[Recenzja] Marcin Bruczkowski – Bezsenność w Tokio

„Bezsenność w Tokio” to jedna z najpopularniejszych książek o Japonii w Polsce. Długo zwlekałam z jej przeczytaniem, bo byłam pełna obaw. Czy słusznie?

Do książki zniechęcił mnie już cytat na tylnej okładce. Niestety oddaje on dość dobrze atmosferę całej książki:

(…) masz napisać, jak się podrywa Japonki, i o majteczkach. Różowych w płatki wiśni. I o cerowaniu dziewic…

Jeśli lubicie przygody Polaków z podrywami i wódką w roli głównej, pewnie spodoba się Wam ta książka. Podejrzewam jednak, że jeśli czytacie tego bloga, nie należycie do tej grupy.

bezsennosc-w-tokio

Zrobiłam sobie herbatę, siadłam do lektury i na początku nie było nawet tak źle. Autor stara się tłumaczyć zawiłości japońskiej kultury, są nawet mapki (aczkolwiek od strony graficznej wykonane bardzo topornie) i miałam przez chwilę nadzieję, że może jednak będzie dobrze. Przez chwilę nawet spodobało mi się jajcarskie podejście Bruczkowskiego, który na komplement, że świetnie mówi po japońsku, odpowiada „Dziękuję, pan też!”, ale za dziesiątym i potem n-tym razem podobnych żarcików, miałam już dość.

Słabe poczucie humoru nie jest jednak podstawą do odrzucenia całej książki. Nie trafia w niej do mnie język: standardem są odzywki typu „to ja ni mom”, dopiski a la „he, he” czy wtrącenia, takie jak „a skąd ja mogę wiedzieć, kurza morda, w pysk?”. Z reguły padają one na tle pijackich przygód, gdzie autor nie pamięta, co robił, zdobywa w środku nocy alkohol z zepsutego automatu i gada cały czas o Żubrówce, potwierdzając tylko stereotyp, że Polakom tylko wódka w głowie.

Co do stereotypów – Bruczkowski powiela nie tylko te na temat Polaków, ale także na temat Japończyków. Podobnie jak Milewski w swoich „Dziennikach japońskich”, które recenzowałam jakiś czas temu, ma fiksację na temat oszczędzania. Rozumiem, że nie każdego stać na wiele rzeczy, ale przez dużą część książki miałam wrażenie, że czytam wynurzenia sfrustrowanego faceta, który utknął w Japonii i nie stać go nawet na powrót do kraju. Kiedy autor zmienia mieszkanie, a jego znajomy pyta się go o pomoc w przewiezieniu mebli, ten odpowiada:

Meble? Jakie meble? Ty myślisz, że ja jestem kto? Cesarz Hirohito?

Kilka stron później, Bruczkowski budzi się w swoim nowym mieszkanku i wykrzykuje:

O, nieznany luksusie! O, rozpusto lubieżna! Jestem bogaty! Jestem panisko! (53)

Podobnych kwestii jest wiele, więc nie będę się w nie zagłębiać, bo znacie mój stosunek do takiej narracji z recenzji „Dzienników”.

Bruczkowski buduje mur między Japończykami a gaijinami. Dystansuje się od Japończyków, siebie nazywa prześmiewczo „gajdzinem” i w wielu momentach miałam wrażenie, że patrzy na Japończyków z wyższością. Na początku książki sam ledwo co mówi po japońsku, ale zakłada, że każdy się go boi, tylko dlatego, bo jest cudzoziemcem. Wkłada w usta słowa ludziom, których nie rozumie:

Targany straszliwymi wątpliwościami właściciel, barman i kelner w jednej osobie wyraźnie zastanawia się, czy nas wyrzucić, czy wezwać policję, czy też może zapytać, czego chcemy się napić. Z gajdzinami przecież nigdy nic nie wiadomo. Może odstraszą normalnych gości? A może wypiją całe zapasy piwa, połamią krzesła, podpalą maszynę do karaoke i wyjdą, nie płacąc? (24)

Podejrzewam, że autor sam czuł się nieswojo w kraju, którego nie rozumiał i tłumaczył sobie swoje niepowodzenia tym, że na pewno Japończycy się ich boją. Pisze o tym strachu wielokrotnie, ale nigdy nie potwierdza tego żadną wypowiedzą Japończyka albo cytatem z gazety. Jego wypowiedzi momentami ocierają się o rasizm i ksenofobię:

[Japończycy] boją się, że nas nie zrozumieją (jak wiadomo, gajdzin nie umie mówić po japońsku). Boją się, że będziemy chodzić po pokojach w kapciach do WC. Boją się, że nie uszanujemy świętych mat tatami i wejdziemy na nie w zabłoconych butach. Boją się, że wynajmą mieszkanie jednemu gajdzinowi, a po tygodniu będzie już w nim mieszkało jego dwunastu kuzynów z Pakistanu (37-38)

Powyższy cytat ma niby tłumaczyć, dlaczego przy wynajmowaniu mieszkań w Japonii potrzebny jest tak zwany sponsaa – osoba, która poświadcza za cudzoziemca. Bruczkowski zaczął ten rozdział nawet dobrze, opisując specyfikę rynku nieruchomości, ale stronę dalej rzucał żarty o Pakistańczykach…

Najbardziej boli mnie jednak jego stosunek do kobiet. Wzdycha do Japonek, do ich majteczek, a chwilę później nazywa je „chuderlawymi bezbiuściami” (124). Hostessy obsługujące windy w centrach handlowych określa jako „bezmóżdża spędzające dni w kącie windy” (136-137). Na następnej stronie opisuje napotkaną przez przypadek koleżankę ze studiów „perfekcyjnym wzorem ślicznej blondynki” (138). Faktycznie dodaje później, że „piekielnie inteligentnej”, ale nie poprawia to wymowy kilku szowinistycznych wypowiedzi na poprzednich stronach.

Kiedy poznaje dziewczynę (Japonkę!), bulwersuje się tym, że nie chce się ona z nim przespać:

Potem były rozmowy i jeszcze jeden drink, i żarty, i kilka pocałunków o wzrastającym stopniu namiętności, i ubranie rozrzucone po pokoju, aż doszliśmy do… nie wiem, jak to opisać. Do… zasadniczej sprawy majteczek. Otóż majteczki okazały się elementem stałym. To znaczy nierozłącznym; od ich właścicielki ma się rozumieć. Nieśmiałe i dość uległe dotąd stworzenie oznajmiło kategorycznie:
Dame!

(…)

Po kilku próbach łagodnej perswazji i błyskotliwej argumentacji zostało mi dane do zrozumienia (w sposób niebudzący żadnych wątpliwości): majtki zostają. Na nic zdały się sugestie, że wartość estetyczna majteczek (a były różowe, w malutkie, białe płatki wiśni) zostałaby znakomicie podkreślona poprzez założenie ich na lampę. (…) (220)

Kilka stron później rozmawia ze swoim kolegą, który ma podobny „kłopot”:

– To faktycznie masz bracie zgryz. Domyślam się, że ona nie jest sformatowana?
– Nie jest CO?
Sorry, żargon informatyków. Niesformatowana dyskietka to po francusku disquette vierge – no, wiesz, virgin disk – dziewicza dyskietka, rozumiesz…

Następnie proponuje znajomemu, żeby ten przekonał swoją dziewczynę do przespania się z nim tym, że zapłaci za operację przywrócenia dziewictwa, jeśli będzie taka potrzeba:

W sumie prosty zabieg, chirurg ceruje pod znieczuleniem to, co pęknięte (z wyjątkiem serca, he, he), i voilà: panienka jest odformatowana i gotowa do ożenku.

Nie wiem, dlaczego ta książka jest znana, a nawet poważana. Znalazłam w Internecie sporo pozytywnych recenzji, a ludzie byli nią po prostu zachwyceni. Może osoby, które nie wiedzą nic o Japonii, są w stanie się czegoś z niej dowiedzieć. Bruczkowski dostaje u mnie bonusową gwiazdkę za kilka fragmentów, gdzie było trochę treści: o kilku nietrafionych stereotypach, np. o hotelach kapsułowych, fragment o ukrytym bezrobociu czy zawiłościach rynku nieruchomości. Książka opisuje całą dekadę przygód Bruczkowskiego w Tokio i widać, że pod koniec jego styl jest sporo dojrzalszy, ale wątki szowinistyczne (a jest ich sporo), jak i opisy pijackich eskapad czy wiecznego kombinowania, po prostu mnie do niej zniechęciły.

Moja ocena: 2/5
★★☆☆

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (31)

  1. Dziękuję za ostrzeżenie! Chyba po nią nie siegnę w takim razie.. Mam nadzieję, że następnym razem zrecenzujesz coś co będzie się nadawało do czytania:)

    • Karolina

      W kwestii książek o Japonii jestem niestety wybredna, ale też mam taką nadzieję 🙂

    • Ali, jak najbardziej sięgaj i sam oceń!

      Mz to akurat jedna z najlepszych książek o życiu w Japonii – facet mieszkał w Tokio 10 lat (chyba jednak dobrze się tam czuł, skoro tak długo tam siedział, chociaż najpierw planował zostać tylko rok!) i mieszkał tam wiele lat wcześniej, zanim Karolina nawet zaczęła myśleć o studiowaniu japonistyki. Mieszkał i pracował tam przed wielkim kryzysem – w nieco innej Japonii niż teraz, zatem nic dziwnego, że Karolina, która pojechała tam na rok studiów z Oksfordu, czyli bardzo dobrze startowała, ma inne doświadczenia.

      Nie zapinajmy, że ta książka to powieść fikcyjna, BAZUJĄCA na doświadczeniach autora, nie jego prywatny dziennik – Bruczkowski wyraźnie o tym pisze (btw, porównywania do książki Milewskiego jest bardzo nie na miejscu – ani wiedza o Japonii, ani język, ani umiejętność prowadzenia historii Milewskiego nie umywa się do poziomu Bruczkowskiego).

      Absolutnie nie można też uznać Bruczkowskiego za ksenofoba (tutaj mz Karolina przegięła – niech się cieszy, że Bruczkowski nie pozwał jej za zniesławienie), zwłaszcza, że przyjaźnił się z Irlandczykami, Japończykami, po Japonii mieszkał kilka lat w Singapurze, w USA i ożenił się z Malezyjką, zrobił wiele dla popularyzacji kultur japońskiej, singapurskiej i malajskiej w Polsce. Skądinąd wydaje mi się, że Karolina na łamach tego bloga wypowiadała się niepochlebnie o Anglikach w kontekście swoich studiów na Oksfordzie – czy i ją powinniśmy posądzić o ksenofobię?!

      A że Bruczkowski ma poczucie humoru (nie słabe! wiele razy celnie ironizuje i trafia w punkt! Może Karolina nie załapała tych żartów?) i nie robi z mieszkania w Japonii religii, ma dystans i lekko nabija się z niektórych japońskich absurdów, które dla nas – Europejczyków – naprawdę wydaja się absurdalne, to nic złego.

      Osobiście (to tylko moje osobiste zdanie i mogę się mylić) odbieram recenzję Karoliny jako przejaw zazdrości, że nie-japonista stał się w mniemaniu wielu „specjalistą od Japonii”. Postawę taką prezentuje wielu absolwentów japonistyki z UW, których znam.

      • Karolina

        Każdy ma prawo do swojej opinii, więc fajnie, że Tobie książka się podobała. Jeśli masz jakieś uwagi do mojej osoby, proszę pisz do mnie prywatnie, a nie wywlekaj swoich żali publicznie.
        Twój komentarz jest niesamowicie osądzający. Używasz określeń typu „nie zapominajmy, że”, „absolutnie nie można też uznać”… Zapomniałaś, że to była MOJA RECENZJA. Czyli opinia, zbiór odczuć. W żadnym wypadku nie jest to rozprawa naukowa, gdzie to, co ja piszę, jest jedyną słuszną wersją wydarzeń. Mi akurat podoba się to, że ludzie mają inne opinie, ale widocznie Ty masz z tym jakiś problem?
        Fajnie, że piszesz tutaj o Bruczkowskim, ale nie zmieni to tego, jak JA odebrałam książkę. Inaczej odbierze ją japonista, inaczej nie-japonista i myślę, że nie ma w tym nic złego. Tak jak niekażdemu podoba się mój blog, ale ja i tak piszę go po swojemu. De gustibus non est disputandum
        Nie jestem absolwentką japonistyki na UW, więc nie wiem, co w ogóle UW ma tutaj do rzeczy. Skończyłam orientalistykę na Oksfordzie, jak słusznie zauważyłaś i ani przez myśl mi nigdy nie przeszło zazdroszczenie komuś czegokolwiek. Będę chciała wydać książkę o Japonii, to to po prostu zrobię 🙂
        Teksty w stylu „niech się Karolina cieszy, że Bruczkowski nie pozwał jej za zniesławienie” są poniżej pewnego poziomu i nie będę ich tolerować tutaj na blogu. Zwłaszcza, że nigdzie nie nazwałam Bruczkowskiego ksenofobem, napisałam tylko że „jego wypowiedzi momentami ocierają się o rasizm i ksenofobię”. Proszę czytaj ze zrozumieniem.
        Jeśli Pan Bruczkowski poczuje się urażony moją recenzją, czekam na kontakt. Nie jesteś panem Bruczkowskim, więc proszę nie rzucaj takich słów, bo tylko się ośmieszasz. Chcesz podyskutować o tym więcej, zapraszam do kontaktu mailowego.

        • Nie mam Twojego maila Karolina, a ze znajomych na fb mnie wyrzuciłaś nie wiadomo kiedy i bez słowa – nie wiem, o czym chcesz w takim razie dyskutować, ale mniejsza z tym. Opublikowałaś tekst publicznie, jako czytelnik publicznie odpowiedziałam, co uważam. Chyba o to chodzi w komentowaniu. Czy może można tylko chwalić?

          Czekam na książkę Twojego autorstwa o Japonii – przeczytam z przyjemnością.
          Pozdrawiam.

        • Aha, w bio na głównej masz napisane, że jesteś absolwentką japonistyki, a teraz mówisz, że orientalistyki – już się pogubiłam 😉

          • Karolina

            Oriental Studies (Japanese) – co to za różnica czy nazwę to orientalistyką czy japonistyką. Cieszę się, że wyrażasz swoją opinię, masz do niej jak najbardziej prawo. Mój e-mail podany jest na blogu – wkrainietajfunow@gmail.com. Pozdrawiam.

    • Koniecznie przeczytaj! Ja zupełnie inaczej odebrałam ta książkę. Jest zabawna, lekko napisana i wcale nie uważam, że autor traktuje z góry Japończyków. Wręcz przeciwnie – bardziej pisze z dużym dystansem o sobie jako łosiu w krainie kwitnącej wiśni. I wcale nie jest o podrywaniu japońskich lasek. Owszem są wątki damsko-męskie, ale książka to wspomnienia autora więc jeżeli mu się przydarzyły to dlaczego miałby je pomijać? I wcale nie są dominujące w książce. Szkoda że ta recenzja zniechęca do świetnej książki.
      A dla porównania jak chcecie sobie przeczytać jak ktoś naprawdę jedzie po Japończykach to polecam reportaże „W Azji” Terzaniego. Autor nie zostawia suchej nitki na tym narodzie.

  2. Odczuwam recenzję, a właściwie bardziej zawarte w niej cytaty, jako przygnębiające. Mam jednak nadzieje, ze znajda się i lepsze książki.

  3. Osobiście czytałem książkę i mi się podobała ale to nie o tym. Zastanawia mnie tylko jedno czy przypadkiem w czasach kiedy On był w Japonii to mógł się spotkać z pewnym odrzuceniem/dystansem ze strony japonczyków ( może to tylko moja nadinerpretacja) w szczególności w pubach. Wydaje mk się jakbyś nie uwzględniła okresu w jakim on był w kraju kwitnącej wiśni. Proszę odnieś się do tego jakoś.

    • Karolina

      Podejrzewam, że mogło to mieć jak najbardziej wpływ. Pewnie inaczej odebrałabym wymowę książki, gdybym przeczytała ją kilka(naście) lat temu. Domyślam się też, że w latach 80./90. bycie cudzoziemcem w Japonii było czymś innym niż teraz. Ja też w Japonii czułam się często obco, ale unikałabym takich generalizacji, które często popełnił pan Bruczkowski. Rozumiem, że jest to zapis jego doświadczeń i przemyśleń, ma do tego prawo, lecz mnie nie zachęciłyby do wyjazdu do Japonii ani nawet nie nauczyły wiele. Ale recenzja to tylko moja prywatna opinia 🙂

  4. Klaudynal

    A ja miałam zamiar to przeczytać… chwilowo próbuje przebrnąć przez dzienniki japońskie gdzie również doprowadza mnie do szału to że autor narzeka bez przerwy na to że ma mało pieniędzy. Owszem nie każdego stać na pięciogwiazdkowy hotel ale nie musi podkreślać tego na każdej stronie.
    Przynajmniej tam nie ma takich tekstów jak tutaj. Skutecznie mnie odwiodlas od tej książki.

  5. Bardzo podobnie odebrałam tę książkę, końcówka mnie w ogóle przygnebiła. Podejrzewam, że po latach mieszkania w Anglii mogę sobie wyobrazić takiego Buczkowskiego na angielskich ulicach, z wyższością spoglądającego na Anglików, nie do końca ich rozumiejącego, a udającego znawcę. Szyderstwo i głupie żarciki są na porządku dziennym.
    Książkę przeczytałam przed wyjazdem do Japonii i się przestraszyłam, na szczęście zastane realia były zdecydowanie inne.
    Pozdrawiam serdecznie

  6. To właściwie była pierwsza gajdzińska książka o Japonii, jaką czytałam, i mam do niej wielki sentyment. Po kilkunastu innych książkach, studiach powiązanych z Japonią i dwóch tamże pobytach patrzę na rzecz troszku inaczej, ale 12 lat temu byłam do szczętu zachwycona. Co ciekawe, nie odebrałam „Bezsenności” jako powieści szowinistycznej, pijackie eskapady nie raziły, a poczucie humoru Autora mi się podobało i wiele razy serdecznie się uśmiałam (mój ulubiony fragment to ten, gdy Sean podczas jazdy na lotnisko próbuje odcyfrować kanji – „taka szczoteczka do zębów jadąca na koniu”, cudo). Inna rzecz, że to książka, która opowiada o doświadczeniach z lat 90-tych, a od tego czasu wiele wody upłynęło i wiele rzeczy się zmieniło.
    Skądinąd, Bruczkowski ma taką tendencję w większości książek, że początek jest świetny, ale zakończenie takie „zdechnięte”, jakby nagle zabrakło pary i pomysłu. Najbardziej to widać chyba w „Radiu Yokohama”.

  7. A ja uważam, że ta książka wcale nie jest o Japonii, tylko o przygodach cudzoziemca w obcym kraju, pisana w formie jakby wspomnień czy pamiętnika. Japonia to tylko kraj w tle. Równie dobrze mogłoby to być inne państwo. Jeśli chodzi o poczucie humoru autora to już kwestia indywidualna każdego czytającego tę pozycję. Dlatego nie powinno się oceniać „Bezsenności. ..” w kategoriach książek o Japonii.

  8. Zacznijmy od jednej bardzo ważnej kwestii – Bruczkowski przebywał w Japonii mniej więcej w latach 86-96. Czyli okresie od 30 do 20 lat temu. To ogrom czasu nawet jak na dość konserwatywną Japonię i wiele rzeczy od tego czasu uległo przynajmniej częściowej zmianie.

    Po drugie mam wrażenie że oburzenie autorki wynika z zupełnie innego profilu osobowości. Bruczkowski był wtedy zupełnie normalnym młodym chłopakiem który chcąc się wyrwać do świata zawędrował akurat do Japonii. Opisywał wszystkie swoje przeżycia z punktu widzenia osoby dla której wiele meandrów tej kultury to coś zupełnie nowego. Autorka bloga to z kolei osoba zafascynowana Japonią od bardzo dawna która przeczytała ogrom książek na ten temat i pokochała ten kraj zanim do niego wyjechała mając już na wstępie różowe okulary. To bardzo duża różnica w podejściu i tego czego na miejscu szukamy. Widziałem to chociażby po swojej przygodzie na rocznych studiach w Japonii – osoby które były na Japonistyce czy te które od dziecka się tym krajem fascynowały szukały tam nieco innych wrażeń niż reszta z nas dla których była to po prostu studencka przygoda, która równie dobrze mogła nam się trafić w Korei, Argentynie czy innym egzotycznym z punktu widzenia Europejczyka kraju. Autor „Bezsenności” nie był więc pełnym wiedzy i poszanowania dla obcej kultury badaczem a po prostu młodym facetem z dystansem do otaczającej go rzeczywistości który rzucił się w wir przygód.

    Imho problem z Bruczkowskim tkwi nie tyle w jego książkach co w specyficznym polskim fandomie Japonii. Z jednej strony mamy „nastki” które ograniczają się do mangi, anime, Bruczkowskiego i sporadycznie Murakamiego i stąd czerpią całą swoją wiedzę. Z drugiej mamy prawdziwych fascynatów/studentów którzy zachowują się jakby w tym temacie połknęli kij od szczotki i wszystko co nie jest naukowym opracowaniem krytykują za spłycanie tematu czy zakłamania nie widząc, że to popkultura i rządzi się swoimi prawami. Jakoś nie widzę studentów kryminalistyki obrzucających błotem na każdym kroku CSI czy studentów medycyny mówiących że „House jest do dupy”.

    Oburzenia na żarty autora nie rozumiem. Oczywiście nie każdemu się one muszą podobać ale prawda jest taka że faceci między sobą komentują tak kobiety czy żartują niewybrednie na ich temat. Podobnie jak na wiele innych. Skoro autor jako dwudziestokilkuletni chłopak dużo imprezował i miał szalone przygody (a nie oszukujmy się w tym wieku zwykle oscylują one wokół alkoholu) to nie wiem czemu miałby kłamać tylko po to żeby „broń boże nie urazić czyiś uczuć”.

  9. Czy to zapis historii prawdziwej czy wyobraźnia pisarza? Zaciekawiła mnie ta książka jako samo zjawisko, lubię niestandardowe formy pisania:)

  10. Czytałam tą książkę, ale bardzo dawno, chyba jakieś 8 lat temu? Wtedy mi się nawet podobała, ale jak teraz czytam Twoją recenzję to faktycznie głowny bohater często zachowywał się dość buracko. O ile dobrze pamiętam, to nadal mam gdzieś tą książkę. Przeczytam ją więc znów, po moich 6 razach w Japonii o zobaczę, jak ją odbiorę 🙂

  11. Strasznie mnie razi kiedy podróżnik ocenia i patrzy „z góry” na opisywane przez siebie miejsca i ludzi. Moim zdaniem podróżowanie ma na celu poznawanie innych kultur, a nie da się tego w pełni zrobić nie szanując ludzi, którzy według tej kultury żyją. Książki nie czytałam, ale zniechęciłam się i pewnie raczej nie przeczytam.

    • Jeśli każdy zniechęcał by się po przeczytaniu recenzji ksiażki czy płyty… Gdzie tu wolna wola, gdzie gust. Na starcie budujesz mur argumentów na nie.
      To złe podejscie. Przeczytaj, oceniaj.

  12. Ktoś mi kiedyś polecił tę książkę jako absolutne „must-read”. Otworzyłem w kilku miejscach, przeczytałem kilka większych akapitów i odłożyłem na półkę. Pozycja nie jest mega tragiczna, ale skierowana raczej dla ludzi wyjeżdżających raz w roku na wakacje, którzy świat znają głównie z TV, FB, piątkowych najebek czy pudelka. Japonia jest dla nich krajem dziwaków, zboczeńców i gier. Dla takich osób będzie to miły dodatek do list TOP10 tripadvisora i „polecanej ścieżki zwiedzania” Lonely Planet. Nie ma sensu kłócić się czy zmieniać ich obrazu świata, lepiej przejść obojętnie. Pieski szczekają, karawana jedzie dalej.

    • boże co za bzdura. To może napiszesz co czytają wielcy podróżnicy eksplorerzy? Może powinieneś się podpisywać Tony Halik?

  13. Spotkałem się z wieloma nieprzychylnymi recenzjami tej książki. Nie do końca się z nimi zgadzam, ale może to być spowodowane faktem, że jej nie przeczytałem. Przesłuchałem audiobooka – czytając tę recenzję, stwierdzam, że mogła to być naprawdę dobra decyzja. Zazwyczaj czytam książki – zarówno w formie elektronicznej, na czytniku, jak i w formie papierowej – jednak tej książki słuchałem. I chyba do tego nadaje się najlepiej. Wstawki autora na papierze wyglądałyby źle, a w słuchawkach i czytane przez dobrego lektora, sprawiały wrażenie, że całość jest bardzo naturalna i bliska czytelnika.

  14. Całkowicie się nie zgadzam z recenzją. Twoje podejście wynika z różnicy charakterów. Jak sama o sobie napisałaś, jesteś weganką, a więc osobą która wszystko wie najlepiej i zna jedyny właściwy sposób na życie. Cóż… niektórzy mają inny, a przy okazji nikomu go nie narzucają, nie wciskają i nie uznają za gorszy. On po prostu miał luzackie podejście, bynajmniej nie uważał się za lepszego, młody człowiek lubi się buntować a Japonia z jej formalizmem jest do tego stworzona.
    Nie wiem czy czytałaś lub inni Twoi czytelnicy znają, ale chciałbym polecić książkę Jolanty Tubielewicz „Japonia zmienna czy niezmienna”, myślę że bardziej trafi w Twój gust.
    Pozdrawiam

    • Karolina

      Naprawdę myślisz, że weganizm oznacza, że „znam jedyny właściwy sposób na życie”? Chyba mnie nie znasz, jeśli tak myślisz 🙂 To mój wybór, co jem i nie mam nic do tego, że inni jedzą mięso, wyznają inną religię czy mają inne poglądy polityczne niż ja. Więc nie wkładaj mi proszę słów w usta, bo bardzo się mylisz.
      Fajnie, że autor miał „luzackie podejście”, ale i tak książka Bruczkowskiego mnie nie przekonała, zwłaszcza jako źródło wiedzy o Japonii – a tak jest często promowana. Zresztą sam autor zgodził się z tym, że nie powinna ona tak być traktowana i że jest to raczej beletrystyka niż „książka o Japonii”, za co ma u mnie duży plus.
      Nie czytałam książki Tubielewicz; z chęcią kiedyś do niej zajrzę.
      Pozdrawiam.

  15. zastanawiam się, czy u bruczkowskiego to nie był taki mechanizm obrony. ten ciężki dowcip i lekki rasizm (lekki, bo jednak z sympatią się wypowiadał, jeśli dobrze pamiętam – a czytalam tę książkę dawno, bo z 8 lat temu). ale fakt, już wtedy mi się średnio spodobała ta książka. jestem ciekawa jak bruczkowski się dzisiaj do niej odnosi, pewnie trochę dojrzał 😉

    czytałam i bator, i bruczkowskiego i milewskiego i terzianiego (wszystko dawno, muszę sobie chyba odświeżyć), ostatnio spodobała mi się bardzo sushi i cała reszta m. bootha – bardzo na plus, za lekki ale nie prostacki styl i ogromny szacunek do japończyków i japońskiej kuchni.
    coś konkretnego poleciłabyś przed wyjazdem do japonii?

    • Karolina

      Szczerze mówiąc, to trudno mi polecać coś konkretnego, bo jestem w tej materii dość wymagająca. Trafiają do mnie rozdziały Terzaniego o Japonii w „W Azji”, ale według mnie najlepszym sposobem na poznanie kraju jest literatura piękna. Przyznam szczerze, że często pytana jestem o książki na temat Japonii, ale trudno mi coś polecić z całego serca, bo większość pozycji w Polsce żeruje na egzotyzacji Japonii – lolitki, manga, karaoke plus samuraje i gejsze 🙁

      Co do Bruczkowskiego – miałam okazję z nim rozmawiać kilka miesięcy po tej recenzji i przyznał mi w wielu kwestiach rację – przyznał przy okazji, że traktuje ją jako beletrystykę, a nie książkę non-fiction o Japonii.

      • uf, chociaż tyle 😉

        no dobra, to bez egzotyzowania. nie wiem wiele na temat japońskiej literatury. murakami i co dalej? pretty please 🙂

        • Karolina

          Polecam twórczość Dazai Osamu i Mishima Yukio (powojenne depresyjne klimaty), Yasunari Kawabata i Jun’ichiro Tanizaki (ostatnio Karakter wydał jego „Pochwałę cienia”). Uwielbiam też twórczość kobiet: Banana Yoshimoto (na początek najlepsza „Kuchnia”), Yoko Ogawa, Hiromi Kawakami (też kilka pozycji wydał Karakter). Jako pierwszą książkę po Murakamim polecam jednak „Kobietę z wydm” Kobo Abe. Jest w czym wybierać! Możesz zajrzeć na moje konto na Goodreads, większość pozycji z 4*+ jest super: https://www.goodreads.com/review/list/1797987?shelf=japan&sort=rating 🙂 W razie pytań albo konkretnych rekomendacji (co cię bardziej interesuje, czego w książkach nie lubisz, itp) wal śmiało!

  16. Osz kurza morda, w pysk! A ja ją właśnie zamówiłam. Jednak po tej recenzji stwierdzam, że mój czas jest zbyt cenny i nie będę go marnować na takie lektury. „Japoński wachlarz” mam już za sobą plus cztery książki Murakamiego, więc ja też chętnie skorzystam z Twoich rekomendacji literatury pięknej. Dziękuję 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *