Yamba i Angourie – piękno natury na australijskiej prowincji

Do Yamby przyjechałam późną nocą, kiedy już miałam dosyć jazdy po nużącej Pacific Highway. Podjechałam do jednego z moteli z wywieszonym znakiem „Vacancy” – „Wolne pokoje” – wzięłam pokój i usnęłam niemalże natychmiast, wykończona kilkugodzinnym hikingiem do wodospadu Minyon i nużącą drogą. Ale to nic – rano wanderlust uderzył ze zdwojoną siłą i po zjedzeniu szybkiego śniadania spakowałam się i wyruszyłam na zwiedzenie okolicy.

Nie wiedziałam nic o miejscu, w którym się zatrzymałam, poza kilkoma wzmiankami w przewodniku, które napotkałam, kartkując część o trasie do Sydney. Yamba to malownicze położone miasteczko, przytulone z do ujścia rzeki Clarence i owiewane morską bryzą. Z samego rana, kiedy zdawałam klucze do pokoju, zapytałam się mimochodem o polecane miejsca.

Oh dear” – zaczęła pani w recepcji. Przez kolejne kilka minut usłyszałam tyle lovelydear, kochanie, córeczko i innych takich wstawek, że poczułam się jakbym została przeniesiona do małego angielskiego miasteczka – „W Yambie nie ma nic szczególnie interesującego, nie jest to specjalnie turystyczne miasteczko” – podkreśliła słowo „turystyczne” z wytęsknieniem, jakby chciała mnie przeprosić, że nie ma tu nic, co mogłoby zadowolić przybysza z daleka.

Do tej pory nie wiem czy jej słowotok, który nastąpił potem, był wytrenowany, bo opowiada o Yambie regularnie czy też tak bardzo chciała chociaż jedną zagubioną duszę przekonać do miasteczka. W każdym razie, nawet nie wiem kiedy, położyła przede mną mapkę, zaczęła zaznaczać na niej różne rzeczy, a to latarnię, a to plażę, jakąś kawiarenkę, sklepik z pamiątkami, restauracyjkę „z najlepszym jedzeniem w Yambie”.

Nagle urwała. Coś sobie przypomniała, podrapała się po skroni, obróciła mapkę w swoją stronę i zaczęła na niej coś energicznie zaznaczać.

„Wybierz się koniecznie do Angourie” – zaczęła – „są tam rewelacyjne mini-jeziorka nad oceanem, pogoda jest piękna, więc warto się tam wybrać, tak tak, koniecznie”. Mówiła jednak z lekką rezerwą, czekałam na wiszące w powietrzu „ale”.

„Ale” – wiedziałam, że to nastąpi – „pamiętaj, żeby pojechać tam główną drogą. Nigdzie nie skręcaj. Pamiętaj, nie skręcaj, nie wjeżdżaj w żadne boczne uliczki, a jak zacznie coś dziwnie wyglądać, jakaś dziwna atmosfera, you know, to będziesz wiedzieć, że… you know, kto tam mieszka” – zagadała do mnie konspiratorskim tonem, ale ja dopiero co wstałam, pierwszy raz byłam w Yambie, więc skąd niby miałam wiedzieć, o co tej biednej kobiecinie chodzi?

„Aborygeni” – wyszeptała – „Nie jedź tam” – powtórzyła ostrzeżenie i, chyba widząc powątpiewanie z mojej strony, powtórzyła je jeszcze kilkakrotnie, po czym dodała – „ale nie ma co się aż tak martwić, dear, będziesz z daleka widzieć, że coś nie tak, że te budynki takie pozapuszczane i w ogóle to bieda totalna, nie tak jak u nas w centrum Yamby ładny porządek. Oni nas tam nie chcą, oni naprawdę, oh dear…” – westchnęła, obiecałam jej, że będę trzymać się głównej drogi i po zapłaceniu za pokój wyszłam z moteliku, nie mając ochoty na słuchanie opowieści o tym, jak to rdzenni mieszkańcy tego kontynentu są straszni. (Dyskryminacja Aborygenów to temat na osobnego posta – możecie jednak poczytać trochę o tym online np. tutaj)

Wsiadłam w samochód, przejechałam przez spokojne miasteczko i udałam się główną drogą w stronę Angouire. Na miejsce dotarłam w kilka minut, zabrałam mały plecak z wodą i jakąś przekąską, tak na wszelki wypadek, i udałam się wzdłuż wytyczonego szlaku.

yamba-3

Już chwilę później trafiłam do pierwszego z Angourie Pools i… spotkało mnie pierwsze rozczarowanie. Pani z moteliku opowiedziała mi o miejscu, gdzie można pływać, patrząc na rozbijające się o pobliskie skały klify… okazało się jednak, że niedawno zadomowiły się w niej jakieś algi, w związku z czym postawiono złowieszczo wyglądający znak z „kategorycznym zakazem pływania”, a mnie pozostało pogodzić się z tym, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.

yamba-9

Co ciekawe, nie są to zbiorniki z wodą słoną – powstały dość niedawno, kiedy prace przy pogłębianiu kamieniołomu przerwało natrafionie na złoża wody pitnej. Ale może to i dobrze, i tak wydarli naturze sporo pięknego kamienia. Korciło mnie niesamowicie, żeby wskoczyć do jednego z basenów – Niebieskiego (Blue Pool) bądź Zielonego (Green Pool), zwłaszcza po ostatnich kilku dniach podróżowania w deszczu. No ale trudno, jak to mówią Japończycy, shikata ga nai (nie ma rady).

yamba-4 yamba-6

Minąwszy lekko wyschnięte baseniki ze słodką wodą, skolonizowane przez niebezpieczne algi, poszłam w stronę widocznego w oddali cypla. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło.

yamba-10

Gdyby poziom wody był nieco większy, nie byłabym w stanie przeskoczyć po ogromnych głazach w stronę ciągnącego się po horyzont piasku – Angourie Point. Znowu na swojej drodze spotkałam surferów, wielu z nich wyglądało na zaspanych urzędników, w poszukiwaniu dobrej fali zamiast mocnej kawy.

yamba-7 yamba-17 yamba-16

Widok surferów niespecjalnie mnie zdziwił, zdążyłam się do nich przyzwyczaić w Gold Coast czy Byron Bay. Kiedy jednak kilka godzin później zajadałam się przepysznym açaí bowl (którymi zajadałam się w Australii regularnie) w malutkiej kawiarence, przekartkowałam sobie kilka surferskich magazynów (niektóre z nich powaliły mnie fantastycznymi zdjęciami) i… okazało się, że Yamba to istna świątynia surferów! A Angourie to świętość nad świętościami, do której pielgrzymują surferzy z całego świata.


yamba-22 yamba-24

Wygląda na to, że mam po co tutaj wracać. Najpierw wypadałoby się jednak nauczyć stać na desce dłużej niż kilka sekund. Ale nad tym jeszcze popracuję, oj tak!

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Te zdjęcia są rewelacyjne. Aż chciałabym sama tam pojechać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *