Góry Błękitne – najpiękniejszy wschód słońca w Australii?

Wschód Słońca w Błękitnych Górach w Australii
Góry Błękitne to jedno z najpopularniejszych miejsc w Australii. Nie bez powodu. Majaczą z oddali, kuszą swoją tajemniczą barwą. Są ostoją nie tylko dla mieszkańców pobliskiego Sydney, ale dla każdego wędrowca, zmęczonego ostrym australijskim słońcem.

Dotarcie tam nie było przyjemne. Lubię podróż, to zawieszenie w czasie, oczekiwanie na cel, obserwowanie rzeczywistości przez okna pociągu, samochodu czy samolotu. Kiedy jednak z nieba spadają hektolitry wody, a ty kierujesz malutkim autem, próbując nie pogubić się w tym wodnym piekle i nie zapomnieć, że masz jechać po lewej, a nie po prawej stronie, przyjemność się kończy, a pętlę zaciska zmęczenie ze szczyptą paniki.

Początek drogi z Hunter Valley, gdzie spędziłam dzień na poszukiwaniach idealnego wegańskiego wina, nie zapowiadał godzin powolnej jazdy w strugach deszczu. Puściłam najlepsze hity Eltona Johna i jechałam po wijących się wzdłuż winnic dróżek. Nic nie zapowiadało tego, że w górach zamiast 19, będę około północy. Zmęczona, głodna i senna wjechałam na podjazd pensjonatu, gdzie udało mi się zarezerwować nocleg kilka godzin wcześniej. Minęłam budynek ze trzy razy, zanim odnalazłam odpowiedni wjazd, kręcąc się niemalże w kółko po górskiej mieścinie, która utonęła w mglistej zupie.

Staję przed budynkiem z czerwonej cegły, spoglądam na rezerwację na komórce. „Check-in do 21” – czytam. No pięknie. Pukam do drzwi, stojąc w deszczu, jak w jakimś tanim filmie i modlę się do wszystkich bóstw o to, żeby jednak ktoś otworzył. Nie chcę spędzić nocy w malutkim aucie, kiedy na zewnątrz jest przeraźliwie zimno, leje, wieje i jedyne, o czym myślę, to kubek gorącej herbaty.

Czekam. Leje. Ledwo widzę kołatkę, mimo że znajduje się jakieś pół metra przed moją twarzą. Lekko mi niedobrze, bo mgła otula mnie, z pola widzenia znika stojący obok samochód, nie widzę już nawet moich butów.

Tonę w tej mgle i nie mam siły nawet na łzy. Jestem wykończona.

Nagle słyszę lekki trzask. Drzwi się uchylają, a w progu widzę jedynie czarny ludzki kontur, z bijącą zza niego światłością. I ciepłem.

– Hello! No nareszcie! Pogoda dzisiaj jest paskudna, więc zastanawiałem się, kiedy przyjedziesz. Wchodź, wchodź, zrobię ci zaraz herbatki, nie marznij tak bidulko.

Wchodzę do środka i ląduję w angielskim domku. Są fotele z pledami, jest kot, jest gablotka z porcelaną, wytarte grzbiety książek i obrazki na pokrytych tapetami ścianach.

Okazuje się, że tylko ja wpadłam na pomysł wizyty w pensjonacie.

– Armaggedon zaczyna się w piątek, kiedy zjeżdżają tutaj wykończeni korpo-życiem mieszkańcy Sydney – wyjaśnia Tony – teraz panuje tu wyjątkowy spokój, więc czuj się jak u siebie w domu!

Piję ciepłą herbatę, wypytuję o najlepsze miejsce do obejrzenia wschodu słońca, potwierdzam godzinę i chwilę później śpię już w najlepsze w nagrzanym pokoiku.

Z błogiego snu wyrywa mnie jednak okrutny budzik. 5:00 rano, a ja mogłabym spać w nieskończoność. Nie ma tak łatwo. Ubieram się szybko w kilka warstw ubrań, biorę ze sobą banana i butelkę wody, i chwilę później maszeruję żwawo w stronę Govetts Leap. Docieram tam zdyszana kilkanaście minut później, rozkładam statyw i… zapiera mi dech. Dosłownie.

Mimo że z roku na rok coraz bardziej staję się porannym ptaszkiem, nie pamiętam kiedy ostatnio oglądałam wschód słońca.

Rezygnuję z prób przypomnienia sobie, bo przede mną granat gór rozświetla się coraz bardziej i powoli zaczynam rozumieć, skąd wzięła się ich nazwa. Blue Mountains. Błękitne Góry.

Bałam się, że nic nie zobaczę. Dzień wcześniej grzęzłam we mgle, jechałam powolutku po śliskiej jezdni, która wiła się coraz wyżej i wyżej. Patrzę się na spektakl natury z godzinę. Robię bodajże milion zdjęć. I żałuję, że będę tu tak krótko.

Wschód Słońca w Błękitnych Górach w Australii Wschodzące Słońce w Blue Mountains, Błękitnych Górach w Australii

Zjadam banana i idę przed siebie. Nie mam zamiaru chodzić przez godzinę czy dwie, ale mała ścieżka, zaczynająca się przy punkcie widokowym kusi, zachęca, zaprasza. A ja nie daję się prosić dwa razy.

bluemountains-12 bluemountains-14

Patrzę na odbijające się w rosie promienie Słońca, spoglądam na wschód za gałęziami drzew. Moją drogę przebiega raz czy dwa jakiś ptak, w oddali słyszę pomruki budzącej się natury.

bluemountains-10

Nagle słyszę, że ktoś za mną biegnie.

Biegnie?

O 5 rano?

Tak.

Ptak w lesie w Błękitnych Górach Błękitne Góry o wschodzie Słońca

Z powrotem w pensjonacie okazuje się, że kilkanaście kilometrów po górach to „pobudka” dla żony Tony’ego.

Słońce wschodzi do końca, a ja wracam na śniadanie. A tam – prawdziwa uczta. Przy rezerwacji napisałam, że jestem weganką, jak zwykle mam to w zwyczaju, lecz nie spodziewałam się, że coś z tego wyniknie. Wchodzę do malutkiej salki, a tam wita mnie uśmiechnięty od ucha do ucha Tony i każe chwilę poczekać, bo żona jeszcze kończy gotować moje śniadanie. Krzyczę za nim, że jestem weganką, że jeśli smaży mięso, to ja podziękuję, ale okazuje się, że niepotrzebnie się martwię – przede mną ląduje ogromny talerz z fasolką brytyjską, grillowanymi pomidorami i pieczarkami, a do tego koszyczek świeżo podpieczonych tostów. Na stoliku obok stawia mleko sojowe i granolę („Upewniłem się, że jest bez miodu!”), minutę później przynosi sok pomarańczowy. Kto by pomyślał, że to w Australii zjem po raz pierwszy English Breakfast w wegańskim wydaniu!

Wypijam litry kawy i wdaję się z Tonym w rozmowę o górach. Okazuje się, że jest zapalonym piechurem, głównie dzięki jego żonie, Nepalce. Po śniadaniu przeglądam kilka książek o Himalajach, dyskutuję o najlepszych trasach w Błękitnych Górach i ulubionych górach na całym świecie.

Pakuję się, żegnam z Tonym, wrzucam plecak do samochodu i jadę zobaczyć jeszcze kilka miejsc w okolicy.

Najpierw gubię się ze dwa razy, próbując znaleźć wąską ulicę – Shipley Road – w stronę Hagraves Lookout. Udało się, ale nie bez dodatkowych atrakcji. W pewnym momencie, jakiś metr przed maską auta przeskoczył kangur à la Pudzian. Widziałam kilka takich stworów w Lone Pine Koala Sanctuary kilka tygodni wcześniej. Dwa metry wzrostu, klata wielkości mojego samochodu… nie, takie coś nie mogło mi się przywidzieć. Zatrzymałam się na chwilę, żeby napić się wody i odetchnąć, bo to nie na moje nerwy.

bluemountains-17

Po kilkunastu minutach dojechałam na miejsce i znowu widok mnie po prostu powalił. Dolina nie była już złota od wschodzącego Słońca, promienie nie migotały na porannej rosie. Byłam ja i dosłownie błękitne góry wtulone w mięciutkie chmury. Gdybyście się kiedykolwiek zastanawiali, dlaczego Blue Mountains są Blue, to spójrzcie tylko na te zdjęcia.

Błękitne Góry schowane pod pierzyną z chmur Soczysta zieleń w Błękitnych Górach

Poranna rosa w Błękitnych Górach

Zjechałam z drogi, skręciłam jeszcze w lewo (niby miałam jechać już dalej, ale skusił mnie drogowskaz „Mount Blackheath”) i spojrzałam na tę samą dolinę z innej strony. Magia!

Piękny widok na Błękitne Góry Widok na dolinę w Błękitnych Górach

Ostatecznie nie posłuchałam się rady Toby’ego, bo nie chciałam wracać w to samo miejsce, zwłaszcza, że nie miałam zbyt wiele czasu. Wybrałam się zatem w stronę słynnej formacji skalnej – Three Sisters, znajdującej się w miasteczku Katoomba. I przeżyłam mały szok. Przez kilkanaście godzin żyłam w przekonaniu, że jestem tylko ja i góry. Mimo zmęczenia i niewyspania, wdychałam w siebie świeże górskie powietrze i nie mogłam się tą pustką nacieszyć.

Niestety, kilkanaście minut później znalazłam się w samym sercu turystycznego piekła.

Ogromny płatny parking z cenami, od których może zakręcić się w głowie. Kawiarnia z podłą kawą, do której ustawiła się kolejka Azjatów. I te wrzaski japońskiej wycieczki, krzyki, te wszystkie „sugoooi!”, które wwiercały mi się w czaszkę, nie dawały spokoju. Tak bardzo chciałam nie rozumieć, nie rozumieć, że narzekają, że „znowu chodzić?”, i te wszystkie „a kiedy wrócimy do hotelu?”. Ustawki, uśmiechy, selfie-sticks w ruchu, które w pewnym momencie niemalże nie strąciło w przepaść malutkiej babinki.

Formacja skalna "Trzy Siostry" w Błękitnych Górach

Próbuję stanąć jakoś na palcach i spojrzeć w spokoju na „Trzy Siostry”. Robię szybko kilka zdjęć i idę dalej po wąskiej ścieżce wzdłuż ogromnej skały, głównie po to, aby uciec od tego całego zgiełku, któremu momentami było blisko do totalnego rozgardiaszu z chińskich Żółtych Gór – Huangshan.

Zapierająca dech w piersiach panorama Błękitnych Gór (Blue Mountains) Błękitne Góry (Blue Mountains) w AustraliiNie udaje mi się dotrzeć do Cliff View Lookout, bo nie mam na to czasu. Przystaję jednak na dłuższą chwilę w punkcie widokowym Little Darley i patrzę na ciągnące się po horyzont niebieskie doliny. I wyobrażam sobie, jakby to było spędzić tutaj z tydzień na porządnym hike’u po górach.

Błękitne niebo w Błękitnych Górach w Australii Widok na Błękitne Góry (Blue Mountains)

W drodze powrotnej mijam znudzoną japońską wycieczkę. Wracam do samochodu i jadę do centrum Leura, w poszukiwaniu wegańskiego jedzenia. Kolejne zdziwienie – w górach jem jeden z najlepszych posiłków podczas pobytu w Australii (a trochę ich było). Pierwotnie w planach mam powrót do Sydney po lunchu, aby uniknąć jazdy po ciemku, ale ostatecznie decyduję się przejść jeszcze kawałek po górach, tym razem w okolicach wodospadu Wentworth.

Błękitne Góry nieopodal wodospadu Wentworth Deszcz w Błękitnych Górach (Blue Mountains)

Nad Błękitne Góry wracają chmury, tym razem nie te białe, wyglądające jak stado baranków, tylko ciężkie szare płachty. Zaczyna mi lekko pulsować w skroniach i czuję, a raczej wiem, że zaraz zacznie lać. (Tak jakbym nie doświadczyła już deszczu przez większość pobytu w Australii). Trudno. Wkładam na siebie kurtkę, biorę plecak i liczę na to, że a nuż uda mi się jeszcze przejść trochę szybkim marszem, bo niewiadomo kiedy tutaj wrócę. A chodzenia po górach nigdy za wiele, prawda?
Błękitne Góry (Blue Mountains), Australia

Uświadamiam sobie, że chodzę codziennie niemalże po kilkanaście kilometrów. Dzisiaj nie było inaczej, mimo że w odcinkach. Patrzę na dyszących ludzi, na przysiadujące na stopniach panie, wachlujące się przewodnikiem, na panów z ogromnymi zaciekami na plecach, którzy nie mają siły na powrót na parking, mimo że przeszli może kilkaset metrów. Gnam przed siebie, mijam jedną parę, kolejną grupkę i jeszcze jedną, i nawet nie wiem kiedy, staję na skalnym cyplu i patrzę się na wodospad. Może nie aż tak spektakularny jak ten w Minyon, ale także piękny. Po prostu inny.

Wodospad Wentworth w Błękitnych Górach w Australii Wodospad Wentworth w Błękitnych Górach w Australii

Wyjmuję z plecaka wodę, siadam na chwilę na kamieniu i patrzę przed siebie. Na zamieniający się powoli w granat błękit. Na biel nieba ustępującą szarości. Dołącza do mnie sapiąca głośno turystka, siada obok i widzę, że bliska jest zawału z zachwytu i zmęczenia.

Górka roślinność w Błękitnych Górach w Australii Wykute w skale schody prowadzące do wodospadu Wentworth

Oddaję jej butelkę wody, słyszę jak wlewa ją w siebie łapczywie. Życzę jej miłego dnia, wskakuję do góry po kilka schodków na raz i słyszę za plecami jej samotny lament: „Boże, dlaczego chodzenie jest takie męczące?”.

Bóg milczy.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Góry Błękitne, Elton John, wschód słońca, czemu lepiej wejść na górę, niż ją obejść. Pięknie spisana relacja, a Bóg chociaż milczy w tle na pewno się pod nosem uśmiecha 🙂

  2. Prawdziwa uczta dla oczu. Podziwiam Twoja odwage, Mam spore checi. Lubie chodzic, ale obawiam sie samotnego lazikowania, o chociazby ze wzgledu na zderzenie, oko w oko, z kangurem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *