Yonehara (米原) – w cieniu japońskich palm

Strzeliste palmy Yaeyama yashi we wsi Yonehara na wyspie Ishigaki
Po kilku dniach lenistwa w Kabira, natura się nade mną zemściła. Lało, wiało, z wymarzonego lata pozostały jedynie strzępy wspomnień. Patrzyłam za okno, chodziłam na spacery w strugach wody i pewnego razu, w ogóle tego nie planując… wsiadłam do lokalnego autobusu w stronę wioski Yonehara.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że autobus był pusty. Siedzę sobie w wielkiej blaszanej puszce na kółkach, która przedziera się przez strugi deszczu. W środku jestem tylko ja i młody kierowca. Nie przeszkadza mu to jednak co chwilę odczytywać na głos nazwy przystanków.

Droga z Kabira do Yonehara na wyspie Ishigaki

A zatrzymujemy się chyba w każdej małej dziurze.

Za oknem nie widzę nic. Albo prawie nic – gdzieś tam migały ogromne palmy, błyszczały soczystą zielenią paprocie i całe połacie trzciny cukrowej. Nie miałam szczególnego planu. Bo po co? Kilkanaście (a może kilkadziesiąt?) minut później wysiadam na przystanku w Yoneharze i biegnę w deszczu na plażę.

Yonehara w deszczu - na pierwszym planie trzcina cukrowa Ciągnące się po horyzont pola trzciny cukrowej

Jak na hollywoodzkim filmie, ściągam z siebie w locie ubrania, chowam je wszystkie pod kurtką na przemoczonym piasku i marzę sobie, że w tym deszczu będę się kąpać w oceanie, że będę miała co wspominać i snuję wizje, których nie powstydziłby się żaden reżyser, zwłaszcza tanich filmów o odnajdywaniu siebie/szczęścia/miłości.

Kiedy biegnę już w stroju w stronę oceanu, miga mi przed oczami mała tabliczka.

Przystaję na chwilę, w strugach tropikalnego deszczu i zastanawiam się, co tam jest takiego napisane.

Podchodzę bliżej… i zaczynam się śmiać. Trujące meduzy, zakaz kąpieli, śmierć, choroba, niebezpieczeństwo – czerwone hasła wwiercają się w moje oczy. Dookoła mnie nie ma nikogo, kolejny autobus w stronę cywilizacji za kilka godzin, a ja wylądowałam podczas ulewy na plaży, NA KTÓREJ NIE MOŻNA SIĘ KĄPAĆ.

Zawijam swoje manatki, gnam w stronę publicznej toalety i siadam na ławce, śmiejąc się jak wariatka. Wycieram się w cieniutki ręcznik, który mam w plecaku, wkładam ubrania, kurtkę przeciwdeszczową i idę w stronę zabudowań we wsi Yonehara. A nuż znajdę coś ciekawego.

Kilkanaście minut później widzę z oddali ogromne posągi shīsā, które wwierciły się w moją świadomość na Taketomi. Pamiętacie to skrzyżowanie lwa i psa, pilnujące domów na Okinawie?

Pozwólcie, że zacytuję kilka zdań opisu:

Czasem ustawia się je w parach – tradycyjnie shīsā ustawione po lewej ma zamknięte usta, a to po prawej otwarte, tak jakby jedno z nich gadało za dwoje. Niektórzy uważają, że ta po lewej to mężczyzna (ha, dziwne!), który chroni dom przed złem, a ta po prawej to kobieta (no oczywiście, że to ta gaduła z otwartą paszczą), dzieląca się ze światem dobrocią. Przypominają zresztą japońskie komainu (狛犬), pilnujące często szintoistycznych chramów (tak jak te minimalistyczne pilnujące chramu w Kagurazace).

Przy okazji wpisu o Taketomi nie opowiedziałam Wam jednak legendy na temat powstania obrońców okinawiańskich domów. Skupiłam się na emocjach, na obrazach, na wspomnieniach, zapominając o tym, że dla Was archipelag Yaeyama to czarna magia.

Posłuchajcie więc opowieści o shīsā:

Dawno dawno temu chiński emisariusz zjawił się na zamku Shuri i przywiózł ze sobą naszyjnik z małą figurką shīsā. Królowi wyjątkowo spodobała się ta ozdoba i nosił ją bez przerwy pod ubraniami.

Pewnego dnia król wybrał się do wsi Madanbashi, która od pewnego czasu była terroryzowana przez morskiego smoka. Kiedy król przybył na miejsce, wszyscy się schowali, ze strachu przed kolejnym atakiem. Jednej z lokalnych kapłanek, noro, przyśniło się, aby przekazać królowi by ten stanął na brzegu i pokazał smokowi figurkę. Przywołała jednego z wiejskich chłopców i kazała przekazać wiadomość królowi.

Król zrobił tak, jak nakazała mu kapłanka. Nagle z nieba odezwał się ogromny huk. Nie wiadomo skąd spadł ogromny głaz i wylądował na ogonie smoka. Szamotał się i próbował uwolnić, ale nie udało mi się i niedługo potem umarł.

Z czasem głaz i ciało smoka zaczęły porastać rośliny. Można je podziwiać w lasku Gānamui nieopodal Naha na Okinawie.

Zamarzyły mi się takie figurki w moim domu. Wchodzę do studia ceramiki, oglądam szczerzące zęby figurki i próbuję wybrać sobie jakąś na pamiątkę. Po dłuższej chwili decyduję się na jedną z nich, podnoszę… a na dnie widnieje naklejka „Made in Vietnam”. Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Biorę figurkę do kasy i pytam się, o co chodzi. Przecież musiała zajść jakaś pomyłka. Jestem na końcu świata, na malutkiej wyspie, w małej wsi, gdzie dojeżdża kilka autobusów dziennie, przede mną siedzi starsza pani, na zewnątrz chwali się szyldem „studio ceramiki”, no przecież to jakiś słaby żart.

– Ach! – Kobiecina głośno połyka ślinę – no tak, no tak – mamrocze, a ja nie wiem, o co jej chodzi. – faktycznie, ostatnio robią to w Wietnamie
– Ale przecież na zewnątrz jest napisane, że to studio ceramiczne, a nie sklep z pamiątkami – zagaduję.
– No wiesz… – ścisza głos konspiratorsko – komu by się tu chciało robić takie figurki za takie śmieszne pieniądze? Wysyłamy je do Wietnamu, dostajemy je tutaj, nieraz dorobimy im tylko podstawkę albo podmalujemy odpryskniętą farbę i voilà.

„I voilà.”

Przynajmniej jest szczera.

Ale w ustach pozostaje niesmak. Dookoła mnie tworzy się kałuża, do czoła przyklejają się kosmyki włosów. Czy jestem taka naiwna, że spodziewałam się tutaj rękodzieła, prawdziwej sztuki i głębokich rozmów o sensie życia, jak na Yonaguni?

Wychodzę, mijam kolejne „studio” od siedmiu boleści. Mijam jedno pole, drugie, jakiś przystanek, kilka domów. Skręcam w dróżkę pnącą się do góry, w którą skręcają po sobie dwa samochody.

yonehara-4

Polna droga w Yonehara, na wyspie Ishigaki

Chwilę później ląduję w palmowym gaju. Nie byle jakim – lasu deszczowego zasmakowałam w Australii, a potem na Iriomote, ale ten mały palmowy zagajnik to inna bajka.

Kawałek dżungli nieopodal wsi Yonehara

Siadam na skraju tego „tajemniczego ogrodu” i patrzę na uporządkowany chaos w pobliskim sklepiku. Podchodzę bliżej, aby dotknąć trzciny cukrowej, zobaczyć jak wygląda, zanim wyląduje na moim stole w formie kryształków.

Sklepik pana Papaya ze świeżymi sokami w Yonehara

– Chcesz może spróbować soku z trzciny cukrowej? – dostaję prawie zawału, bo właściciel wyłania się nagle z wnętrza sklepiku za moimi plecami.

Nigdy nie piłam takiego cuda, więc nie zastanawiam się długo. Niech będzie. Patrzę, jak wyciska ten sok na moich oczach i nie mogę się nadziwić, że a) można pić sok z trzciny cukrowej b) że jestem w jakimś dziwnym palmowym gaju z dala od jakiejkolwiek cywilizacji c) jakie to dobre.

Sok z trzciny cukrowej na wyspie Ishigaki

Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję spróbować świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej, nie wahajcie się ani chwili. Zwłaszcza, jak przyrządzi go na Waszych oczach specjalista – w moim przypadku pan Papaya (nie mam pojęcia, jak się nazywa naprawdę, ale tak nazywa się jego sklepik…).

Uprawą i przetwórstwem trzciny cukrowej zajmuje się większość mieszkańców wyspy, a dokładniej 80% rolników. Zajmuje ona prawie połowę powierzchni Ishigaki. Nieważne gdzie będziecie, prawie zawsze ujrzycie połacie trzciny cukrowej. Tylko jedna trzecia zebranej trzciny sprzedawana jest w Japonii, resztę się eksportuje. Jest spora szansa, że paczka cukru trzcinowego, którą macie gdzieś w szafce, swoją przygodę zaczęła właśnie na archipelagu Yaeyama.

Góry i pola trzciny cukrowej na wyspie Ishigaki Wyspa Ishigaki w deszczu Domy zbudowane w środku pola trzciny cukrowej na wyspie Ishigaki

Dla pana Papaya trzcina cukrowa jest całym życiem. Od grudnia do kwietnia wstaje o świcie, ścina sam całą kopę trzciny, myje ją i wyciska sok. (W Internecie znalazłam krótki artykuł o nim, mówiący, że codziennie wyciska prawie pół tony tej ambrozji!) Następnie gotuje go na małym ogniu przez osiem godzin, ciągle mieszając, aż powstanie czarna maź, która po wystygnięciu zamieni się w czarny cukier. Dostaję kosteczkę kokutō (黒糖) na spróbowanie. Smakuje inaczej niż „zwykły” cukier. Ale i tak jest dla mnie za słodki… Nie daję się namówić na więcej. Pan Papaya pogryza co chwilę czarne kosteczki, ale ja dostaję dreszczy na samą myśl o jedzeniu cukru. Odmawiam, żegnam się i wchodzę do palmowego zagajnika.

Dżungla na wyspie Ishigaki nieopodal wsi Yonehara Palmowy gaj, czyli dżungla we wsi Yonehara na wyspie Ishigaki

Palmy Yaeyama yashi (ヤエヤマヤシ) można zobaczyć już tylko w kilku miejscach, a ich największe skupisko (choć na pierwszy rzut oka niewielkie) to właśnie ten gaj.

Trasa jest dość krótka, ale na swojej drodze nie spotykam nikogo i mogę w spokoju przejść się w cieniu palm, które rosną tylko na wyspie Ishigaki i Iriomote. Łatki na korze palm mienią się w deszczu, kontrastując z błyszczącymi z dala mokrymi liśćmi paproci.

Mogłabym siedzieć w tym małym skrawku raju bez końca, gdyby nie krwiożercze komary, które wyganiają mnie stamtąd, gdy za bardzo zakłócam złowieszczą ciszę palmowego gaju. Macham panu Papayi, kupuję w biegu banany i schodzę leniwym krokiem w stronę głównej drogi.

I nagle moją drogę przecina autobus.

Macham, skaczę – „halooo!”. Pisk opon. Autobus się zatrzymuje.

Wkładam banana do kieszeni, gnam przed siebie i wskakuję cała mokra do środka. Kierowca, ten sam co kilka godzin temu, patrzy na mnie z mieszanką politowania i serdeczności. Cały autobus jest znów do mojej dyspozycji.

Za oknem znowu pola trzciny cukrowej, malutkie chaty, strugi wody i bijąca po oczach zieleń.

Góry i pola trzciny cukrowej we wsi Yonehara Pola i góry w deszczu we wsi Yonehara na wyspie Ishigaki

Niby znów to samo, ale ani przez chwilę mnie ten widok nie nudzi.


PS. Dzisiaj rozesłałam pierwszego newslettera. Jeśli chcecie otrzymywać regularnie na swoją skrzynkę pocztową świeżą dawkę inspiracji, zapiszcie się koniecznie! A pierwszy odcinek możecie przeczytać tutaj. Jak Wam się podoba?

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Aż się chce pojechać do Japonii. O tyle mi dobrze, że właśnie się wybieram, bilet na za miesiąc 🙂 Dzięki za wszystkie opisy , na pewno się przydadzą!

    • Karolina

      Ja też lecę do Japonii za miesiąc na niecałe dwa tygodnie 🙂 Cieszę się, że opisy się przydadzą, ale w razie innych pytań, wal śmiało!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *