Urywki z Sydney – tęsknota za Australią

Z Australii wróciłam pod koniec listopada, pełna pomysłów na kolejne podróże i to, co zrobić ze sobą po powrocie do Polski. W Sydney miałam spędzić kilka dni, a skończyło się na ponad tygodniu. Po prostu nie mogłam się z tym miastem rozstać.

Do Sydney przyjechałam prosto z przepięknych Błękitnych Gór. Zmęczona, lekko niewyspana, ale szczęśliwa, skierowałam się prosto do kultowej dzielnicy Newtown. I od razu poczułam się, jakbym wylądowała w londyńskim Camden Town. Tylko cichszym i o kilkanaście stopni cieplejszym. Powitałam się z miastem w iście królewskim stylu, zajadając się wegańskim malinowym pączkiem i lodami. Później wylądowałam w malutkiej księgarni, z której wyszłam z naręczem książek. Już wiedziałam, że będę tu wracać. Tak też zresztą się stało – po kilku dniach w airbnb w okolicach plaży Bondi, znalazłam sobie pokój w hotelu w sercu Newtown. Do tej pory tęsknię za tymi wszystkimi sklepikami, kawiarenkami, księgarniami i knajpkami z wegańskim jedzeniem (o którym pisałam sporo w poście „Weganizm w podróży: Australia”).

Fasada budynków w Newtown w Sydney Piękne budynki na Enmore Rd w Newtown, Sydney

Zachwycił mnie tutejszy street art, rozgadani ludzie, którzy, nawet bez pytania, polecali mi knajpki i fajne miejsca do spacerów. Miejscami było brudno, może trochę swojsko, ale brakowało mi takiej nierozgarniętej miejskiej atmosfery po tygodniu road tripa, podczas którego podziwiałam głównie przyrodę albo małe urocze miasteczka po drodze, takie jak Yamba. W Newtown nie było problemu ze zdobyciem pysznej kawy, znalazłam nawet nowoczesną herbaciarnię, kilka antykwariatów, wegańską pizzerię i kilka fantastycznych butików z ubraniami australijskich marek. Od rana chłonęłam atmosferę Newtown, przesiadywałam w kawiarenkach, popijając dobrą kawę. A kiedy nudził mi się już ten alternatywny świat, jechałam do centrum.

Spacerowałam po krętych uliczkach, wpatrywałam się w dopracowane w każdym szczególe wiktoriańskie kamienice. Słońce paliło, a kilka minut później niebo się rozdzierało z hukiem i mokłam w deszczu. Nie miałam ochoty na robienie zdjęć, wspomnienia z tych spacerów pozostaną we mnie. Zamiast aparatu, w ręce dzierżyłam kolejne porcje lodów z Gelateria Messina i nie przejmowałam się tym, że z Australii wróciłam cięższa. Ale jaka szczęśliwa! Kokosowo-pandanowe lody z Sydney pamiętam do dziś.

Udało mi się tutaj odpocząć. Od blogowania, od namiętnego robienia zdjęć wszystkiemu, co widzę. Dlatego zwlekałam z tym postem. „Co ja Wam mogę w ogóle pokazać?” – myślałam. Tak jakby podróż bez dokumentowania wszystkiego traciła sens. Zostają słowa, tak jak w przypadku świętej koreańskiej góry Paektu-san.

Panorama Sydney widziana z promu do Manly Piękna panorama Sydney widziana z promu do Manly

Panorama Sydney ze słynnym Opera House

Najlepsze wspomnienie z Sydney? Koncert Florence and the Machine. Bilety udało mi się kupić na aukcji internetowej dwa dni przed koncertem z pomocą właścicielki mieszkania airbnb. Dwie godziny przed koncertem z nieba dobył się ryk i okolicę słynnego gmachu opery utonęły w strugach deszczu. Oniemiałam. To było tak fantastycznie oczyszczające przeżycie! Wszelki stres spłynął ze mnie razem z tym deszczem. Patrzyłam na gmach opery, na zatokę, na złowieszczy ocean. A kilka godzin później zdzierałam sobie gardło, śpiewając razem z Florence Welch, która nie przejmowała się mokrą sceną i jej okolicą i wybiegała boso do publiczności.

Circular Quay wieczorem przed ulewą Oberwanie chmury w okolicach Sydney Opera House

Jeden dzień spędziłam na plaży w Manly. Innym razem wybrałam się na spacer wzdłuż wybrzeża do Bondi. Objadłam lodami, boskimi wegańskimi ciachami i innymi pysznościami. Przeczytam kilka książek. Zatęskniłam za miastem, zanim z niego wyjechałam.

Plaża w Bondi w Sydney Bondi Beach w Sydney

Minęło kilka miesięcy, a ja z niecierpliwością obserwuję promocje lotnicze do Sydney. Kiedyś tam jeszcze wrócę. Oby niedługo.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Komentarze

  1. Ja również tęsknię z aSydney. Po dwóch tygodniach codziennych spacerów coraz to nowymi trasami, napawając się otwartością ludzi, słońcem, wodą, roślinnością i wspaniałymi smakami, nie miałam ochoty wyjeżdżać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *