Phillip Island – wieczór z pingwinami w swetrach

Phillip Island wspominam do dziś. I to, że prawie zrezygnowałam z jej odwiedzenia. Po drodze ktoś prawie mi wmówił, że to bzdetna turystyczna atrakcja, że nie warto, że po co. A ja się uparłam. Dzięki temu spędziłam cały dzień wśród fantastycznych australijskich zwierzaków… w tym pingwinów!

Pewnie jestem biologiczno-geograficznym ignorantem, ale kiedy pierwszy raz przeczytałam o pingwinach w Australii, myślałam, że mi się przywidziało. Pingwiny? W Australii? Serio? Jakieś bujdy. Pośmiałam się, zapomniałam niedługo o tej ciekawostce i żyłam dalej. Kilka lat później siostra podesłała mi artykuł o pingwinkach w sweterkach. „Ale urocze!” – odpisałam jej i znowu – wygrała codzienność. Jakoś nie połączyłam do końca tych faktów. Do listopada zeszłego roku, kiedy przeglądałam w Internecie australijskie atrakcje i napotkałam informację o nocnym marszu pingwinów na Phillip Island.

Phillip Island zostało nazwane na cześć Arthura Phillipa – pierwszego gubernatora Nowej Południowej Walii i dowódcę pierwszej ekspedycji osadniczej. Co ciekawe, jego zadaniem było założenie kolonii karnej, a nie zwykłego „osadnictwa”. Na jego cześć nazwano tą małą wysepkę, na której mieszka teraz niecałe dziesięć tysięcy mieszkańców. Szkoda, że mało kto pamięta o pierwszych mieszkańcach tej ziemi – aborygenach z plemienia Bunurong. W ich języku wyspa zwie się Corriong lub Millowl (nie udało mi się znaleźć informacji na temat etymologii tych nazw). Niestety, nie spotkałam tutaj żadnego Aborygena, nikogo, komu wyspa kojarzyłaby się z wolnością, a nie okrutnym kolonizatorem.

Wypożyczyłam auto w Melbourne (tak, wiem, znowu gubię chronologię wydarzeń, ledwo co dojechaliśmy do Sydney po pobycie w Błękitnych Górach… ) i pognałam przed siebie. Miałam już dość samochodów, ale to był najlepszy sposób na spędzenie całego dnia na wyspie. Wyruszyłam bez większego planu. Zarezerwowałam dzień wcześniej bilet na „paradę pingwinów”, zapakowałam kupione dzień wcześniej wegańskie crossainty (o wege smakołykach w Melbourne przeczytacie więcej tutaj), buty do trekkingu i ruszyłam przed siebie. I jakąś godzinę później siedziałam sobie w malutkiej kawiarence w centrum Cowes i zajadałam się wege burgerem. Żeby tylko wege-podróże były takie bezstresowe na całym świecie…

Jak zwykle tubylcy okazali się niezawodni. Polecono mi kilka miejsc, gdzie „koniecznie musisz się wybrać”. Przekrzykiwali się, doradzali, próbowali wybrać najlepsze miejsce, każdy jednak miał trochę inną opinię. Standard. Spytałam się siedzącej obok kobiety, żeby powiedziała mi swoje ulubione miejsce, ustawiłam je sobie na Google Maps i kilkanaście minut później maszerowałam już wzdłuż szerokiej plaży na przylądku Woolamai.

Przylądek Woolamai na Phillip Island Popularna wśród surferów plaża na przylądku Woolamai, na Phillip Island

Wiało tak, że momentami myślałam, że mnie zwieje do oceanu albo gdzieś hen, na ogromne klify. Na ogromnych falach szaleli surferzy, a ci, którzy już wyszli z wody, obserwowali swoich współtowarzyszy ubrani w ciuchy, jak na Syberii. Futrzane miękkie buty, grube puchowe kurtki, ogorzałe od słońca i wiatru twarze oraz ten uśmiech nie do opisania, który wyraża więcej niż jakiekolwiek słowa. Pasję.

Podążyłam wzdłuż wyznaczonego szlaku. Najpierw po plaży, potem po ścieżce na górze klifu. Na szczęście nie skończyło się tak, jak na Malcie. Cała trasa była wyjątkowo dobrze oznaczona. Wiatr dął jak szalony, aż przestałam słyszeć swoje myśli. Skręciłam w stronę starej kopalni granitu i wylądowałam w australijskiej dziczy. Towarzyszyły mi kangury, senne kolczatki, szukające swoimi długimi noskami pożywienia, całe stada ptaków… i miliony much.

philipisland-22 Ogromny kruk na Phillip Island Szukająca posiłku kolczatka na przylądku Woolamai na Phillip Island Spotkana po drodze kolczatka - przylądek Woolamai, Phillip Island

Po kilkunastu minutach, które upłynęły mi głównie na odganianiu się od złośliwych much (czy ktoś z Was też został kiedyś zaatakowany przez te stwory?), dotarłam do dawnego kamieniołomu. Pod koniec XIX wieku zaczęto wydobywać tutaj różowy granit. Niestety nie potrwało to długo – rok później zatonął statek pełen materiału i nikomu nie chciało się już wznawiać tego przedsięwzięcia. W niektórych kawałkach skały widać jeszcze wwiercenia, za które planowano wciągnąć je na statki.

Zatoka Westernport na Phillip Island

Opuszczona kopalnia różowego granitu na Phillip Island

Słońce zaczęło dawać się we znaki. Szłam przed siebie, minęłam kilka osób i nawet nie wiem kiedy dotarłam z powrotem do samochodu. Minęłam grupki roześmianych dzieciaków, zjeżdżających z wielkich wydm, rodziny na spacerze i leniwych spacerowiczów.

Pustki na plaży na zachodnim brzegu przylądka Woolamai na Phillip Island

W samochodzie puściłam muzykę, chyba hity Eltona Johna i pojechałam w stronę Nobbies Centre. Miałam do „zabicia” jeszcze kilka godzin, nie chciałam ich spędzić jednak na plaży. Nie przepadam za wszelkiej maści centrami dla turystów. Weszłam do niego tylko na chwilę i uciekłam, bo przeraziły mnie tłumy. Na szczęście to, co najciekawsze, znajduje się na zewnątrz. Wystarczy przejść się wyznaczoną trasą wzdłuż oceanu, aby dać się uwieść pięknym widokom.

Seals Rock, na której mieszka największa w Australii kolonia fok

Trasa z widokiem na Seals Rock na Phillip Island Seals Rock na Phillip Island w Australii

Główną atrakcją jest Seal Rocks, Focza Skała, w okolicy której mieszka prawie 16 tysięcy (!) fok. Zmrużyłam oczy i udało mi się wypatrzyć sporo na ciemnym żwirze. Duże tłuste cielska, wygrzewające się w wiosennym słońcu. W ich podziwianiu przeszkadzały mi setki mew – malutkich, pokrytych mięciutkim pierzem i ich rodziców, strzegących swoje pociechy z oddali.

Malutkie mewy z Seals Rock w tle Malutkie i puchate mewy na Phillip Island

Szum oceanu nie pozwalał się skupić. Im dalej szłam, tym mniej przypominał on zwykłe uderzanie fal o klify. Coś było nie tak. Po kilku minutach wiedziałam już, w czym jest problem. The Blowhole. Ogromny gejzer, wyrzucający z siebie tony morskiej wody z ogłuszającym hukiem. Do tego ogromne fale – chyba największe, jakie widziałam do tej pory. Potęga natury, która aż przeraża.

Ogromny gejzer i Seals Rock w tle - tylko na Phillip Island

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, więc przyszedł na mnie czas. I na pingwiny. Podjechałam pod budynek, gdzie organizowane jest obserwowanie pingwinów. Kupiłam na pamiątkę pluszowego pingwina (a niech mnie!). Zjadłam tonę frytek. A kiedy zrobiło się ciemno, wyszłam na zewnątrz, zajęłam miejsce na trybunach i czekałam… Czekałam… I myślałam już, że się nie doczekam, a tu nagle z wody wyskakuje pingwin. Malutki, skonfundowany, jakby nie wiedział, o co w ogóle chodzi. I kolejny. Nagle podmyła je fala i pingwiny zniknęły w ciemnej otchłani.

– Nieeeeee – z tłumu wyrwał się cichy szmer.

Ale pingwiny nie są głupie. Ani słabe. Po co mają walczyć z falą, dały się jej unosić, aż wypłynęły spokojnie na brzeg. Otrzepały się i poszły przed siebie.

Naprawdę nie umiem opisać, jakie to było uczucie, patrzeć najpierw na tą garstkę pingwinków, potem na większe stadko, a ostatecznie na setki i tysiące małych pingwinów maszerujących przed siebie.

(Nie można było robić zdjęć, żeby nie przestraszyć tych przeuroczych zwierzaków, więc pozwólcie, że będę posiłkować się fotami z otchłani Internetu.)

By Phillipislandtourism (Own work) [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], via Wikimedia Commons

By Phillipislandtourism (Own work) [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], via Wikimedia Commons

Pingwiny małe są naprawdę malutkie – ich wysokość to średnio 33 cm, a ważą jedynie kilogram. Przed pokazem przeczytałam parę tablic z informacjami na temat tych zwierzaków i zainteresowało mnie kilka faktów:

  1. Pingwiny biorą rozwody. Naprawdę! Od 18 do 50% pingwinich małżeństw kończy się rozstaniem!
  2. Pingwiny mieszkają w norach na lądzie. Nieraz po wyjściu z oceanu muszą jeszcze dreptać nawet i kilka kilometrów!
  3. Małe pingwiny to jedyny gatunek pingwinów, który nie jest czarno-biały, lecz granatowo-biały.
  4. Potrafią one nurkować nawet na 70 metrów! Średnia wynosi jednak około 20.
By JJ Harrison (jjharrison89@facebook.com) (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

By JJ Harrison (jjharrison89@facebook.com) (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Kiedy większość pingwinów wyszła z oceanu, podążyłam za nimi, po wyznaczonej trasie. Usiadłam na drewnianym pseudo-pomoście i podziwiałam miłosne perypetie jednej pary. Było powitanie wracającego męża z oceanu. Był namiętny seks. Było bicie przez żonę (?), krzyki i ucieczka partnera. Powrót pana pingwina z malutką gałązką, więcej namiętności, znowu jakieś krzyki. Skończyło się na tuleniu i powrocie do nory razem.

Kto by pomyślał, że będę obserwować kiedyś miłosne perypetie pingwinów? I to w Australii?

Z Phillip Island wróciłam z pluszowym pingwinem w swetrze. Nie, to nie nowa pingwinowa moda. Tak kilka lat temu chroniono pingwiny przed skutkami wycieku ropy. Ropa skleja ich skrzydła, nie pozwala na polowania, zatruwa środowisko… wiele pingwinów utonęło, zatruło się, miało ogromne problemy ze skórą, różnymi chorobami i rozmnażaniem.

Na szczęście na razie australijskie pingwiny mają się wyjątkowo dobrze. Do pomocy zmotywowały się tłumy Australijczyków, którzy zabrali się za dzierganie różnokolorowych sweterków. Swetry wchłaniały część ropy i pozwalały pingwinom na uniknięcie posklejania piór. Niestety, były one jednorazowe, więc fundacja wystosowała prośbę o więcej sweterków… A zainteresowanie przerosło oczekiwania i teraz sweterki te sprzedawane są na maskotkach, bo nadal mają ich spory nadmiar. W akcji wziął udział nawet najstarszy Australijczyk! Swetry już od pewnego czasu nie są potrzebne, ale pani w sklepiku powiedziała mi, że nadal je dostają… No ale czemu się dziwić – czy jest coś bardziej uroczego niż małe pingwiny w swetrach?

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Jejku, oglądanie miłosnych perypetii pingwinów- abstrakcja! I co tu dużo mówić, to takie słodkie:) Piękne zdjęcia, miło się oglądało i czytało:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *