Pięć miesięcy w podróży – warto było?

Pięć miesięcy w podróży. Zjechany kawał Azji Wschodniej plus miesiąc w Australii. Prawie dwa miesiące w Korei Północnej. Brzmi jak marzenie, prawda? Jak myślicie, warto było?

Obraz tej podróży kreował się w mojej głowie długo. Kiedy siedziałam półtora roku temu w Japonii, nieszczęśliwa, zmęczona i zrezygnowana, obiecałam sobie, że zarobione w niesamowicie nudnej robocie pieniądze przeznaczę na podróże. Na nic innego. Przez rok kucia do egzaminów, które miały być wisienką na torcie mojej edukacji w Oksfordzie, powtarzałam sobie jak mantr: „już niedługo”. Już niedługo weźmiesz plecak, rzucisz to wszystko w cholerę i pojedziesz w świat.

To zabawne, jak działa ludzka psychika. Przy życiu i jako takiej formie psychicznej trzymała mnie wizja ucieczki. Nie pamiętam zbyt wiele z mojego ostatniego roku studiów – ba – uświadamiam sobie, że większość z kilku ostatnich lat osnuta została lepką, gęstą mgłą (o czym pisałam już trochę w marcu). Przebijają się przez nią nieraz napotkane na mojej drodze uśmiechnięte twarze, lecz giną chwilę później pod grubą warstwą szarości. Rutyny, zmęczenia i poszukiwania siebie.

Ale po kolei.

Pod koniec lipca pojechałam z rodziną do Oksfordu, żeby odebrać dyplom uczelni. Niby nic takiego – ot, kolejny apel. Kolejna ceremonia, której nie rozumiem i niezbyt chcę zrozumieć. Okazało się jednak, że kiedy zdjęłam z siebie ciężką szatę, poczułam się od razu lepiej. Nie zrozumcie mnie źle – studia na Oksfordzie były w wielu aspektach fantastyczną przygodą. Pogłębiły jednak we mnie nieuleczalną (tak mi się wtedy przynajmniej wydawało) chęć bycia najlepszą. Pomogły schować moje prawdziwe marzenia i pragnienia pod kołderką ambicji. Kiedy po skończeniu studiów zaczęłam zastanawiać się nad tym, co ja chcę, okazało się, że jest tego tak dużo, że nie mogę się w tym wszystkim połapać. Zapakowałam więc plecak, pożegnałam rodziców i ruszyłam w drogę.

Wybór nie był trudny. Pojechałam do „państwa środka”. Do miejsca, gdzie narodziła się kultura, która porwała mnie dawno temu i nie wypuszcza ze swoich objęć. W wersji japońskiej, koreańskiej, a nawet chińskiej. Do miejsca, o którym na studiach uczyłam się niewiele, o którym wiedziałam mało, ale o którym chciałam się nauczyć. Nie byłam jeszcze gotowa na powrót do Japonii, która doprowadziła mnie na skraj możliwości zarówno psychicznych jak i fizycznych. Bałam się tego, bałam się tokijskich ulic, czyhającym za każdym rogiem depresyjnym myślom. Bolesnych wspomnień związanych z konkretnymi miejscami. I tego, że a nuż odwiedzając najpierw Japonię te wszystkie demony wróciłyby do mnie ze zdwojoną siłą.

No i wylądowałam w Chinach. Przez trzy tygodnie zjeździłam kawał tego kraju. Momentami mnie zachwycił – tak jak w Huangshan, nieraz wprowadzał w melancholijny nastrój, tak jak wtedy, gdy kluczyłam wśród rozkładających się szanghajskich longtangów. Były też chwile, kiedy miałam Chin dość, tak jak w Xi’an, gdzie wymęczył mnie smog, wdzierający się wszędzie kurz, podejrzliwe twarze i hałas nawet w środku nocy. Nieraz musiałam odpuścić plany – do tej pory śni mi się nieodwiedzony mur chiński – bo moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Zamiast odpocząć pod kilku latach totalnego hardcore’u, gnałam przed siebie jak szalona, ciągle w drodze, ciągle w pędzie, tak jakby świat miał się skończyć, gdybym zatrzymała się choć na chwilę.

Trzy tygodnie minęły jak biczem strzelił. Zlały się w mojej świadomości w kakofonię dźwięków, w rażącą oczy feerię barw. Momentami jak przewijany do przodu film, czasem jak zacięta płyta. Chiny mnie wymęczyły, przeraziły, zachwyciły, znudziły. Wrócę tam kiedyś, kiedy taśma w mojej głowie wróci do swojego tempa. Konfrontacja z Chinami nie była czystą przyjemnością – czasem bliżej było jej do bólu – ale była niezbędna. Okazałam się szybsza od swoich demonów. Zostawiłam je gdzieś zmachane na pekińskim lotnisku i patrzyłam na ich wykrzywione twarze z odlatującego do Korei Północnej samolotu.

Kolejna konfrontacja. Podróż do bodajże najbardziej tajemniczego państwa na świecie. Obserwowanie całymi dniami toczącego się za drzwiami ambasady, w której odbywałam staż, życia reżimu. Spacery, początkowo nieśmiałe, a potem coraz odważniejsze, po Pjongjangu. Pisanie nie na komputerze, lecz w notatniku Moleskine z soczyście zieloną okładką – prezencie, który miał posłużyć mi w drodze. Słuchanie pieśni patriotycznych z oddali, kiedy myłam zęby. Kąpiel w oceanie w Wŏnsan, podziwianie panoramy miasta z wieży Juche, świętowanie razem z Koreańczykami z okazji rocznicy końca drugiej wojny światowej i tym samym odzyskania niepodległości. Kilka tygodni w jednym miejscu, które okazały się jednocześnie źródłem ogromnej inspiracji, ale także zanudziły mnie swoją rutyną do bólu. Litry łez wylane po tym, jak ukradziono mi aparat ze zdjęciami zrobionymi na świętej górze Koreańczyków, Paektu-san. I świadomość, że dyplomacja nie jest dla mnie, za żadne pieniądze. Muszę działać, muszę być w ruchu, muszę nauczać, uświadamiać, czytać, nie mogę dać się znowu zamknąć – zarówno w wymiarze fizycznym (dzielnica dyplomatyczna), jak i psychicznym (biurokracja, masa zbędnej roboty, brak kontaktu z rzeczywistością).

Zamknęłam w sobie dużo przemyśleń z Korei i dopiero niedawno zaczynam do nich wracać. Przewracam w notatniku zapisane ołówkiem kartki, patrzę na kalejdoskop śladów – kropli paskudnej rozpuszczalnej kawy, którą pobudzałam się, kiedy miałam już dość, wydzielające jeszcze lekko słodką woń dwie pomarańczowe plamki z zakupionych za majątek mandarynek. Rozmazany tytuł, zapisane na szybko przemyślenia na marginesie jakichś świstków, które wpinałam do notatnika, aż utył, wybrzuszając się szkaradnie. Głaszczę nowy aparat, patrzę na nowe zdjęcia, staram się cieszyć chwilą i pogrzebać już na zawsze te obrazy, które nigdy do mnie nie wrócą.

Spakowałam kilka zdobytych cudem pamiątek do plecaka i znowu ruszyłam w drogę. Do jądra ciemności. Do miejsca, z którego uciekałam, a za którym tęsknie. Do miejsca, gdzie, z dala od bliskich, z dala od znajomych, z dala od moich przyzwyczajeń, wylazły na wierzch kulejące demony. Z Tokio wróciłam po roku chudsza o 10 kilo. Nie mogłam nawet dobrze siedzieć na normalnym twardym krześle bez uczucia, że zaraz kość ogonowa przebije moją skórę. Miałam dobre dni, miałam beznadziejne dni i miałam wspaniałe dni. Nieraz miałam wrażenie, że już wszystko w porządku. Jem zdrowo, jem dużo, jest okej. Ale wybuchnięcie płaczem na środku centrum handlowego po spróbowaniu jednego mochi nie jest okej. Półtora roku później zjadłam tych mochi kilka, rozsiadłam się na ławce w parku i… nic. Cicho.

Poczułam się, jakbym właśnie zdobyła Mt. Everest. Okrążyła ziemię, zdobyła literackiego Nobla. Zapomniałam na chwilę o zgubionym aparacie, o ocenie bardzo dobrej ze studiów, a nie celującej. Walcie się, fuck you, powiedziałam do myśli, które gnębiły mnie przez rok w Japonii, nie dając mi także spokoju po powrocie do Europy.

A potem? Potem im podziękowałam.

Bo widzicie… ludzka logika jest na swój sposób popaprana. Serio. Powtarzamy frazesy do bólu, rzucamy komplementami tak, że cukier aż trzeszczy między zębami. Ale rzadko kiedy potrafimy się cieszyć tym, co jest. Spojrzeć na swoje otoczenie i stwierdzić, że jest w porządku. Obok wad, dostrzec też potencjał. Zauważyć, że nic nie jest idealne, ale it’s all right.

It’s good enough. I to wystarcza.

To zabawne, bo w Tokio, miejscu, które do tej pory ma kawałek mojego serca, przeżyłam pierwszy porządny counter culture shock – odwrotny szok kulturowy. Cieszyło mnie to, że resztę wydają mi w monetach, a nie w gumie do żucia. Neony, które dawniej wydawały mi się szkaradnym zanieczyszczeniem światłem, teraz czarowały mnie niczym lampki na świątecznej choince. Nie przeszkadzało mi to, że Japończycy chodzą wolno i nieporadnie, bo ja chodziłam jeszcze wolniej i jeszcze nieporadniej. Wchodziłam do losowych sklepów, patrzyłam na reklamy, setki reklam, tysiące i poczułam się jak dziecko.

W Korei Północnej są dwa billboardy reklamujące samochody marki Pyonhwa.

W centrum handlowym nr 1 zobaczyłam jedynie puste półki i panie w wykrochmalonych fartuszkach, jak z jakiejś gorzkiej komedii o PRL-u.

A w Japonii? Słońce, czyste chodniki (za sprzątanie których ktoś dostaje pieniądze!), różnokolorowe fryzury, plakaty w metrze, setki książek w księgarniach o wszystkim i niczym. Brak czuwających wszędzie pomników, pouczających sloganów.

Poczułam się wolna.

Może to smutne, ale nieraz trzeba doświadczyć tego, że może być gorzej. Że są miejsca na świecie, gdzie ludzie wyśmialiby mnie na głos, gdybym opowiedziała ich o moich problemach. Ludzie, którzy nie mają co do garnka włożyć i na wieść o tym, że płakałam kilka dni po tym, jak dostałam ze studiów piątkę, a nie szóstkę, puknęliby się w głowę i skwitowali to jednym: „Wariatka.”

Ale może to wszystko było potrzebne, żebym zaczęła powoli pisać dla siebie, na boku. Nawet jeśli trwało to tylko kilka tygodni, to wracam nieraz do tych tekstów napisanych po spotkaniach z całą gamą Japończyków i kombinuję, co by tutaj kiedyś z nich jeszcze zrobić.

W międzyczasie zgłosiłam się do Polskiej Szkoły Reportażu, z nadzieją (tym razem bez chorobliwej ambicji), że będę miała szansę nauki od najlepszych. Że może uda mi się uporządkować mój chaos w głowie, ale także totalny burdel jeśli chodzi o przedstawianie Japonii w mediach. Pokazać, że żyją tu ludzie normalni, nie żadne dziwolągi. Ludzie, którzy martwią się tym, co my. Po pięciu latach studiów o Japończykach, spojrzałam na nich, tak, jakbym patrzyła na siebie. Nie byli już w mojej głowie Japończykami. Była Atsuki, był pan Yamaguchi. Rozmawiałam pierwszy raz od miesięcy po japońsku, kaleczyłam słowa, odnajdowałam się powoli w języku, który kojarzył mi się na długo z tym, co muszę, a nie tym, co chcę. I zaczęłam czerpać z tego satysfakcję.

Bywały lepsze i gorsze chwile. Po kilku tygodniach spotkań z Japończykami, rozmów, notatek, opuściła mnie wena. Pognałam na północ, chodziłam od rana do nocy po zapomnianych przez bogów i ludzi miasteczkach. Patrzyłam na styrane dłonie twórców laleczek kokeshi, próbowałam zrozumieć, co jest w tych drewnianych cudach takiego, że nie mogę nieraz od nich oderwać wzroku. Ale to nic! Co jest w nich takiego, że ludzie potrafią robić je od rana do nocy przez kilkadziesiąt lat i się nie znudzić? Rozmowy, spacery, zdjęcia, wystawy, dobre jedzenie i jazda toczącymi się powoli przez nicość pociągami.

Ciągle było mi mało.

Nigdy nie byłam osobą specjalnie spontaniczną. Nauczyłam się planować, wyznaczać cele. Do tej pory nie wiem, co mnie tknęło, żebym kupiła bilet do Australii w jedną stronę i kilka dni później stawiła się na progu u Julii z bloga Where is Juli, której przecież nigdy nie spotkałam. Nie przeszkodziło jej to jednak, żeby powiedzieć: „Nie ma sprawy, wpadaj”. Też chcę mieć taką wiarę w ludzi. Też chcę przełamywać bariery, odkrywać nowe, ale nie tylko w czysto geograficznym sensie. Trzeba zacząć od siebie.

Australia okazała się tą wisienką na torcie. Zapomniałam o studiach, zapomniałam o zmartwieniach. Pierwszą rzeczą rano nie było oglądanie brzucha i przyglądanie się w lustrze czy aby przypadkiem nie przytyłam. Wstawałam, myłam zęby i robiłam sobie porządne śniadanie, żeby mieć siłę na całodzienne odkrywanie. Chodzenie po miastach, jeżdżenie na rowerze, przedzieranie się przez lasy deszczowe, przytulanie kangurów.

koala-19

W Australii zjadłam więcej ciast (i to wegańskich!) niż przez ostatnich kilka lat. Przytyłam pewnie kilka kilo. I wiecie co? Mam to gdzieś. Miałam nareszcie siłę na spróbowanie rzeczy, o których marzyłam od lat. Na lekcje surfingu. Na skakanie na koncercie Florence w deszczu. Na kilkudniowe roadtrip i wstawanie o wschodzie słońca. Na kilkunastokilometrowe spacery, na chodzenie po górach. Na bieganie wśród krzaków winorośli, na rozmowy przy wyśmienitej kawie.

minyonfalls-53

Miesiąc w Australii był przełomem. Wróciłam do Japonii, pojechałam na samo południe, na archipelag Yaeyama, o którym nikt nie miał zbytnio zamiaru mnie uczyć, bo kto by się tymi wysepkami przejmował. W Australii nie pisałam prawie wcale, wstawałam o świcie i padałam po kolacji, z uśmiechem na twarzy. Komputer otworzyłam kilka razy, notatnik leżał zapomniany na dnie plecaka. Patrzyłam, smakowałam, nasłuchiwałam i nie miałam czasu na nudzenie się. W Japonii, po kilku dniach spędzonych na deszczowej wyspie Ishigaki, słowa zaczęły do mnie wracać. Nie miałam jednak zbytnio ochoty się ich słuchać. „Dajcie mi spokój” – myślałam, starając się cieszyć tym, że jestem w Japonii, w nowym miejscu, jest ciepło, pływam w przezroczystym i cieplutkim morzu, podziwiam kolorowe rybki, patrzę na rozleniwione rozgwiazdy przyczepione do skał. Przechadzam się dróżkami, wzdłuż których stoją tradycyjne domy, patrzę z dala na święte miejsca, odwracam wzrok od gróźnie wyglądających shiisaa – strażników domów w okinawiańskiej kulturze.

Kulminacją tych pięciu miesięcy była wizyta na wysepce Yonaguni.

Yonaguni dało mi coś, czego pragnęłam od dawna, ale bałam się o tym powiedzieć na głos. Inspiracji. Przyjechałam tutaj bardziej po to, aby zobaczyć kolejną wyspę archipelagu Yaeyama, „zdobyć” najbardziej wysuniętą na zachód zamieszkaną wyspę Japonii. Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam w błędzie.

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się normalne. Drogi, szare domy, lekko zapuszczone lotnisko. Hotel jak każdy inny, takie same przekąski w malutkich sklepikach.

Jak bardzo byłam w błędzie! Dlaczego nie doceniłam od razu tych intrygujących uśmiechów starszych pań? Szeptów w umierającym języku, którego nie rozumiem ani ja ani żaden Japończyk. Nawet nie wiem, kiedy wylądowałam w studio ceramiki na końcu świata, gdzie spędziłam kilka godzin na rozmowach o niczym: o sensie życia, o polityce, o Japonii, o tradycjach na wyspie. O ludziach, którzy rozmawiają z bogami. O odbywającym się właśnie w wiosce festiwalu, podczas którego mieszkańcy mają szansę za pomocą „medium” porozmawiać z bóstwami, opiekującymi się nad tym skrawkiem lądu od wieków.

Zafascynowała mnie ta Japonia, którą Japonią tak naprawdę nie jest. Japonia rozkładu, zapomniana przez ludzi, z której wielu ucieka, a zamiast nich przyjeżdżają zmęczeni życiem w wielkich miastach Japończycy, ucząc się powoli lokalnego języka. Japonia, o której się nie myśli ani nie mówi – po co zatruwać sobie myśli tym, co niewygodne: przyłączenie królestwa Ryukyu siłą prawie 150 lat temu, planowanie ogromnego kontyngentu Sił Samoobrony w najbliższej przyszłości, traktowanie mieszkańców wyspy jako „Japończyków”, mimo że się nimi nie czują.

yonaguni56-1
Porozbijane czarki w ogromnych grobowcach pokrytych mchem, budynki pożerane przez naturę, jakby ta buntowała się obcym najeźdźcom. Porośnięte pnączami samochody z jeszcze otwartymi drzwiami, jakby zaraz miał ktoś z niego wysiąść. Nie ma tu ani trochę supernowoczesności, ani trochę „japońskiej” tradycji. Nie zobaczymy tu gejsz, samurajów, świątynek szintoistycznych (poza tymi zbudowanymi kilkadziesiąt lat temu podczas japońskich imperialistycznych zapędów).

I ludzie. Gadatliwi aż do bólu, gościnni, przyjaźni, zapraszający mnie do siebie, do obserwowania ich tradycji, do rozmów, zapraszający ponownie, próbujący nauczyć mnie w swoim języku kilku słów. Którzy każą mi obiecać, że kiedyś tu wrócę. A ja – zamiast podążać za planem, zamiast robić zdjęcia tym wszystkim miejscom, które chciałabym zobaczyć, daję się zapraszać, rozmawiam godzinami, aż padam z wykończenia wieczorem, bo nie przypominam sobie, kiedy ostatnio od rana do wieczora mówiłam tak długo po japońsku.

Wrócę tu. Napiszę o panu Yamaguchi, który porzucił Tokio kilkadziesiąt lat temu i po podróży po sporym kawałku świata, osiadł na wyspie, gdzie tworzy ceramiczne cuda. O pani z małego sklepiku z ramenem, która nauczyła mnie kilku słów, porozmawiała ze mną o Polsce i wsadziła mnie w malutki autobusik, upewniając się, że na pewno kierowca zawiezie mnie tam gdzie trzeba. O kelnerze w przyhotelowej knajpce, który podszedł do mnie, tylko do mnie, i zagrał kilka piosenek, śpiewając w języku, który powoli zanika, którego nie rozumiem, a chciałabym. O 97-letniej pani, o której niestety tylko słyszałam od osób trzecich, która przez całe swoje życie spisywała tradycje, tworzyła archiwum i zbiory, aby przypadkiem nie przepadły na zawsze.

Przypomniałam sobie mój rok w Tokio na czwartym roku studiów i odczuwaną wtedy ulgę, że nareszcie wyjeżdżam. Tokio wydawało mi się bezlitosnym potworem, ośmiornicą, oplatającą mnie swoimi mackami. Nawet kilka miesięcy wcześniej, kiedy zjawiłam się w Tokio po pobycie w Korei Północnej, musiałam walczyć z demonami, które przypominały mi co chwilę, o tym, jak spędziłam w tym mieście najtrudniejszy okres w moim dotychczasowym życiu.

Do teraz. Wiecie co mnie przerażało najbardziej podczas podróży po Tohoku późną jesienią? Powrót do Tokio, do miejsc przywodzących bolesne wspomnienia. Między innymi dlatego zdecydowałam się bez wahania na podróż do Australii. Potrzebowałam odpoczynku od Japonii, a tym bardziej od Tokio. Tokio – pierwszego miasta, które pokochałam w Japonii i pierwszego, które znienawidziłam, modląc się o to, żeby los się nade mną zlitował i żeby udało mi się wyśliznąć z jego macek.

Po Yonaguni, po Australii, po Korei Północnej, po Chinach, po Oksfordzie… wróciłam do Tokio. Zatoczyłam koło. I poczułam się wreszcie totalnie, niezaprzeczalnie szczęśliwa.

Trochę to zajęło, co nie?

Pięć miesięcy z dala od domu. Dużo śmiechu, masa wspaniałych wrażeń, ale także litry łez, samotność i konfrontacja z demonami, której bałam się jak ognia.

Minęło mniej niż pół roku, ale czuję się jakbym była inną Karoliną niż przed podróżą. Już nie widzę świata przez mgłę, nie smakuję wszystkiego przez niby folię. Potrafię zatrzymać się na środku chodnika i podziwiać piękne jesienne kolory. Zaglądam do małych sklepików, zagaduję do ludzi. Nie czuję potrzeby chowania się przed światem. Nie sprawdzam co chwilę czasu. Nie stresuję się tym, co „powinnam” zrobić. Wiem, co sprawia mi radość – pisanie i czytanie. I na tym mam zamiar się skupić w najbliższej przyszłości.

Nadal ciągnie mnie po świecie. Nie da się uleczyć podróżoholizmu. Nie patrzę już jednak na podróż jak na wybawienie. Nie potrzebuję uciekać. Chcę poznawać nowych ludzi, smakować nowe jedzenie, doświadczać nowego, aby wzbogacić siebie.

Nie boję się rutyny. Nie boję się mieszkania w jednym miejscu. Poczułam, że fajnie byłoby mieć tą przystań, nawet jeśli będę wpadać tam tylko na chwilę. Uświadomiłam sobie, że potrzebuję nieraz pobyć bardziej domową Karoliną. Posiedzieć w fotelu w piżamie, poczytać książkę. Spędzić święta z rodziną, wybrać się na spacer po Szczecinie (które całe życie wydawało mi się szkaradne, a teraz stwierdzam, że to całkiem ładne miasto z ogromnym potencjałem). Spotkać ze znajomymi, przejść się do kina.

Nadal siedzi we mnie podróżoholik. Przed snem snuję wizję kolejnych podróży, przeglądam gazety, czytam reportaże, ciągle chłonę inspiracje. Odnajduję przyjemność w pisaniu dla pisania, nie dla lajków i komentarzy (nie żeby nie sprawiały mi one radości, ale nie są one celem same w sobie). Czytam prawie codziennie, podążam za melodią słów, podkreślam ołówkiem fragmenty, notuję na marginesach przemyślenia. Bawię się słowami jak plasteliną, rozgrzewam ją w palcach, budując co chwilę coś nowego.

Warto było? Jak myślicie? Warto było być z dala od rodziny, z dala od bliskich, z dala od strefy komfortu, od pysznego chleba, od maminego gotowania? Nie móc spędzać urodzin siostry razem z nią, a potem także tych mamy i taty? Rozmawiać z nimi na Skypie, który co chwilę odmawiał posłuszeństwa? Czytać o Polsce w Internecie, który nieraz potrafił się ładować w nieskończoność, po czym obrażał się i koniec – dzisiaj nie będzie newsów?

Bolało? Czasami. Przyjemnie było? Czasami.

Powiem Wam jedno – to niesamowite uczucie wejść do malutkiej kawiarenki w Ueno o 22, zamówić gorące oshiruko (zupę na bazie słodkiej pasty anko) i smakować każdy kęs. KAŻDY. KĘS. Bez poczucia winy, bez zastanawiania się, liczenia, racjonalizowania.

A potem wyjść na ulicę, przejść się kładącą się do snu alejką Ameyoko, i powiedzieć sobie: „Jestem super!”

I pójść spać godzinę później z uśmiechem na twarzy.


 

PS. A propos marzeń – do końca roku trwa głosowanie w konkursie Kerala Blog Express. Mam realną szansę stać się jednym z trzydziestu blogerów podróżniczych, którzy zostaną zaproszeni na dwutygodniową wyprawę po Indiach. Głosowanie trwa TUTAJ dosłownie trzy sekundy, a każdy głos się liczy. Pomożecie? Głosujcie, podsyłajcie linka znajomym i trzymajcie kciuki ♥

 

Categories Osobiste
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

32 comments on “Pięć miesięcy w podróży – warto było?

  1. Krzysztof Wojciech Olszewski

    Pani Karolino, rewelacyjny wpis. Ja bardzo proszę kiedyś o szerszą relację z Korei Płn. – nie ukrywam, że sam chciałbym kiedyś odwiedzić ten kraj i bardzo mnie ciekawią takie „ludzkie” obserwacje ze środka reżimu. Zazdroszczę podróżowania i życzę wygrania tego wyjazdu do Kerali 🙂

  2. Jesteś niesamowita! Głos oczywiście oddany (bo można to zrobić kilkukrotnie z rocznych przeglądarek :D), powodzenia w dalszych podróżach 🙂 Australii zazdroszczę bardzo.

  3. Trzymam kciuki aby udało się Pani wygrać .!!! Wspaniale się czyta Pani wspomnienia z podróży.

  4. Niestety patent z różnych przeglądarek i u mnie nie działa ale głos już dawno oddany:). Powodzenia w dalszym rozwoju i osiąganiu nowych granic i celów.. Tak się fajnie złożyło,że wychodzą z tego dobre życzenia noworoczne :).

  5. Super 🙂
    Na „kłopoty” z myślami polecam ACT, czyli terapię akceptacji i zaangażowania, a także medytację (polecam stronę https://www.headspace.com).
    Bo myśli to tylko… myśli. Nic więcej. Demony to tylko myśli, wzorce w głowie. Niczym więcej nie są. Mogą przeszkadzać, ale to dalej są tylko myśli. Tak po prostu. Wystarczy je obserwować, bez angażowania. Naprawdę się da 🙂
    Bardzo polecam tę książkę, mi pomogła bardzo 🙂 Steven C. Hayes – W pułapce myśli.

  6. Taka troche
    droga wojownika o marzenia i o siebie sama, gratuluje przegonienia demonow i odnalezienia samej siebie☺️pieke wlasnie ciastka(weganskie!) i czytam o dalekich swiatach, podrozuje z Toba siedzac przy moim starym poczciwym kuchennym stole… Dzieki ze piszesz❤️trzymam kciuki za Kerale

  7. Świetny i osobisty wpis, trochę smutny, ale jak prawdziwy… rozumiem po części Twoje rozterki i problemy, sama przez podobne przechodziłam, ale wiem, że do końca nie można zrozumieć drugiego człowieka.. życzę Ci wszystkiego co najlepsze 🙂 Dużo przeszłaś, dużo przeżyłaś, wiele doświadczyłaś, ale jak sama piszesz – jesteś super 😀 Też przydałaby mi się podobna podróż albo jakaś duża zmiana, bo czuję, że stoję w miejscu, a czas i życie przecieka mi przez palce… nie potrafię znaleźć siebie, czuję, że się duszę i nie wiem jak to zmienić, a wiele rzeczy wokół mnie mi to utrudnia. Często są one niezależne ode mnie. Nie chcę narzekać, bo wiem, że niektórzy mają gorzej, ale jednak to nie jest to co chcę robić i to nie miejsce/a, w których chcę być. Chciałabym naprawdę odżyć i poczuć, że mogę narodzić się na nowo. Pozdrawiam Cię cieplutko i ściskam ^_^

  8. Gratuluje podrozy i mam nadzieje na dalsze przygody i kolejne ciekawe wpisy

  9. dobrze. Niech tak już zostanie. Albo – niech będzie jeszcze lepiej 🙂

  10. Iwona Saito

    To opowieść o Twoim dojrzewaniu, Japonia i inne kraje to tylko backgroud. To jak postrzegamy rzeczy dookoła nas zależy od tego co nam aktualnie siedzi w głowie. Gorąco popieram pomysł naprawienia wizerunku Japonii w naszych mediach. Kłaniam sie nisko.

  11. Ehh wspaniałe podsumowanie… Korea Pólnocna, jestem pod wrażeniem. Ja póki co tylko na nią mogłam patrzeć z granicy. Czekam więc na dalsze opowieści. Pozdrawiam

  12. puste PÓŁKI ( błąd ortograficzny).

  13. Dzięki za ten wpis, za to, że zdobyłaś się na taką szczerość. I tak – jesteś super:)

  14. Karolina! Dziękuję za pełne barw, zapachów i smaków wpisy. Jesteś jedną z moich inspiracji. Mam nadzieję, że za pół roku napisze z pozdrowieniami z Afryki (to na początek, bo wzywa mnie Azja). Tymczasem pozdrawiam z zimowego Olsztyna.

  15. Kiedy tak czytam ten tekst dokładnie wyobrażam sobie to uczucie inspiracji, które towarzyszyło ci na ulicach zwiedzanych miast. Jakby ty spowalniasz, a cały świat kręci się dookoła. Tak czuję podróż.

  16. Przepiękne podsumowanie podróży. Nie wiem czy mogę to powiedzieć, ale jestem z ciebie Karolina po prostu dumna- że tak dałas sobie radę, skonfrontowałaś lęki, podjęłaś decyzje, któe były dobre dla Ciebie a nie takie, które opierały się na oczekiwaniach innych ludzi. Życzę Ci, żeby to szczęście i zadowolenie kontynuowało i żebyś spełniła marzenia pisania o rzeczach, które kochasz.

    PS. Sama miałam i wciąż mam nawroty problemów z odżywianiem. Rozumiem to.

    Pozdrawiam!
    Aneta

  17. jakbym czytała o sobie… skończyłam sinologię, do Chin pojechałam raz i więcej tam nie wrócę. okropny, okropny kraj, pełen smogu, brudu, ludźmi, z którymi nie da się porozumieć, bo żyją w klatce z której nawet nie próbują wyjść. dwa miesiące męki, i dobrego jedzenia co prawda, ale nadal męki.

  18. Pomogę Ci w sprawie puszenia w świat informacji o Twojej podróży.

  19. zagłosowałam! Twoja bardzo osobista (zawiła i długa jak życie:) wypowiedź przywiodła mi na myśl film „Jedz, módl się, kochaj”.. nie chcesz napisać o sobie książki? myślę, że jest to dobry pomysł:)

  20. Głos oddany, powodzenia! Oby nowy rok był jeszcze lepszy!

  21. Pytasz czy warto bylo? Twoj wpis jest odpowiedzia! Tak,oczywiscie.tylko samotna podroz pozwala poznac nam siebie i swoje mozliwosci, spojrzec w glab duszy, posmakowac Strach taki prawdziwy tak jak i boskie uczucie pewnosci siebie. Ludzi poznajemy,oceniamy,weryfikujemy grono tych z ktorymi jeszcze chcemy: rozmawiac,pic kawe,wymienic poglady…ale jest taka specjalna gromada „do brydza” ktorej skladu nie zmodyfikujemy>>>P.Bezradnosc ,P.Nuda, P.Klamstwo, P.Strach…oni odwiedzaja bez pytania czy moga…czy masz czas, czy posprzatane i przygotowana na gosci…i albo wpadasz w hazard albo sie nauczysz rozgrywac partie madrego, opetatywnego brydza by ta ekipa wie dziala ze nie jest jedyna”4″ w twoim zyciu bo….spotykasz rowniez : P.Sukces, P.Pewnosc,P.Odwaga, P.Sila… Gdy wymagssz od siebie wiecej niz przecietnosc zaczynasz czesto postrzegac i konsumowac blednie pirámide zycia.priorytety sie zongluja a dusza gdzies gubi swoj prawdziwy kolor.zyjesz czms „na zewnatrz”,zaplanowanym,wytyczonym… Wtedy trzeba zostawic wszystko i poszukac siebie z biletem w jedna strone:)gosciom od brydza powiedziec: stop.wakacje!warto bylo zrobic wszystko co zrobilas!!!juz nie bedziesz ta sama Karolina,masz racje.
    Ale czy to zle? Nie,pewien etapa sie zakonczyl.inny startuje a jeszcze inny czeka na start. Moze wlasnie tym nowym pasem startowym beda INDIE?
    Zaglosowalam!:) i powiem ci ,ze czytuje wiele blogow ale za Twoim zatesknilam jak sie zaszylas w AU.Rozumiem jednak- sama tez tam kiedys zginelam dla swiata i mojego zycia…i MIAR o powrocie:)

  22. Bardzo rozumiem o czym piszesz, bo równiez przezylam podobna podroz i „przemiane”, nauke o sobie, ktorej nie mozna do niczego porownac. Przeczytalam wszystko od poczatku Twej podrozy z zapartym tchem i zapisalam sobie wiele zdan z Twoich wpisow, tak jak teraz Ty zapisujesz gdzies inne. 🙂 Moje ulubione z powyzszego posta – o bawieniu sie slowami, jak plastelina.
    Trzymam kciuki za przyszlosc i powodzenia w konkursie – zaglosowane!
    P.S. Czekam az na polkach w ksiegarniach pojawi sie Twoja ksiazka. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *