Taketomi (竹富島) – na koralowej wyspie

Taketomi to najbardziej i zarazem najmniej turystyczna wysepka w archipelagu Yaeyama. Najbardziej, bo każdy coś tam o niej słyszał. „Ach, to ta ładna wysepka?”. Najmniej, bo mieszkańcy za wszelką cenę próbują buntować się przeciwko nowoczesności. Zimą, kiedy turystów można policzyć na palcach jednej ręki, Taketomi pokazuje swoją zwykłą, lekko znudzoną twarz. Ale jakże piękną!

Nie jest to jednak jedna twarz.

Nieraz jest to twarz osmaganego wiatrem kapitana promu (któremu bliżej do dużej motorówki), który z namaszczeniem kieruje swoim statkiem przez te kilkanaście minut z portu w Ishigaki.

Nieraz – starszej kobiety z czepkiem na głowie, która serwuje dzień w dzień turystom hojne porcje chanpuru.

Młodej dziewczyny ze śpiącym w najlepsze niemowlęciem w lnianej chuście, zawiązanej niedbale na jej szczupłych plecach.

Nawołującego woźnicy, wożącego po wyspie turystów rozklekotanym wozem, ciągniętym przez ogromnego woła, który co chwilę spogląda na przechodniów, szukając w ich oczach zrozumienia. I zbawienia.

Senne krowy, senne kozy, żujące w zwolnionym tempie soczyście zieloną trawę.

taketomi-4

Podróż w czasie między betonowym Ishigaki a malutką Taketomi z jej wąskimi uliczkami, trzymanymi w ryzach przez rzędy niskich murków z wyrzuconego przez morze koralowca trwa kilkanaście minut. To całkiem dobry deal jak na cofnięcie się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, o jakieś sto lat.

taketomi-5

taketomi-8 taketomi-6

Na „promie” poza mną jest kilku mieszkańców wyspy, wracających do swojej oazy z brzydkiego Ishigaki i kilku zagubionych turystów z Tajwanu. I ja.

W „porcie” na Taketomi (znowu – z prawdziwym portem nie ma to wiele wspólnego) mieszkańcy wsiadają na zostawione tam rowery, a turystów odbiera turystyczny busik z wielkim napisem suigyūsha (水牛車) – „bawoli wóz”. Podwiozą ich do śmierdzącej z daleka łajnem „stacji”, gdzie z anielską cierpliwością na kolejną dawkę tortur czekają biedne stworzenia, pasujące do tej malutkiej wysepki jak pięść do oka. Poruszają się nieporadnie, ociężale wydeptując brunatne ścieżki. Spod ich kopyt unosi się kurz, pokrywający chwilę później ukryte zakamarki poukładanych w przydomowych ogródkach koralowców, muszli, kamyczków i muszelek.

taketomi-43

Kto by się tam przejmował zwierzęciem? Próbuję sobie wyobrazić te ogromne barki ciągnące w letnim skwarze wozy przepełniające się od znudzonych turystów. Oddalam jednak od siebie takie obrazy, mi jest duszno w grudniu, a kiedy pytam mieszkańców, jak ciepło jest tu latem, machają ręką, jakby odganiając od siebie takie absurdalne pytania, bo po co martwić się tym, na co się nie ma wpływu. „A dajże spokój” – odpowiada mi babinka w knajpce. Niby mówi to grzecznie – trudno zresztą być po japońsku NIEgrzecznym, w języku w którym umiejętne powiedzenie NIE urosło do rangi sztuki. Nadkładam na jej słowa polski filtr i w moich uszach rozbrzmiewają nie miękkie japońskie sylaby, lecz polskie „cholernie gorąco”.

taketomi-51

taketomi-23

Na Taketomi teoretycznie nie ma wiele do zobaczenia. A ludzie i tak walą tu drzwiami i oknami, promami, statkami i stateczkami, żeby posmakować ostatniej oazy „okinawiańskiego życia”. Co z tego, że spora część tego, co widzimy, to zabawa dorosłych w skansen.

taketomi-81 taketomi-63 taketomi-62

Niemalże każdego domu na wyspie pilnuje shīsā (シーサー), rjukjuańskie skrzyżowanie lwa z psem, które ma jedno zadanie – pilnować domostwa przed złymi duchami. Czasem ustawia się je w parach – tradycyjnie shīsā ustawione po lewej ma zamknięte usta, a to po prawej otwarte, tak jakby jedno z nich gadało za dwoje. Niektórzy uważają, że ta po lewej to mężczyzna (ha, dziwne!), który chroni dom przed złem, a ta po prawej to kobieta (no oczywiście, że to ta gaduła z otwartą paszczą), dzieląca się ze światem dobrocią. Przypominają zresztą japońskie komainu (狛犬), pilnujące często szintoistycznych chramów (tak jak te minimalistyczne pilnujące chramu w Kagurazace).

taketomi-12

Najbardziej spodobały mi się chyba te siedzące majestatycznie na środku dachu, tak jakby mówiły: „to mój dom, nie waż się tu wchodzić bez mojej zgody”. Obserwują z góry ludzi, nagle takich malutkich, widzą z oddali morze. Taketomi to wyspa koralowa, więc nawet z daleka można podziwiać piękny błękit wody i odznaczające się w niej koralowe fałdy.

taketomi-77

taketomi-74

Wszyscy zachwycają się dachami domków na Taketomi, ale mało kto wie, że pierwszy dach pokryty charakterystycznymi czerwonymi dachówkami zbudowany został dopiero w XX wieku i przez kolejne kilkadziesiąt lat zdecydowana większość domów pokryta była strzechą.

Najlepiej podziwiać je z dziwnej konstrukcji na środku wyspy, zwanej dość hojnie „wieżą” Nagomi (なごみの塔) .

taketomi-47 taketomi-50 taketomi-48

Idę dalej. Przystaję przy pozornie pustych poletkach między domami. Ogrodzone murkiem, odznaczone jakimś kamyczkiem bądź muszelką – kuszą, zapraszają, a jednocześnie przerażają. To utaki (御嶽) – święte miejsca dla mieszkańców wyspy. W żadnym wypadku nie można wejść do środka. To nie miejsce dla śmiertelników. Niektóre utaki są oznaczone, widać, że to święte miejsce. Utaki może zostać także kamień czy drzewo. Przeczytałam dzień wcześniej, że świętych miejsc na Taketomi jest kilkadziesiąt. Stąpam więc niemalże z namaszczeniem, staram się nie zbezcześcić cudzej świętości, nie wejść komuś z butami w życie, nie przeszkadzać, nie narzucać się, chcę tylko trochę posmakować i popatrzeć.

Kiedy schodzę dróżką w dół, w stronę morza, mijam po lewej kilka ogromnych grobowców, które tak jak te na Yonaguni, obserwują przez wieczność morskie fale. Nie ma tutaj jednak złowieszczych klifów, jedynie bajeczna plaża z żółciutkim piaskiem, schowana za szpalerem drzew. Podobne grobowce z „żółwim” sklepieniem, zwane po japońsku kamekōbaka (亀甲墓) można znaleźć jedynie na kilku wyspach archipelagu Rjukju i w chińskiej prowincji Fújiàn. Nie spotkacie ich nigdzie indziej. Pod taką kamienną bądź cementową (w nowoczesnym wydaniu) skorupą kryje się rodzinna krypta.

taketomi-34

Po pogrzebie zwłoki przebywają w grobowcu przez określoną liczbę lat, a gdy ciało się rozłoży, wybrana przez rodzinę kobieta (najstarsza córka, bądź żona najstarszego syna) czyści kości z pozostałości przed grobowcem, po czym wkłada je do urny, która wędruje z powrotem do grobowca (wniosek: gdybym mieszkała na Okinawie, miałabym przerypane). Kremacja, tak popularna w większości Japonii, jest tutaj nowym trendem. Nadal ideałem jest postawienie ogromnego rodzinnego grobowca, pośmiertnego domu, a im większy, tym lepszy, więc ludzie potrafią zbankrutować na nie za życia. Niektóre chatki w Taketomi były mniejsze od grobowców.

Największy z nich, kōchibara monchūbaka (幸地腹門中墓) znajduje się w Itoman na wyspie Okinawa. Może pomieścić 5000 osób. Pięć. Tysięcy. Osób.

Taketomi ominął ten rozmach. I dobrze. Dookoła grobów nie pędzą samochody, nie oświetla ich poświata neonów. W nocy spojrzy na nie łaskawie jedynie czasami księżyc.

taketomi-19

taketomi-21

taketomi-25

Mijam grobowce, mimo że mogłabym patrzeć na nie godzinami. Nie wiem dlaczego – jest w nich po prostu coś, czego nie rozumiem, coś, do czego nie jestem przyzwyczajona. Inne od europejskich cmentarzy, ale także od setek, które widziałam w Japonii. No i kto by pomyślał, że po śmierci można wylądować na pięknej łące z widokiem na morze?

Wchodzę na plażę, a tam, zanim w ogóle dane mi jest ujrzeć wodę, niemalże potykam się o jaskrawy znak z napisem „Hoshizuna-hama” (星砂浜) – gwiezdna plaża. Sięgam do otchłani pamięci i kojarzę, że czytałam coś o mini-gwiazdkach zamiast oklepanych ziarenek piasku.

taketomi-56

Zerkam na prawo, a tam, co kilka metrów, kuca młoda para i zawzięcie przesiewa przez palce piasek. Jeszcze raz. I jeszcze raz. Dłubią, dziabią, kombinują. Szukają gwiazdek w kupie piachu! Strzelają selfies, dziewczyny piszczą na widok pokracznej miniaturowej gwiazdki, a sekundę później ryczą, bo zgubiły ją w otchłani ogromnej piaskownicy. Inna dziewczyna z namaszczeniem układa gwiazdeczki (z nieba?) na kartce papieru i pakuje je do specjalnie przygotowanej malutkiej buteleczki.

taketomi-52

Przez chwilę myślałam, że na Taketomi przyjeżdża się po to, żeby dowiedzieć się czegoś o ryjukjuańskiej kulturze i tradycji, posmakować czegoś, co powinno już dawno zblednąć, zginąć w pędzie do ulepszania, unowocześniania, w naszej gonitwie za postępem.

taketomi-59 taketomi-53

Byłam w błędzie. (Chyba, że to cały świat zwariował? Ludzie spędzają godziny na szukaniu piaskowych gwiazdek i wracają do portu, bez zahaczenia nawet o miasteczko, prosto z plaży taksówką, bo są zmęczeni poszukiwaniem… skamieniałych szkielecików miniaturowych otwornic.)

Postanawiam wrócić do serca wyspy, znaleźć zakątek skryty przed hordami turystów, poza trasą ogromnych bawołów. „Pójdę na azymut” – mówię do siebie, zapominając, że z reguły wyprawy „na azymut” kończą się tak samo. Przez pierwszą minutę czy dwie mam jeszcze zakodowany cel wyprawy, lecz wystarczy tylko, że coś zwróci moją uwagę, a zaczynam robić zdjęcia, daję się porwać obrazom, podążam za dźwiękami. I zapominam o tym „na oko”, idę i idę, i mogłabym tak iść tak na koniec świata albo i dalej… kiedy przypominam sobie o moim pierwotnym „celu”, o „azymutach”, okazuje się że owszem, dookoła jest pięknie, ale niekoniecznie trafiłam tam, gdzie chciałam.
taketomi-65

No trudno. Taketomi to wyspa miniaturka, można spokojnie przejść w godzinę z jednego końca na drugi. Po drodze towarzyszą mi przede wszystkim… motyle. Nie jakieś „egzotyczne”, nie kuszą soczystymi barwami, na pozór wyglądają podobnie do tych na polskich łąkach. Wychodzą nie wiadomo skąd, obsiadają chmarami kwiaty, które nic sobie nie robią z zimy i kwitną w najlepsze nawet w środku grudnia. (Zresztą co to za zima na Taketomi? 25 stopni na plusie?)

taketomi-61

Większość turystów strzela sobie fotki z kwiatami, na tle wtulonych w siebie domostw i szczerzących zęby shīsā. Mało kto  zdaje sobie sprawę, że podczas drugiej wojny światowej tysiące mieszkańców zginęło, wygonieni ze swoich domów przez japońskie wojska, zmuszeni do ewakuacji na porośniętą dżunglą wyspę Iriomote (西表島). Zmęczeni, wystraszeni, padali jak muchy na rozszalałą tam malarię. Prawie dwustu zginęło podczas ataków bombowych. (Niech ktoś wytłumaczy mi ideę bombardowania chatek na koralowej wysepce?)

taketomi-40

Po wojnie niektórzy mieli nadzieję (a jak wiemy „nadzieja matką głupich) na zmiany na lepsze. Nic z tego. Po przegranej, wielu wojskowych napadało na mieszkańców, niewystarczająco „japońskich”. Kradli, rabowali i gwałcili. Mieszkańcy zorganizowali wspólnotę, ale nie istniała ona długo – w 1952 zadecydowano w San Francisco, że cały archipelag będzie kontrolowany przez Amerykanów.

Wiecie w którym roku wrócił on w japońskie ręce?

W 1972.

Przez 40 kilka lat Japończycy zrobili wszystko, żeby mieszkańcy pamiętali o tym, że tu Japonia, a nie żadne Rjukju albo inne wymysły.

Mieszkańcy dwoją się i troją, żeby ich tradycje nie zniknęły. Nie ma tu nowoczesnych hoteli, jak na pobliskiej Ishigaki. Nie znajdziemy tutaj żadnego konbini ani bankomatu.

taketomi-29
Jest za to mała stacja paliw…
taketomi-18
…i całe dwa automaty z napojami!

taketomi-26

Zamiast tego w ciągu roku odbywa się tu szereg festiwali, które nie mają swojego odpowiednika gdziekolwiek indziej (trzymam kciuki za to, żeby udało mi się w jakimś wziąć kiedyś udział). Nadal kultywowane jest rzemiosło, zwłaszcza wyrabianie tkanin określanych mianem minsā (ミンサー). Produkowane są nawet tkaniny z… liści bananowca! Tuż przed wskoczeniem na prom przeglądam ogromny album ze starymi zdjęciami z wyspy i patrzę na czarno-białe zdjęcie, na którym kobiety młócą, ile sił, w liście bananowców.

taketomi-79

Uwielbiam takie niespodzianki! Ten chwilowy przestój w logicznym ciągu myśli.

„Ach!”

I to światełko w głowie! Wściekle błyska, pali w oczy, wydrąża w nich dziurę. Jest po co wracać, jest o czym poczytać, jest jeszcze wiele do nauczenia i do zrozumienia!

Wracam, brutalnie przeciągnięta przez wir czasu, wypluta po drugiej stronie kilkanaście minut później, chwiejąc się na nogach od szaleństw rozchichanego kapitana.

Świat się kołysze, a ja się śmieję razem z nim.

3 comments on “Taketomi (竹富島) – na koralowej wyspie

  1. Mogłabym tam zamieszkać. Uwielbiam taką senną atmosferę 🙂 PS. Dwie poprawki: 1) młócą 🙂 2) W Chinach nie używa się nazwy prefektura, o Fujian czy Yunnanie mówimy „prowincja”.

  2. Hah, ale się złożyło – właśnie dziś skończyłam pisać pracę zaliczeniową „Dlaczego mieszkańcy Okinawy nienawidzą Japończyków”. I niestety chyba przyznam, że trochę im się tych powodów nazbierało. Z resztą o przymusowej japonizacji archipelagu też wspomniałam.
    Z innej beczki – te shisa są prześmieszne! W Nowy Rok na Kyushu odwiedziłam kilka starych świątyń i nazbierała mi się całkiem fajna kolekcja shishi. Niektóre były tak stare, że zarosły mchem jakby miały futro 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *