Panorama Pjongjangu z wieży Juche

Stolica Korei Północnej widziana z wieży Juche ciągnie się po rozmazany smogiem horyzont. Odkładałam wejście na jej szczyt przez kilka tygodni – „przecież wieża nigdzie nie ucieknie”. Powitałam Pjongjang podziwiając 15. sierpnia rozświetloną fajerwerkami wieżę, przechodziłam obok niej niejednokrotnie podczas moich spacerów po mieście. Tydzień przed wyjazdem postanowiłam, że „nadszedł już czas”, wzięłam do torby aparat i ruszyłam w jej stronę.

Widok na plac Kim Ir Sena spod wieży Juche w Pjongjangu

Bloki z płyty, nierówne chodniki, rozpadające się trolejbusy, idące przed siebie tłumy ludzi. I ja. Szerokie ulice, za szerokie na te kilka aut dyplomatów i partyjnych elit, plus przejeżdżającą w oparach dymu raz na jakiś czas wojskową ciężarówkę. Brak jakichkolwiek znaków – a nuż któryś zasłoniłby oblicze Wielkiego Wodza? Nad rzeką Taedonggang wyjątkowe zatrzęsienie ludzi, ćwiczących od świtu przed nadchodzącą 70. rocznicą powstania partii. Chowam się w cieniu ogromnych betonowych posągów, wysławiających prostych ludzi: rolników, rzemieślników, wojskowych.

Socjalistyczne pomniki na placu przed wieżą Juche w Pjongjangu

Pomnik przodowników pracy na placu przed wieżą Juche w Pjongjangu

Oni nie mają tego luksusu. Nikt nie robi sobie nic ze spływającego potu po ich twarzach. Nikt nie ma przy sobie butelki wody. Nikt nie zastanawia się nad tym, co kryje się za zdeterminowanymi twarzami z kamienia. Robią dobrą minę do złej gry, próbują z całych sił, ale większość przykuca, choćby na chwilę, kiedy nikt nie patrzy. A potem z megafonu rozlega się krzyk i znowu trzeba wrócić do szyku i ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.

O dziwo na placu przed wieżą nie ma nikogo. Z jednej strony to dobrze – niezbyt widzi mi się wtapianie w wycieczkę wożonych po stolicy ludzi, którzy nie widzieli nic poza hotelem i kilkoma miejscami, które zostały przez koreańską propagandę uznane za bezpieczne do pokazywania cudzoziemcom. Nie chcę też wylądować w tłumie przodowników pracy tudzież partyjniaków, którym pokazuje się ogrom stolicy, nauczając przy okazji o idei Juche. Nic z tego. Jestem tylko ja i kupa betonu.

Przed wejściem wpatruję się w szereg tablic pamiątkowych od darczyńców z całego świata. Tak jak przy okazji wizyty na Wystawie Przyjaźni, lekko mnie mdli, gdy widzę, jak wiele osób wspiera północnokoreański reżim. Chociaż w ciągu kilku tygodni usłyszałam, że wielu robi to dla darmowych wycieczek do Korei. Nigdy nie wpadłabym na to, że ludzie potrafią być tak chciwi. Nawet kosztem cudzego życia. W końcu ich „dary” nie idą jedynie na polerowanie marmurowych posadzek.

Wieża ku czci idei Juche w sercu Pjongjangu w Korei Północnej Tabliczki z imionami miłośników idei Juche przed wejściem do wieży

Kiedy tylko wchodzę do środka, staje przede mną żołnierz. No tak. I znowu to samo. Znowu powtarzanie, że jestem z ambasady, że chcę wejść na górę. Młody chłopak patrzy się na mnie podejrzliwie. Pewnie jest młodszy ode mnie. Patrzę na niego, a on na mnie. Po kilkunastu sekundach milczenia usuwa się na bok i przechodzę korytarzem w stronę… kasy biletowej.  Kobieta wykrzykuje chrapliwym głosem – „10 euro!”. Serio? 10 euro za jeden wjazd rozklekotaną sowiecką windą na górę? Przyzwyczaiłam się jednak do zaporowych cen dla turystów – reżim w końcu potrzebuje waluty.

Chciałam, żeby mnie coś zdziwiło… I moje prośby zostały wysłuchane. W oczekiwaniu na windę wpadam na jakąś poważnie wyglądającą delegację z Hiszpanii, wysłuchującą uważnie wychudzonego przewodnika w za dużym bladoszarym garniturze (z krótkim rękawem! hit sezonu!). Są równie zdziwieni moim widokiem, jak ja ich.

– Jesteś tu z jakąś wycieczką? – pyta perfekcyjną angielszczyzną jeden z nich. Oksfordzki akcent do pozazdroszczenia.
– Nie – uśmiecham się tajemniczo – jestem z polskiej ambasady.

– Aaach, splendid! – wykrzykuje mój rozmówca, a ja nie mogę ukryć uśmiechu. Już dawno nie słyszałam tak brytyjskiego określenia. Wszystko jest tutaj great, owszem, ale to nie to samo.

Grupka kupuje jakieś pamiątki (przy okazji dwie panie w szeleszczących poliestrowych hanbokach próbują wcisnąć mi jakieś książeczki autorstwa Kim Ir Sena. Kupuję jedną – „Socialism is science” za 1 euro, bo prawię parskam śmiechem na widok tytułu. „Socjalizm jest nauką”? Tego jeszcze nie widziałam.

Kiedy grupka wychodzi z wieży, żegnając mnie słodkobrzmiącym „adiós!”, nadchodzi moja kolej i pakuję się razem z moją przewodniczko-opiekunką do windy. Nie nazwałabym jej przewodnikiem, bo wymagałoby to przekazania informacji, opowieści albo chociażby chęci dialogu. A tu cisza. Po kilkunastu sekundach kobieta nie wytrzymuje i zalewa mnie lawiną pytań:

– A skąd jesteś?
– A długo tu jesteś?
– Na jak długo zostajesz?
– Gdzie pracujesz?
– Co dokładnie w pracy robisz?
– Podoba Ci się Twoja praca?
– Podoba Ci się Pjongjang?
– A Korea Północna?

Wszystko na jednym oddechu. Więc brzmi to bardziej jak askądjesteśadługotujesteśnajakdługozostajeszgdziepracujesz…

– Z Polski – odpowiadam, nauczona już, jak rozmawiać z próbującymi zapunktować u władz zdobyciem informacji od oeguginów.
– Polska? Aaaach – jej wyraz twarzy trochę łagodnieje, ale nie będzie mi tak łatwo wywinąć się od pozostałych odpowiedzi.
– No to jak? Długo tu jesteś? Na jak długo zostajesz? … – znowu ta sama litania.

Nie ze mną takie numery. Przerobiłam to już wiele razy. Więc odpowiadam, że jeszcze nie wiem, bo jestem tu od niedawna i się wdrażam, ale na razie mam pozytywne odczucia. Kiedy próbuje mnie ciągnąć za język, udaję, że nie rozumiem, aż w końcu dojeżdżamy na górę.

Wychodzę na zewnątrz, a pode mną rozpościera się Pjongjang. Chodziłam i jeździłam po nim przez kilka tygodni, ale nie miałam pojęcia, że to aż tak rozległe miasto!

Panorama Pjongjangu widziana z wieży Juche

Patrzę na słynny (nieukończony) hotel Ryugyŏng w kształcie piramidy… Mignął mi wielokrotnie z okna samochodu, ale nie miałam okazji przyjrzeć mu się na spokojnie. Ogrodzony jest szkaradnym betonowym płotem i mało co widać z poziomu zwykłego śmiertelnika. Budowa zaczęła się w 1992 i nadal trwa. A raczej – betonowy szkielet został przykryty szybą przez egipską firmę Orascom (która utworzyła z rządem koreańskim joint venture Koryolink), która w zamian za to dostała prawa do utworzenia w Korei Północnej sieci komórkowej 3G (osobnej dla cudzoziemców i Koreańczyków, ale co tam). Sam prezes tej firmy w Pjongjangu powiedział mi, że nie ma szans, żeby ten hotel kiedykolwiek został uruchomiony. No ale jak ktoś wpadł na pomysł wind jeżdżących po skosie (!), to czemu się dziwić…

Nieukończony hotel Ryugyŏng w samym sercu Pjongjangu

Robię zdjęcia i czuję świdrujący wzrok Koreanki na moich plecach. Nie wiem co powiedzieć, więc rzucam jakiś oklepany komentarz, w stylu: „Ale ładnie tutaj!”. Odpowiada mi ironiczny uśmiech. I znudzenie. Nie wyciągnie ode mnie żadnych plotek, to po co się mną przejmować.

Patrzę na żelazny most, zwany w kręgach ekspatów „japońskim” i na Yanggakto, „hotel na wyspie”, gdzie zamyka się turystów, aby przypadkiem nie wyszli sami na miasto (nie dziwi zatem przerażenie niektórych Koreańczków na mój widok – pewnie myślą, że jestem jakimś zbiegiem!) i gdzie funkcjonuje chińskie kasyno (i burdel, ale ciii, przecież w Korei Północnej nie ma prostytucji!).

Hotel Yanggakto, w którym mieszkają nieliczni turyści odwiedzający Pjongjang Panorama Pjongjangu z tak zwanym "mostem japońskim" na pierwszym planie

Zerkam na skryte wśród bloków z płyty chaty, w których życie toczy się podobnie jak sto lat temu. Brud, smród i totalna nędza. Nie widać tego z ulicy, trzeba przejść przez jedno podwórko, czasem i drugie, żeby wejść do tej enklawy biedy. Udało mi się zerknąć na nie kilka razy, bo nie czułam się dobrze, wędrując w takie miejsca sama. Po kilku minutach uciekałam, nie mogąc patrzeć na warunki życia w stolicy kraju. Podobne odczucia miałam w Chinach, gdzie obok luksusowych hoteli, ludzie mieszkają często w ruinach (a ja mam upodobanie do skręcania w te małe, kręte uliczki, wchodzenia w bramy, zaglądania w podwórka.. i potem śnią mi się te zapadnięte dziury, śmierdzące fekaliami wychodki…)

Las szarych bloków i małych chatek - kontrasty w stolicy Korei Północnej

– Już? – pyta zniecierpliwiona Koreanka, bawiąc się odstającą nitką przy rażąco-różowym rękawie
– Za chwilkę – mówię i robię jeszcze kilka zdjęć. Obchodzę taras widokowy na szczycie wieży, tuż pod „płomieniem” jeszcze raz, i w drugą stronę. Biorę głęboki oddech i ruszam za nią w stronę windy.

Nowoczesne budynki w centrum Pjongjangu Plac Kim Ir Sena widziany ze szczytu wieży Juche w PjongjanguPomnik Partii z panoramą Pjongjangu w tle

Wychodzę z wieży, a na zewnątrz słońce powoli chyli się ku zachodowi. Siadam na betonowych schodkach i patrzę na plac Kim Ir Sena po drugiej stronie rzeki, na którym od rana do nocy trwają przygotowania do parady. Spoglądam na pomnik Partii Pracy, na rzekę, na wieżę, tym razem z dołu.
Pomnik partii pod wieżą Juche o zmierzchu

Ogromny pałac na placu Kim Ir Sena o zachodzie Słońca

I czuję się, jakbym miała dziwny, dziwny sen.

 

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (9)

  1. Pozdrowienia

    Świetny wpis. Faktycznie, sam beton i nic więcej. Zawsze zastanawiałem się ile procentowo z tych bloków bardziej nowoczesnych jest zamieszkanych. Skoro stoi hotel w którym nikt nie mieszka, zakładałem że jest to bardzo mały procent.
    I mam pytanie – place, miejsca na zdjęciach są wręcz puste. Nikogo. W jakich godzinach były robione zdjęcia i czy to standard? Czy po prostu wszyscy byli na próbach do parady?

    • Karolina

      Zdjęcie było robione po południu, kiedy większość ludzi jest w pracy, bądź na próbach. Miasto jest dość tłoczne nad ranem i późnym wieczorem, ale czasami faktycznie wyglądało niemalże na wymarłe, zwłaszcza w środku dnia.

  2. robalek11

    Niska, stara zabudowa jest niezbyt elegancka dla władz, ale pożądana przez mieszkańców. Ciężko sobie wyobrazić udrękę osób mieszkających w wieżowcach gdzie nie ma prądu…niezbędnego do funkcjonowania windy i bez wody w kranach…

  3. Już wiem, czego mi uporczywie brakowało w Py,, a nie zwróciłem na to uwagi. Znaków drogowych!

  4. Wchodzę dziś na natemat.pl, otwieram artykuł o Korei Północnej, a tam proszę, znajoma twarz! Bardzo ciekawa rozmowa 😉

    Może mnie nie pamiętasz, jestem Rafał i rozmawialiśmy krótko w autobusie na wyspie Iriomote 😉

    Pozdrawiam serdecznie!

  5. Witam Karolino . Trafiłem na twój blog przypadkowo dzisiaj , czytając jakiś materiał o Korei Północnej . Jeden z komentujących treść podał namiary i właśnie jestem . Czasami czytam materiały o K P gdyż byłem tam służbowo jeszcze za czasów KIMA . Przeżyłem ten swój 14 dniowy pobyt w tym kraju tak , że każde wspomnienie , nawet po latach było dla mnie stresujące . Minęło wiele lat i w końcu część zapamiętanych faktów przelałem na swego bloga . Nie miałem jednak zbyt dużego zapału do pisania , a brak jakiegokolwiek odzewu mnie zniechęcił do reszty . Jeżeli ciekawią cię moje wspomnienia z Pjongjang wejdź na stronę ,, ostatni wytrysk impotenta ,, , tam znajdziesz moje wrażenia z K.P. Może zaciekawi cię wątek z gen. Jaruzelskim i poszperasz w necie . Ciekawi mnie czy ta historia z Koreańczykiem , który został zabrany siłą od żony – Polki jest gdzieś opisana . Pozdrawiam . A dlaczego takie tytuł opisu pobytu w Pjongjang dowiesz się czytając wspomnienia .

  6. E kruca, ładnie tam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *