobanie Australijczyków do aktywnego trybu życia (nawet jeśli dotyczy to tylko mniejszości społeczeństwa) niezwykle mnie urzekło. W Japonii rzadko widuję biegających ludzi, młodzież robiącą pompki, biegające dzieciaki za piłką. Kiedy mieszkałam w Tokio przez rok i uczęszczałam na siłownię, większość ludzi na zajęciach wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć, a zajęcia fitness polegały głównie na lekkim podrygiwaniu, co wprawiło mnie w niezły szok po totalnej masakrze, jaką potrafią przeprowadzić instuktorzy w Polsce czy w Anglii. Kilka razy skręcałam w bok, przysiadałam na jakiejś skale i patrzyłam na zdeterminowanych surferów, kąpiących się mimo tego chłodu…

byronbay-31 byronbay-32

I nagle…

Coś mignęło w wodzie i na początku pomyślałam, że mi się przewidziało. Chwilę później znowu. Szybki ruch, jakiś cień w kącie oka. O co chodzi?

byronbay-24

Delfiny. W wodzie, jakieś kilkadziesiąt metrów od brzegu, pływały delfiny. Nie jeden, nie dwa, cała gromada. Patrzyłam na nie, mrużąc oczy, stojąc na wysokim klifie. Delfiny. Widziałam delfiny! Dodałam je do listy kolejnych stworzeń, które zawsze chciałam zobaczyć. Piękne stworzenia, tańczące w wodzie, mimo wysokich fal. Patrzyłam na nie osłupiała, nie robiąc sobie nic z nadciągających czarnych jak smoła chmur. Jeśli kiedykolwiek widzieliście delfiny w ich naturalnym środowisku, pewnie wiecie o czym mówię. Po prostu magia.

byronbay-34 byronbay-35

Niebo pozostało jednak bezlitosne. Deszcz w mgnieniu oka zamienił się w ścianę wody. Biegacze rozproszyli się, surferzy rozpaczliwie wrócili na brzeg. Schowałam się pod palmą, czekając na koniec wściekłości natury, ale ten nie nadchodził. Kiedy już poddałam się i postanowiłam wskoczyć w lejący się z nieba wodospad, deszcz zamilkł, a ja, z aparatem schowanym chwilę wcześniej na dnie plecaka, pognałam w stronę hoteliku.

byronbay-18 byronbay-25 byronbay-23

Minęłam zdezorientowanych turystów, znudzonych mieszkańców, wracających do morza uzależnionych od fali surferów. Z mini-vanu wychylił głowę jakiś zaspany młodzieniec. Przemoczona do suchej nitki mama próbowała zmusić swoje dzieci do wejścia do samochodu. Ktoś przejechał na motorze, rozpylając dookoła kolejne strugi wody. Po kilku minutach ciszy, znowu odezwały się różne ptaki i pochowane w chaszczach stworzenia. Kiedy Byron Bay powoli wracało do życia, ja gnałam już na dobre w stronę miasta, w stronę hoteliku, suchego pokoju, kolejnej książki i kubka herbaty.

 

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. my na szczęście pogodę w ByronBay mieliśmy bezdeszczową 🙂 piękne miejsce, to fakt 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *