Iriomote (西表島) – w japońskiej dżungli, cz. 2

Ślizganie się w błocie, ugryzienia komarów w dziwnych miejscach, świetliki wielkości dwuzłotówki – zaliczyłam to wszystko już pierwszego dnia na Iriomote. Przyszedł czas na podróż kajakiem w samo serce wyspy, aby stanąć u stóp największego na całym archipelagu Okinawa wodospadu – Pinaisāra.

Kolejny dzień na wyspie zaczął się identycznie jak poprzedni. Walenie do drzwi, wyczołganie się z łóżka, „tak, już idęę!” i samotne śniadanie. Właściciel minshuku spojrzał na mnie z lekkim politowaniem, bo czemu ja się dobudzam kawą o 9 rano, bez jakichkolwiek planów na resztę dnia??

– Karoriina-san – zaczął, wymawiając starannie moje imię, o które spytał się trzy sekundy wcześniej – A może by tak popłynąć gdzieś kajakiem? Zobaczyć wodospad?

– Widziałam wczoraj wodospady i to DWA! – odpowiedziałam, przeżuwając tosta grubości kilku centymetrów (naprawdę, nie wiem, kto w Japonii wpadł na to, żeby kromki były takiej grubości), nie kryjąc dumy ze swojego wyczynu.

– No niee, ale to nie to samo. Chigau yo! – wykrzyknął, po czym położył przede mną ulotkę o kajakowej wyprawie pod epicko wyglądający wodospad.

– Uhmmm… Kirei desu ne… – zaczęłam, że tak, „piękny” i to bardzo

– Zadzwonię do Naoya-san, który prowadzi najlepszy tour na wyspie – decyzja została podjęta za mnie, ale może i dobrze, bo lenistwo i zmęczenie po dniu ślizgania się w błotnistej dżungli groziło zwycięstwem.

Dosłownie minutę później właściciel wpada do malutkiego saloniku:

– Jaki masz numer buta, Karoriina-san?

Numer buta? O co mu chodzi?

– 40? 41? – odpowiadam, nie mając zielonego pojęcia, co się dzieje.

Yonjū-ichi! – wykrzykuje do słuchawki chwilę później. Czterdzieści jeden, ale ja nadal nie ogarniam, o co chodzi.

– Pan Naoya podjedzie tutaj za godzinę. Zabookowałem Ci wycieczkę pod wodospad Pinaisara. Nie pożałujesz – poinformował mnie, po czym gdzieś poszedł, a ja zostałam sama, lekko skonfundowana. Trudno, najwyżej będę te kilka tysięcy jenów w plecy, jak wycieczka okaże się totalnym niewypałem. Ryzyko zawodowe.

Godzinę później pod pensjonat podjechał lekko zdezelowany van, z którego wyskoczył młody i uśmiechnięty od ucha do ucha Naoya-san.

– Wow, umiesz mówić po japońsku! Pera pera desu ne! Mówisz biegle! Ale jak to? Jak to możliwe! Mieszkałaś w Japonii? A gdzie? W Tokio? Ja też jestem z Tokio! A gdzie? A jak długo? – zaczęła się cała litania pytań, na które odpowiadałam z wyuczoną już cierpliwością. Tym razem jednak nie nudziłam się, bo pytania stawały się coraz bardziej dokładnie, ledwo zdążyłam wyszarpać z otchłani pamięci jakieś słowo, a Naoya-san bombardował mnie kolejnymi i kolejnymi.

Kilkanaście minut później odebraliśmy z portu dwóch Japończyków i wyruszyliśmy w stronę wodospadu… ale nie do końca. Dotarcie do niego nie jest wcale proste, ale jak to mówią: „nothing comes easy”. Godzina kajakowania w górę rzeki Hinai (ヒナイ川), a potem ponad godzina marszu po jeszcze węższych ścieżkach niż dzień wcześniej.

Dojechaliśmy na miejsce i dowiedziałam się nareszcie, dlaczego ktoś potrzebował numeru mojego buta. Dostałam nieprzemakające buty nad kostkę, które, o dziwo, były wyjątkowo wygodne. Moja noga po błotnych przygodach wyglądała, jakby ktoś ją ostro spałował, ale trzymała się całkiem dobrze. Zostawiłam moje ciężkie buty do trekkingu w aucie, spakowałam aparat i kilka ryżowych kulek onigiri do wodoodpornego plecako-worka od Naoya-san, włożyłam na siebie kamizelkę ratunkową, wzięłam pod pachę zadziwiająco lekkie wiosło i udałam się w stronę ukrytej wśród namorzyn mini-przystani.

Chwilę później siedziałam już w kajaku i po kilku machnięciach wiedziałam już, że do bolących nóg i ud po wczorajszym hardcore’owym momentami trekkingu dojdą ramiona. Wyobraziłam sobie siebie na leżaku z książką, umierającą od zakwasów w każdym skrawku ciała.

iriomote-87 iriomote-84

Kiedy wypłynęliśmy z małego zachaszczonego zakątka, moje myśli wróciły tam, gdzie powinny, czyli do „tu i teraz”. Nareszcie mogłam przyjrzeć się powywijanym korzeniom namorzyn z bliska! Cisza, spokój, zero huku silnika i komentarza przewodnika przez mikrofon. Zapomniałam o bólu ramion, nieprzyzwyczajonych do takich wrażeń ramion i o wizji lenistwa. Jak tu pięknie!

Kto by pomyślał, że w środku grudnia będę kajakiem płynąć do serca JAPOŃSKIEJ dżungli??

Godzina minęła, jak biczem strzelił. Przez moment zastanawiałam się czy ta „godzina” nie była martketingową nowomową, ale nie. Mój zegarek też uparcie twierdził, że minęło ponad 60 minut. Naprawdę? Wypatrywałam yamaneko, patrzyłam na korzeniowe-stwory kąpiące się w zielonych wodach, przepływające nieopodal ogromne ryby, dziwnie wyglądające ptaki i kolorowe motyle i… ogromne nietoperze.

Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo manewrowanie aparatem na kajaku z nadzieją, że nie wrzuci się go i siebie do rzeki nie jest takie łatwe.  Zdziwił się nawet Naoya-san, który najpierw wykrzyknął „patrzcie!”, po czym razem z naszą grupką śledził lot tego potwora z otwartymi ze zdziwienia i zachwytu ustami.

– Woooow – usłyszałam zza siebie okrzyk dwóch Japończyków, jeden niższym tonem, drugi wyższym, aż rozbrzmiały w harmonii, niosąc się echem po rzece – woo… woooo…. woooooooow

– Jestem w dżungli prawie codziennie od kilku lat, ale to chyba dopiero trzeci czy czwarty raz, kiedy go widzę – skomentował Naoya-san – piękny, nieprawdaż?

Tak. I ogromny. Nietoperz, który swoimi skrzydłami zasłania słońce, któremu bliżej do mitologicznego stwora, jeźdźca apokalipsy albo czegoś równie przerażającego.

Wyobraźcie sobie nietoperza. Pewnie widzieliście kiedyś te małe dość odrażające (przynajmniej dla mnie) stworzonka, latające o zmierzchu. Internet podpowiada, że polskie nietoperze mają rozpiętość skrzydeł 20-40 cm.

W przypadku „owocowych” nietoperzy zamieszkujących Iriomote jest to prawie 1,5 m (słownie: półtora metra). PÓŁTORA. METRA.

"Ryukyu flying fox Stuffed specimen" by Momotarou2012 - Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons - https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Ryukyu_flying_fox_Stuffed_specimen.jpg#/media/File:Ryukyu_flying_fox_Stuffed_specimen.jpg
„Ryukyu flying fox Stuffed specimen” by Momotarou2012 – Own work. Licensed under CC BY-SA 3.0 via Commons – https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Ryukyu_flying_fox_Stuffed_specimen.jpg#/media/File:Ryukyu_flying_fox_Stuffed_specimen.jpg

Bliżej mu do jakiegoś pterodaktyla niż mojego wyobrażenia nietoperza. Co ciekawe – nie używają one echolokacji, jak ich europejscy kuzyni. Żywią się głównie owocami, co nie jest problemem na porośniętej w większości dżunglą Iriomote, ale staje się kłopotem na zagospodarowanych wyspach, gdzie rolnicy okrywają owoce specjalnymi siatkami, w które się zaplątują i często giną. I jeszcze jedna ciekawostka – zapylają one kwiatki, więc pełnią rolę pszczół, tylko że w wersji mega.

By Koolah (Koolah (talk)による撮影) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons
By Koolah (Koolah (talk)による撮影) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons
Tak, takie cuda mieszkają w Japonii.

Nietoperz zniknął, a my nadal patrzyliśmy się na krzak, przy którym widzieliśmy go po raz ostatni. Wszystko trwało dosłownie chwilę, ale czułam się trochę, jak w zwolnionym filmie. Nie udało się dojrzeć słynnego kota, to trzeba się zadowolić… nietoperzem!

iriomote-97

Zostawiliśmy kajaki na brzegu i podążyliśmy grzecznie za Naoya-san, który zna dżunglę jak własną kieszeń… mimo że nie urodził się na Iriomote. Przez kilkanaście lat pracował w korporacji w Tokio (mi wystarczyło kilka miesięcy, żeby uświadomić sobie, jak bardzo słaby jest to pomysł), lecz rzucił to wszystko po wakacjach na Iriomote, gdzie po prostu został. I od tamtej pory oprowadza turystów po ukochanej przez niego wyspie.

iriomote-106

Zatrzymywaliśmy się co chwilę, żeby posłuchać ciekawostek o dżungli. I z każdą taką informacją uświadamiałam sobie, jak okrutna potrafi być dżungla. Liany duszące drzewa, rośliny wysysające soki ze swoich sąsiadów, trujące owoce, kolce, igły, dziwne owady, ogromne kraby, nocne polowania kotów, żyjące w błocie ryby o niewyobrażalnych rozmiarach… to wszystko na małej japońskiej wyspie po środku oceanu.

iriomote-98

Po godzinie marszu z oddali dało się usłyszeć szum. Najpierw cichutki, niczym mały strumyczek za zakrętem, po kilku minutach wwiercał się w bębenki. Witamy u stóp największego wodospadu w regionie – Pinaisāra (ピナイサーラの滝) – czyli w języku Yaeyama „Brodatego Wodospadu”.

Wysoki na 55 metrów wodospad widziany z oddali skojarzył się komuś z brodą starca i tak już zostało.

Przycupnęliśmy na jednej ze skał i przez dobre kilka minut nikt nic nie mówił. Lekko zmachani patrzyliśmy jak zahipnotyzowani w rozbryzgującą się o skały wodę. Nie ma lepszego sposobu na zmęczenie niż podziwianie natury.

iriomote-109

A do tego ciepła herbata jaśminowa, którą przyniósł w schowanym w plecaku termosie przewodnik, i pokryte czarnym cukrem kokutō (黒糖) orzeszki ziemne… chrupiąc ten lokalny przysmak patrzyliśmy się wszyscy na wodospad niczym na wyświetlany w kinie hollywoodzki film.

iriomote-107

Rozmowy ucichły, zostałam tylko ja, huk wody i kubek z ciepłą sanpincha (さんぴん茶), jak nazywają jaśminową herbatę na Okinawie, w przeciwieństwie do zamerykanizowanych Japończyków i ich jasumin-cha (ジャスミン茶). Kilka tysięcy kilometrów od Tokio wszystko brzmi, smakuje i wygląda trochę inaczej. Chociaż nic dziwnego, bo większość mieszkańców wcale nie czuje się Japończykami (o czym słyszałam wiele razy na wysepce Yonaguni).

Herbata się skończyła, zniknęły chrupiące od cukru orzeszki – kokutō piinatsu (黒糖ピーナッツ). Japończycy wyciągnęli z plecaka selfie-stick i strzelili sobie kilka(dziesiąt) fotek z wodospadem w tle. Naoya-san schował pusty termos do plecaka i chwilę później ruszyliśmy z powrotem.

Tym razem już bez ciekawostek, w ciszy, przerywanej jedynie odgłosami dżungli. Godzinę później każdy wsiadł do swojego kajaku i bez słów, bo o czym tu mówić?, ruszyliśmy przed siebie, niesieni w dużej mierze przez prąd rzeki w stronę morza.

iriomote-112

iriomote-115 iriomote-116 iriomote-117

Chmury odsłoniły kawałek błękitnego nieba, za nami pozostał „Brodaty Wodospad”, a ja nadal nie mogłam się nadziwić, że takie miejsca istnieją naprawdę.

iriomote-118

iriomote-119

3 comments on “Iriomote (西表島) – w japońskiej dżungli, cz. 2

  1. Wprost niesamowite. Podziwiam przyrodę i przede wszystkim Ciebie.

  2. Super wycieczka. A napisz proszę coś o kosztach. Nigdy nie byłam w Japonii, ale nie interesuje mnie Tokio tylko właśnie tego rodzaju wyprawy. Pozdrawiam i uważaj na siebie, Iza.

    • Karolina

      Dzięki. Niestety dotarcie na Iriomote albo w ogóle na archipelag Ishigaki nie jest takie proste. Gdybyś chciała lecieć bezpośrednio tam z Polski, musiałabyś polecieć z Tokio na Ishigaki (lot JAL lub ANA), a następnie wziąć prom na Iriomote. Loty krajowe w Japonii bywają drogie, ale są też różne promocje dla turystów spoza Japonii (mi udało się taką znaleźć) 🙂 Nocleg znajdowałam często przez airbnb albo w jakimś pensjonacie, więc jak na warunki japońskie były one tanie, ale i tak trzeba się liczyć ze sporym wydatkiem. Trudno mi jest podać dokładny koszt, bo to zależało od miejsca – można sobie sprawdzić przykładowe noclegi np na booking.com 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *