Iriomote (西表島) – w japońskiej dżungli, cz. 1

Wyspa Iriomote w 90% porośnięta jest gęstą dżunglą, do której zaglądają nieliczni – żądni wrażeń turyści i doświadczeni w poruszaniu się po niej lokalni mieszkańcy. Słynie z pięknych wodospadów i… mieszkających tylko tutaj drapieżnych kotów, yamaneko.

Nie ma tutaj lotniska, a dróg tyle, co kot napłakał. Czyli jedna, łącząca ze sobą kilka głównych wsi. Transport publiczny tak naprawdę nie istnieje. Jest niby jakiś autobus, który jeździ między dwoma portami (Uehara i Ōhara), ale nie można na nim polegać. Na wyspę można dostać się tylko w jeden sposób – promem. A ja, nieświadoma tego, jak straszne będzie to przeżycie, skusiłam się na pensjonat nieopodal portu w Ueharze. Podróż tam z terminalu w Ishigaki trwa godzinę, w przeciwieństwie do tej położonej na południu Ohary, gdzie można dostać się w jakieś 25 minut. To moje niedopatrzenie i wiarę w to, że „będzie dobrze”, pamiętam do dziś.

Nie wiem czemu, ale spodziewałam się promu z prawdziwego zdarzenia. Takiego, którym płynęłam w czerwcu z Malty na Gozo i na którym mogłam sobie spokojnie czytać, bez hiperwentylacji i modlitwy do wszelkich bóstw o litość. Nie tym razem. Jakkolwiek w miarę znośnie wytrzymałam 15-minutową podróż na Taketomi, skacząc na wysokich na kilka metrów falach w drodze do Uehary, kilka razy myślałam, że to już koniec (tak, tak, może brzmi to dramatycznie, ale uwierzcie mi – był hardcore).

Zaczęło się od malutkiej naklejki na siedzeniu przede mną, której większość osób by nawet nie zauważyła. „Koniecznie zapnij pasy” – czerwony tekst aż bił po oczach – „zdarzały się przypadki uszkodzeń dolnego odcinka kręgosłupa przy wysokich falach”.

Ups.

W co ja się wpakowałam? Nie cierpię rollercosterów, karuzel, huśtawek, górskich kolejek i innych wariacji. Po prostu chciałam spędzić kilka dni na totalnym końcu świata i zobaczyć japońską dżunglę (chodzenie po lesie deszczowym bardzo mi się spodobało kilka tygodni wcześniej w Australii).

Ruszamy z portu, a ja już czuję, nie wiem skąd i jak, ale coś zdaje się mi pokazywać, że będzie ciężko. W mojej głowie następuje dialog:

A: „Aa tam, zapięłaś pasy, będzie dobrze!”

B: „Ale widziałaś ten znak? Tą lekko odrapaną naklejkę z krzykliwym napisem o uszkodzeniach kręgosłupa?”

A: „Zobacz ile tu ludzi! Nawet jakieś stuletnie babcie! Dasz radę!”

B: „Jesteś pewna? A co, jak na środku oceanu pęknie ci coś w kręgosłupie? Gdzie znajdziesz lekarza? Nie chcę być sparaliżowana w wieku 24 lat!”

A:  „Oj tam, oj tam. Nie marudź!”

Pogodna część mnie zdawała się prowadzić przez kilka minut, dopóki środkiem tej piekielnej motorówki (promem tego nie nazwę) przeszedł pan, rozdając papierowe woreczki „na wszelki wypadek”. „Aaa tam, dam radę, nie będę rzygać!” – postanowiłam, ale zmieniłam zdanie kilkanaście sekund później, kiedy motorówka podskoczyła na wysokiej fali i opadła z hukiem, jak na beton. A po torebki w tym momencie sięgnęło morze rąk, jakby wychudzony pracownik rozdawał najwspanialsze bogactwa.

Nie będę się rozwodzić nad dalszą częścią podróży, bo upłynęła ona na dialogu A i B, na ich kłótniach i wrzaskach w mojej głowie. Kilka razy zastanawiałam się czy mój kręgosłup przetrwa w miarę nienaruszonym stanie. Raz trzasnęło coś w nim tak, że myślałam, że już nie wstanę, a świat zawirował dookoła. Za malutkim okienkiem przesuwały się fale wielkości budynków, a kapitan stał w trampeczkach i podśpiewywał sobie jakąś piosenkę, jakby grał sobie w zabawną grę komputerową, a nie płynął łódeczką pośród wściekłych fal.

Zwycięstwo numer 1 – dopłynęliśmy do portu w Ueharze (podróż trwała 1,5 godziny zamiast 50 minut…)

Zwycięstwo numer 2 – nie musiałam użyć papierowej torebki (aczkolwiek nie zjadłam już nic tego dnia, bo po prostu na myśl o włożeniu czegokolwiek do poturbowanego żołądka, dostawałam mdłości)

Zwycięstwo numer 3 – kręgosłup przeżył w jednym kawałku (aczkolwiek jeszcze przez dwa dni coś dziwnie chrupał nad ranem)

W skrócie – dałam radę. Ale chwilę po tym, jak wyczołgałam się do portu (inaczej tego nie mogę nazwać), pomyślałam jedno:

„Ku*wa… za kilka dni czeka mnie to samo.”

Wymazałam to jednak ze swojej świadomości. Założyłam plecak i ruszyłam w stronę malutkiego pensjonaciku, w którym miałam spędzić kilka następnych dni.

Pensjonat, po japońsku zwany minshuku, ukryty był wśród wysokich palm, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Sympatyczny, aczkolwiek lekko przerażony faktem, że jestem gaijinką, pan pokazał mi pokój, wytłumaczył, co i jak i równie szybko gdzieś zniknął. Zostawiłam rzeczy w pokoju i usadowiłam się z książką na tarasie z widokiem na soczystą zieleń. Szybko się ściemniło, gdzieś z oddali zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Przebiegł jakiś ptak, coś na kształt krzyżówki bażanta i kiwi. A kiedy całkowicie zaszło słońce… przed moimi oczyma zaczęły latać świetliki. Ponoć jedne z największych na świecie! Cudo!

Od dawna nie spałam tak dobrze, jak w malutkim minshuku na końcu świata. Za oknami panowały egipskie ciemności. Usnęłam w ułamek sekundy i spałam jak zabita do rana. Kiedy właściciel wspominał dzień wcześniej, że śniadanie będzie „o 8”, pomyślałam, że „OD” 8, czyli co to za różnica, kiedy je zjem. Nie w Japonii. O 8:00:00 obudziło mnie pukanie do drzwi:

Ohayō gozaimasu!!! Asagohan!” – dobiegł mnie głos właściciela zza drzwi – „Dzień dobry! Śniadanie!”.

Uhm, tak dobrze się spało. Przewróciłam się na bok, daj mi facet spokój.

„Asagoohaaaaan” – puk, puk, puk.

Wyczołgałam się z łóżka, włożyłam sweter i otworzyłam drzwi. Pan chyba przeraził się lekko moim poturbowanym wyglądem, bo zaczął przepraszać i powiedział, już na spokojnie i niemalże szeptem, że śniadanie gotowe.

Zjadłam szybko tosty grube na kilka centymetrów z dżemem z okinawańskiego cytrusa zwanego shīkwāsā (シークヮーサー), wypiłam chyba z litr kawy i udałam się na spacer w stronę rzeki Urauchi-gawa (浦内川), największej w całej prefekturze Okinawa. Wymarzyłam sobie świetną pogodę, słońce i leniwe spacery po bujnym lesie… a skończyło się jak zwykle – deszcz, deszcz, deszcz. Tak jakby ciągnęła się za mną klątwa taki kawał drogi z Australii, gdzie padało przez większość mojego pobytu

Już zdążyłam się jednak zahartować. Po godzinie spaceru wzdłuż głównej (i jedynej) drogi na wyspie, dotarłam do ujścia rzeki. A tam, na brzegu porośniętym namorzynami, schowana była mała przystań z turystycznymi stateczkami w górę rzeki. I jakkolwiek nie jestem fanką większości „turystycznych” atrakcji, tak nie mogłam sobie odmówić leniwego rejsu po rzece w samym sercu (japońskiej!) dżungli.

iriomote-4
Ozdoba na chodnikach w Iriomote

Dżungla w Iriomote jest domem dla słynnego kota yamaneko. Przez cały pobyt miałam nadzieję, że a nuż mi się uda zobaczyć to fascynujące stworzenie. Mieszkańcy zwą kocura yamamayaa (ヤママヤー) – „kot, który mieszka w górach”. Yamaneko zamieszkuje tylko i wyłącznie tą wyspę. Poluje wśród poplątanych namorzynowych korzeni pod osłoną nocy, a w dzień odpoczywa gdzieś w zaroślach, dlatego też mało kto go widział. Niestety zostało ich troszkę ponad 100 osobników, więc istnieje spore ryzyko, że niedługo ten koci drapieżnik, jedyny na całym japońskim archipelagu, zniknie niedługo z powierzchni Ziemi.

"Iriomote yamaneko-yon" by Purplepumpkins - Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons - https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Iriomote_yamaneko-yon.jpg#/media/File:Iriomote_yamaneko-yon.jpg
Wypchane yamaneko w muzeum
„Iriomote yamaneko-yon” by Purplepumpkins – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons – https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Iriomote_yamaneko-yon.jpg#/media/File:Iriomote_yamaneko-yon.jpg
"Warning signs for Iriomote cat" by sota - Flickr. Licensed under CC BY-SA 2.0 via Commons - https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Warning_signs_for_Iriomote_cat.jpg#/media/File:Warning_signs_for_Iriomote_cat.jpg
„Warning signs for Iriomote cat” by sota – Flickr. Licensed under CC BY-SA 2.0 via Commons – https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Warning_signs_for_Iriomote_cat.jpg#/media/File:Warning_signs_for_Iriomote_cat.jpg

Yamaneko było dobrze znane przez mieszkańców wyspy, lecz japońska nauka odkryła go dopiero w 1965 roku. Mimo starań, aby kot nie wymarł kompletnie, jego populacja maleje w zastraszającym tempie. Zagrożeniem jest niszczenie ich naturalnego środowiska (np. poprzez budowę luksusowych kurortów tak, jak w pobliżu Uehary), wypuszczanie domowych psów i kotów, zwiększający się ruch drogowy, a także trująca ropucha, która pojawiła się ostatnio na wyspie i nie do końca wiadomo skąd.

Life is brutal. Nie zobaczyłam yamaneko i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że te kocury żyją sobie tam, schowane przed wścibskimi ludźmi w najlepsze. Mogłam sobie za to w miarę spokojnie popatrzeć na wszystko, co nie kojarzy mi się z Japonią. Cisza? Soczysta zieleń? Dzika natura? Kolorowe motyle? Dziwnie wyglądające ptaki? W Japonii? Serio?

iriomote-38 iriomote-40

Na łódce przewodnik opowiadał o różnych typach namorzyn, wskazał w pewnym momencie opuszczony kamieniołom, zwrócił uwagę na ogromne głazy… byłam chyba jedyną osobą, która go słuchała. Oprócz mnie na pokładzie była jedynie wycieczka japońskich gimnazjalistów, pewnie z jakiejś pobliskiej wyspy – wszyscy jakąś minutę od wypłynięcia z przystani usnęli, chrapiąc w najlepsze.

iriomote-33

Po 40 minutach spokojnego rejsu (zdążyłam już zapomnieć o wczorajszym horrorze z promem w roli głównej), wysiadłam na chwiejący się pomost.. i zostałam sama. Wycieczka zrobiła sobie kilka zdjęć, pokrzyczeli, pośmiali się z niosącego się echa… i wsiedli z powrotem na łódkę, usypiając ponownie, niemalże w locie. Na pomoście zostali jedynie kajakarze, którym nie przeszkadzał wiatr i deszcz (ja z tego powodu odpuściłam taką opcję dostania się na środek wyspy).

iriomote-41

iriomote-42

„O której jest następna łódka?” – spytałam przewodnika, bo średnio widział mi się nocleg w dżungli, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji i bez możliwości powrotu pieszo.

„Za półtorej godziny, może dwie” – usłyszałam – „ale jest jeszcze jeden za trzy godziny, więc się nie martw, na pewno zdążysz!”

Uśmiechnął się do mnie, pomachał, „ganbatte”, „powodzenia!” i już go nie było.

Zostałam ja i wąska zabłocona ścieżka w górę. Powykręcane niczym w bólu korzenie, poskręcane pnącza, duszące w swym uścisku ogromne drzewa. Ogromne paprocie, jeszcze większe od tych w Australii (a może mi się tylko wydawało?).

Trasa ciągnie się przez całą wyspę, lecz przy tak rozmoczonych ścieżkach byłoby to samobójstwem. Ślizgając się lekko, przytrzymując lian i wystających gałęzi, szłam przed siebie w zupełnej ciszy. Towarzyszyły mi tylko nieznajome okrzyki, stłumione przez ścianę zieleni.

iriomote-57 iriomote-60

Momentami ścieżka przypominała rynnę błota. Kilka razy mijałam się z nadchodzącymi z drugiej strony Japończykami i musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby zmieścić się na tak wąskiej i błotnistej ścieżce i nie skończyć gdzieś na dole, w namorzynach.

iriomote-58 iriomote-63

Nie była to jednak wycieczka totalnie bez celu. Udało mi się zobaczyć po drodze dwa piękne wodospady, których huk słyszałam z oddali, lecz przez długi czas nie mogłam ich dostrzec. Ale kiedy weszłam na platformę widokową – ach! Przedzieranie się kilka godzin przez gęstą dżunglę to nic, jeśli nagrodą jest taki widok. (Pamiętacie schowany w środku lasu deszczowego wodospad Minyon nieopodal Byron Bay?)

iriomote-56

Wodospad Mariyudu (マリユドゥの滝) znajduje się na liście „100 (najpiękniejszych) wodospadów Japonii” na ostatnim miejscu. Nie narzuca się nachalnie, nie huczy w uszach – trzeba spojrzeć na niego przez bujną gałąź, stanąć na palcach i mieć nadzieję, że nie będzie padać, aby było widać go w całej okazałości.

iriomote-62 iriomote-65

Po zejściu z platformy widokowej (podziwiam zapał i chęć zbudowania takiej konstrukcji w środku dżungli (!)), udałam się dalej, jeszcze węższą i bardziej błotnistą ścieżką. Kilka razy przejechałam się po błocie, raz zaliczyłam nawet dość długi ślizg na tyłku, ale trudno. Po kilkunastu minutach ubłocona, zmęczona i zadowolona z siebie dotarłam do kolejnego wodospadu Kanbirē (カンビレーの滝).

iriomote-66 iriomote-67

Tutaj skończyła się moja wycieczka po dżungli wzdłuż rzeki Urauchi. Ale nie do końca – musiałam odbyć drogę powrotną, dwie godziny po błotnistych górach, w padającym co chwilę deszczu. Przystawałam co chwilę, robiłam zdjęcia, patrzyłam na zieleń i nadal nie potrafiłam uwierzyć, że jestem w Japonii!

iriomote-72 iriomote-76 iriomote-82 iriomote-80

Ostatecznie… wyrżnęłam się na jakimś głazie. Dżungla wchłonęła łaskawie rzucane w powietrze polskie bluzgi. Umorusana, spocona, zmęczona, głodna, styrana i obolała doszłam powolnymi kroczkami jakoś do pomostu.

Było warto? Jasne! Nawet jak na mój widok japoński przewodnik na łódce nieomal dostał zawału. „Daijōbu (大丈夫)? Wszystko w porządku? Serio?” – wypytywał mnie jak najęty, ale nie miałam już siły na dyskusje. Tym razem to ja zwinęłam się w kłębek (może yamaneko też tak śpią po polowaniu w błotnym królestwie?) i usnęłam w ostatnim rzędzie sunącej gładko po tafli rzeki łódce…

Categories Podróże
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

2 comments on “Iriomote (西表島) – w japońskiej dżungli, cz. 1

  1. Co ja bym dał żeby się tam wybrać :3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *