Sziraz (شیراز) – sen o perskim winie

Iran powitał mnie z otwartymi ramionami. Uśmiechem i litrami gorącej herbaty. Gdy o piątej rano czekałam na lotnisku na wizę, urzędnik przepraszał mnie za to kilkukrotnie, podsuwając co chwilę ciasteczka. Godzinę później, wykończona podróżą i nieprzespaną nocą, leżałam już na dywanie w przyhostelowej kawiarni i jadłam leniwe śniadanie.

Nie miałam szczególnego planu zwiedzania. Zresztą nie lubię „zwiedzać”. Staram się zatrzeć granice między mną a otoczeniem. Albo raczej się łudzę, bo wiem, że widać mnie z daleka – wysoką blondynkę w ciuchach, które uszłyby za konserwatywne w Europie, ale już niekoniecznie w Iranie.

Sziraz to miasto poetów. Gdy pod koniec podróży po Iranie wspominałam o wizycie w Szirazie, wszyscy, niemalże chórem, wzdychali.

Wzdychali, bo sami nie potrafią być tacy, za jakich uznają mieszkańców Szirazu. Nie potrafią wyluzować, dać się ponieść emocjom, być otwartym. I uśmiechać się szczerze, wręcz do bólu.

Nie wyobrażam sobie lepszego miejsca na pierwsze spotkanie z Iranem. Na konfrontację ze stereotypami, z zalegającym gdzieś głęboko we mnie strachem. Wątpliwościami czy to był dobry pomysł. Na to wszystko po kilku dniach reagowałam histerycznym śmiechem. Pomagali mi w tym właśnie mieszkańcy Szirazu.

Okolice Bazaru w Szirazie

Po kilku dniach miałam zakwasy. W mięśniach twarzy. Ciągnęło mnie w dziwnych miejscach, gdy zajadałam się kilogramami sałatki a la Sziraz z pokrojonych w malutką kosteczkę pomidorów, ogórków i cebuli.

Uśmiechały się do mnie małe dziewczynki i babcie w czadorach, nastolatkowie i starsi sprzedawcy z Bazaru. Po pobycie w Korei Północnej, gdzie uśmiechy w moją stronę przez dwa miesiące mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, byłam w szoku.

No bo czy to nie jest jakaś perfidna ustawka? Czego oni ode mnie chcą? – pytałam siebie, mieliłam te wątpliwości, naiwna, wystraszona, zmęczona.

Pierwszego dnia po lunchu w tradycyjnej restauracji usnęłam na dywanie i nikt mnie nie zbudził. Gdy ocknęłam się, bo czubek mojej głowy zaczęło przypiekać słońce, w kącie stała szklanka wody. Nie prosiłam o nią. Nikt mnie nie budził, nie krzyczał, nie bulwersował się. Piłam łapczywie jeszcze zimną wodę, kiedy zjawiła się kelnerka.

Dywany w tradycyjnej restauracji w Szirazie

– Wszystko w porządku? – spytała, uśmiechając się prawie niewidocznie, ale nie dało się zignorować iskierek w jej oczach.
– Tak, tak – zaśmiałam się, a jej twarz rozświetlił uśmiech od ucha do ucha.

Zabytki w Szirazie zmyły się trochę w jedno. Na początku dotykałam ścian, wkładałam nos w kwiaty i jadłam gorący chleb samgak, parząc sobie palce. Smakowałam Iran jak dziecko.

Wszystko, co zobaczyłam, wyszło trochę przypadkiem. Niby miałam ze sobą przewodnik, ale przekartkowałam go tylko raz czy dwa, kiedy nie wiedziałam, gdzie jestem. Poza tym, zdawałam się na moje nogi, zapach smażonych falafeli i szelest czadorów o kamienne ściany.

To zabawne, ale bałam się wizyty na bazarze po męczących zakupach w soukach w Marrakeszu dwa lata wcześniej. Bałam się wciągania na siłę do sklepów, krzyków, brudu, syfu, kurzu, darcia się ptaków, smrodu skóry, potykania się o kości.

Z palcami poparzonymi od chleba, z okruchami na hidżabie, weszłam, całkowicie losowo na teren świątyni Alego ibn Hamzego… i pożałowałam, że nigdy nie potraktowano mnie tak w którymś ze świętych miejsc dla chrześcijaństwa.

Mówiący perfekcyjnie po angielsku pan zaprosił mnie do środka, oprowadził po różnych pomieszczeniach. Wytłumaczył, co jest napisane na ścianach, pokazał Koran, pozwolił wejść do ozdobionego tysiącami luster świętego pomieszczenia. Odpowiedział przy tym na szereg moich (pewnie naiwnych) pytań. Nie próbował mnie nawracać, w ogóle nie zapytał się o to, czy w coś wierzę czy nie. To było po prostu nieistotne. Zaprosił mnie na herbatkę do swojego biura i życzył miłego pobytu w swoim kraju.

Dziedziniec świątyni Alego ibn Hamzego w Szirazie

“Welcome to my country!” – usłyszałam setki razy. Od piekarzy, wypiekających niestrudzenie tradycyjny chleb samgak, którzy byli zachwyceni tym, że jem go, kiedy jeszcze parzy palce i mlaskam z zadowoleniem. Od przypadkowych osób, które przystawały na chwilę, żeby zapytać się, jak mi się w ich kraju podoba. Od taksówkarza, od pani w okienku z biletami, od pana sprzedającego najlepsze pistacje pod słońcem.

Piekarz w tradycyjnej piekarni w Szirazie Tradycyjny irański chleb samgak

W ogrodach przy mauzoleum słynnego poety Hafeza przypatrywałam się w palącym słońcu irańskim kontrastom. Kobiety w czadorach robiące sobie zdjęcia przy grobie poety, który pisał nie tylko o Koranie, ale także o namiętności, o winie i o pięknych kobiecych włosach. Tuż obok – dziewczyny z lekko narzuconym szalem i mocnym makijażem, robiące sobie selfies. Dziewczynki w białych hidżabach, które otoczyły mnie wianuszkiem i uśmiechami, które rozświetliłyby każdy mrok. “Hello!”, krzyczały, śmiały się w niebogłosy, a ja razem z nimi.

Irańskie dziewczęta w mundurku i autorka bloga Grobowiec Hafeza w Szirazie

W kraju, w którym zakazano alkoholu, ludzie robią sobie zdjęcia przy największym miłośniku wina, jaki widział ten kawałek świata. Kupują tomiki, wzdychają (i piją to wino, kiedy ajatollahowie nie patrzą).

Po co słuchać, jak derwisze
Pustą huczą mową,
Aby cię zabrali
W niewolę duchową?
Ja niech raczej słyszę
Słowika, z zielonej
Co róże ambony
Po swojemu chwali;
Co wiośnie, miłości
W zachwycie pieśń śpiewa.
Niebiosa – meczetem,
Wiernymi mu – drzewa.

Magiczny poranek spędziłam w meczecie Nasir ol Molk (jest w meczetach coś, co sprawia, że mogę tam przesiadywać bez końca, patrzeć na arabskie zawijasy, na mądre słowa pociągnięte złotym bluszczem na ścianach). Znany jest on jako „Różowy Meczet”, ale dla mnie pozostanie na zawsze Tęczowym Mecztem. Wizytę z samego rana obiecałam napotkanemu dziadkowi w Persepolis (jeszcze Wam o nim opowiem).

Zapłaciłam grzecznie za bilet, z dziesięć razy więcej niż Irańczyk i weszłam do środka.

Usiadłam w chmurze kolorów, patrzyłam na przepych z dynastii Kadżarów. Położyłam się w pewnym momencie na podłodze i spędziłam tam większość poranka. Kiedy wyszłam z meczetu, wyciągnęłam z plecaka torbę daktyli i wybrałam się na spacer w stronę centrum.

I wtedy zaczepił mnie cichym głosem starszy pan. A ja słuchałam, z dłońmi lepiącymi się od daktyli, z toną cukru i szczęścia we krwi.

– Skąd jesteś? – zapytał.

– Z Polski. – odpowiedziałam, nieco automatycznie. Odpowiadałam na podobne pytanie kilkadziesiąt razy dziennie.

– Ach! – z radości aż przyklasnął – Polacy to tacy dobrzy ludzie!

Dobrzy ludzie. To było dla niego najważniejsze. Ze wszystkich przymiotników, którymi mógł określić ludzi, wybrał po prostu „dobro”.

– 40 lat temu miałem dziewczynę z Polski – zaśmiał się do siebie – Studiowałem inżynierię w Nowym Jorku i byłem taki młody. Ona chciała brać ślub, ale ja nie mogłem zrozumieć po co. Ślub? W takim wieku? Dla niej to było ważne. Była wierząca, a ja w ogóle nie zastanawiałem się nad takimi rzeczami. – zaczął swoją opowieść, poprawiając nerwowo co chwilę okulary przeciwsłoneczne na nosie

– To były piękne dwa lata. Wiesz co? Ani razu się nie pokłóciliśmy. Nigdy. O nic, przysięgam! I… – zawahał się, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczeliśmy razem przez dłuższą chwilę.

– I wyjechała. Wróciła do Polski, do rodziców. To było 40 lat temu, jeszcze za czasów szacha. Od tamtego czasu nie mam od niej znaku życia. Mam teraz żonę, jestem szczęśliwy. Ale nigdy jej nie zapomnę.

Jeden z mieszkańców Szirazu, który opowiedział mi swoją historię

Porozmawialiśmy chwilę o Polsce. Słyszał o Lechu Wałęsie, dopytywał się o stan polskiej gospodarki po przemianach. Pochwalił się także znajomością trzech zdań po polsku, które za nic w świecie nie chcą opuścić jego głowy, nawet po tylu latach.

– Na zdrowie!
– Pocałuj mnie!
– Kocham Cię!

Jego wymowa była idealna. Zaśmiał się, a ja razem z nim. Pośmialiśmy się chwilę z meandrów losu. Na pożegnanie kazał mi obiecać, że nie będę postrzegać Iranu poprzez pryzmat polityki, tak jak on 40 lat temu nie oceniał swojej ukochanej po systemie panującym w Polsce.

Wskazał przy okazji drogę do sklepiku z „najlepszym faloodeh w Iranie”. Kilkanaście minut później siedziałam na ławeczce przy twierdzy Karim Khana i zajadałam się słynnym irańskim deserem.

Faloodeh z syropem różanym - klasyczny irański deser

Wylizałam miseczkę do czysta, trochę różanego syropu polało się lepkim strumieniem po chodniku. Patrzyłam na rzekę cukru. Czułam bezlitosne słońce parzące mnie w odsłonięte dłonie.

I chwilę później utonęłam w morzu czarnych hidżabów i złotych serc. Dziewczyny ledwo co mówiły po angielsku, ale dogadałyśmy się bez problemu. Na migi, kilka słów po angielsku, kilka w Farsi. Uśmiechy, śmiechy, iskierki. W ruch poszły selfie sticks, aparaty, komórki. Pozowanie solo, w grupie, w parach. Ja w środku, z boku, na dole, u góry.

Uczennice liceum w mundurkach, spotkane w Szirazie

Skakałyśmy po lepiącym się od różanego syropu chodniku, zanosiłyśmy się histerycznym śmiechem. Gdy zdjęłam okulary przeciwsłoneczne, usłyszałam tylko „och!”. W Iranie po raz pierwszy od dawna poczułam się piękna. Inna, tak, ale piękna. W Japonii czułam się dziwolągiem, grubą poczwarą. Nie w Iranie. Nie w Szirazie.

Spędziłam godziny w hipsterskiej kawiarni, na rozmowach o wszystkim i niczym. Na bazarze, kupując przyprawy, których pewnie nigdy nie użyję. Z nadzieją, że przeniosę do swojego świata choćby ułamek zapachów, którymi powitał mnie Sziraz.

Wnętrz hipsterskiej knajpki w Szirazie

Bywało głośno, bywało gorąco, bywało duszno. Ale cholera, tęsknię za tym wyimaginowanym winem, za bezinteresownym uśmiechem i za słońcem, które smażyło wszystkich bez litości.

Kot na tle zachodzącego słońca w Szirazie

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (19)

  1. jeeeej, aż mam ochotę pojechać do Iranu 🙂 szczególnie po obejrzeniu Homelanda 😉

  2. Bardzo fajny tekst i przepiękne zdjęcia! Czekam na więcej 🙂

  3. Przeskoczyłam z tekstu o Iranie, do tekstu o Marrakeszu…ech gdybym go przeczytała parę tygodni wcześniej, może nie przeżyłabym podobnej przygody, może byłabym mądrzejsza, kto wie 😉 Na szczęście nie przepłaciłam aż tak za taxi, ale z pomocnymi panami miałam równie niewesoło, a potem jeszcze parę razy dałam się zrobić na szaro jak małe dziecko 😉 teraz już się z tego śmieję, ale wtedy czułam się parszywie rozgoryczona.

  4. Być może kierując się stereotypami, ten kraj nigdy nie znalazł się na mojej liście wypraw. Ale dzięki Tobie przekonuję się, że ma w sobie magię…

  5. Ach ten Iran, czytam już od nim od jakiegoś czasu na blogach, chyba po raz pierwszy Patrycja Borzęcka mnie nim tak mocno zanteresowała. Ale dopiero po tym wpisie i TYCH zdjęciach wiem, że też muszę tam dotrzeć – może w przyszlym roku się uda 🙂

  6. Fantastyczny reportaz , tak soczysty i pelen pozytywnych emocji .
    No i te cudowne fotografie !
    Super 🙂

  7. Rzeczywiście bardzo dobry tekst.

  8. Minęło już 3 lata gdy zainteresowałam się Iranem. Pogłębiałam wiadomości, zawierałam znajomości na Fb. Napotykałam obustronny brak zrozumienia. Dziwili się członkowie mojej rodziny, znajomi i przyjaciele, dziwili młodzi ludzie z Iranu. Padały informacje, i przeróżne propozycje. W zasadzie już miałam przygotowany program pobytu, i zwiedzania w towarzystwie 6 osób, i pech, moje uzgodnienia i starania wzięły w łeb, wobec niepewności, rezerwy, czy wręcz niechęci towarzystwa do wypadu. Zabrakło mi odwagi, jak czynię na popularnych kierunkach, bym wybrała się sama. Oferta biura podróży, które było mi znane, i cena, sprawiły, że zareagowałam natychmiast. Byłam! Na własne oczy przekonałam się jak tam jest, jacy są ludzie, warunki pracy, nauki, życia, komunikacja. Za zaszczyt poczytuje sobie pobyt w irańskim domu, w pokoju kobiet, przyjmowana śniadaniem, herbatą jaśminową, świeżo wypieczonym ciastem drożdżowym, o smaku, i w kształcie naszych pączków, owocami, orzechami, pestkami słonecznika. Problemy językowe usuwaly translatory, migi, papier i ołówek. Po poczęstunku wniesiono poduszki, kryte zlocista materią z fredzlami, dla każdej z pań, i razem ucielysmy sobie drzemkę. Minął już ponad rok, wspomnienia żywo powracają, kontakty są pielęgnowane. I niecierpliwa myśl podsuwa, pora jechać! Podczas wyprawy byłam też w Shiraz w czasie gdy tam świętowano Novoruz. Dzięki za miły tekst, który przywołał moje wspomnienia. Pozdrawiam.

  9. Byłem, widziałem, polecam…. Podpisuję się pod każdym słowem. Baga wazraka Auramazda hya imām bumim adā…

  10. Iran szokuje tym że obala wszystkie stereotypy. Jest niesamowity, cywilizowany, a jednocześnie emanuje swoją 2500 historią. A Irańczycy to zupełnie inna bajka… No i dziewczyny!

  11. Dawid, to brzmi jak bajka. Bardzo imponujesz mi swoimi zainteresowaniami, poznania świata, Jesteś młodym wolnym człowiekiem. To co teraz zwiedzisz będzie doświadczeniem Twego życia. Pamiętaj jednak o zagrożeniach, które czyhają na mało doświadczonych osobach. Ufam Dawid, że wszystko dobrze przemyślisz za nim cos postanowisz.. Ściskam Cię Bardzo serdecznie.Ciocia

  12. Zawsze płaczę, gdy czytam twoje wpisy o Iranie, kraju, w którym byłam wiele lat temu. Po prostu nie mogę opanować łez.

  13. Cieszę się i z Twoich wrażeń z pobytu i z tego krótkiego reportażu. W Polsce chyba ciągle pewne uprzedzenia wobec Iranu, np. dziś artykuł Dawida Warszawskiego w Gazecie Wyborczej po ostatnim pobycie Javada Zarifa w Warszawie. Mam Irańczyków w rodzinie, kilku spotkałam w pracy – jedni z najmilszych, najsympatyczniejszych, gościnnych i pomocnych ludzi (oczywiście stereotypy narodowe jak każde, ale póki co wszyscy Irańczycy jakich poznałam są super:)

  14. kosmonaucik

    Przepiękny tekst! Żałuję, że czytam go dopiero teraz, ale sesja nie dała czasu na nic dodatkowego. W ogóle wszystkie teksty związane z Twoją podróżą niezwykle przypadły mi do gustu i nie spodziewałam się, że ja,fanka wszystkie co japońskie, chińskie czy koreańskie zapragnie wybrać się do Iranu. Tutaj pytanie z mojej strony do Ciebie, czy sama zaplanowałaś całą podróż czy ktoś może Ci pomagał? I jeśli możesz mniej więcej oszacować, jak to wyszło cenowo?

    • Karolina

      Hej! Dzięki wielkie 🙂 Moje serce nadal bije najmocniej w Azji Wschodniej, ale Iran mnie po prostu oczarował. Podróż planowałam sama, jak zawsze. Trochę przewodnika, trochę google’a i coś tam wymyśliłam. Trudno jest mi niestety to oszacować, bo to zależy od wielu rzeczy: od lotu, standardu noclegu, sezonu, itp.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *