Teheran – na linii Północ-Południe

Gdzieś w sercu miasta przebiega niewidzialna granica. Linia między Północą a Południem. Wszystkie irańskie kontrasty wrzucone do jednego worka, przemieszane, podrasowane. Dwa światy, mimo że w jednym mieście.

To zabawne, jak wiele może zmienić w Twoim życiu miejsce zamieszkania. Konkretna dzielnica, ulica. Mieszkańcy Teheranu nie mówią nigdy o tym, że mieszkają w stolicy. Mało kogo to obchodzi, sama nazwa „Teheran” niewiele mówi. Moloch, jakich wiele na świecie. Jedno z najbardziej brudnych i zatłoczonych miast, jakie widziałam. Mieszkańcy Szirazu i Jazdu wzdrygali się na samą myśl o mieszkaniu w stolicy.

Mało kto doświadczył jednak północnego Teheranu. Wylądowałam tam na kilka dni trochę przypadkiem. I zaliczyłam szybką lekcję tego, jak wiele daje bogactwo.

Bogactwo. Pierwsze skojarzenie to pieniądze, wielki dom, luksusowy samochód. Egzotyczne wakacje, designerskie ciuchy. Prywatne szkoły. Strzeżone osiedla.

Jest w tym część prawdy.

Największym bogactwem jest jednak czyste powietrze. Dostęp do cienia, morze drzew. Woda! Przestrzeń, góry, na których można zawiesić oko. To wszystko mają mieszkańcy północnego Teheranu. Im bliżej gór z ośnieżonymi szczytami, tym bardziej, więcej. Wszystko staje się ładniejsze, czystsze, bogatsze.

Typowy mieszkaniec Północy nie zajdzie do Południowej części, choćby świat się walił. Popija rano kawę w jednej z kawiarni przy placu Tajrish, kupuje ubrania w jednym z bogatych centrów handlowych i ma w dupie to, że większość mieszkańców miasta, miasta, które „tak kocha”, tonie w smogu. Krztusi się, przebija przez brudną zupę. Chorują, mimo że nie stać ich na leczenie. Modlą się o wodę, o skrawek cienia – choćby malutki! – przyklejają się do brudnych ścian, z nadzieją, że te podzielą się z nimi cieniem.

Bogactwo wychodzi szerzej. Widać je nie tylko po ciuchach. Widać po jedzeniu, po tym, ile włosów wystaje spod hidżabu. Po kolorze samochodu, bo przeciętnego Irańczyka stać tylko na białe auto. Ci z Północy gardzą bielą, jej pospolitością. Płacą fortunę za czerń, na której widać każdy pyłek, na której osadza się brud i widać każdą rysę. Ale oni nie musza się o to martwić. Na Północy jest czysto, a wielkich willi pilnują uzbrojeni po zęby ochroniarze.

Jeden z luksusowych apartamentowców w północnym Teheranie Jedna z wielu luksusowych willi w północnym Teheranie

Północ. Chwilowa ulga, kilka dni spokoju, ale mimo to, poczucie jakby smakowało się świat przez szybę. W dużej mierze tak było. Para, u której się zatrzymałam, patrzyła na świat przez okno w swoim salonie. Spoglądali na góry z piętnastego piętra, wzdychali. Nie przyszło im jednak do głowy, żeby kiedyś w te góry pojechać. Nie mieli na to czasu…. ani ochoty.

Otoczyli mnie ciepłem, rozpieszczali, karmili wegańskim jedzeniem. Tęsknili za ludzkim kontaktem. Spotykali się niby wieczorami ze swoimi przyjaciółmi. Martwili się tym, że musieli zaparkować auto kilkadziesiąt metrów od wejścia, zamiast pod samą bramą. Byli na diecie (!), której mieszkaniec Południa nie potrzebuje, bo nadmiar jedzenia jest dla niego czystą mrzonką. Kiedy mieszkańcy Północy przesiadują w restauracjach typu „fast food”, oblizując palce po imitacji kurczakowych nuggetsów, na Południu jedzą ryż, warzywa i małe kawałki grillowanej jagnięciny.

Luksusowe centrum handlowe w północnym Teheranie

Zdałam sobie sprawę, że takie podziały istnieją wszędzie. W Polsce też. Że bogactwo to coś więcej niż korzyści materialne. To fakt, że nie chorujesz, mimo że stać cię na leczenie (i to pewnie prywatne). Że masz luksus wolnego czasu. Że stoisz dwadzieścia minut w korku, zamiast cisnąć się jak sardynka w podmiejskim autobusie kilka godzin. Że sam decydujesz o tym, co robisz ze swoim życiem. Uczysz się. Większość młodych ludzi na świecie nie ma na to szansy. Bogactwo to możliwość przycupnięcia na trawie w lesie i odetchnięcia świeżym powietrzem.

Rzeczka z czystą wodą w północnej części Teheranu

Wkurza mnie to, że nie jest to „normą”, lecz „luksusem”. Że w Teheranie mieszkańcy Północy wzdrygają się na myśl o Południu. Straszą, odradzają – nie idź tam, broń Boże! Tłumaczą, radzą, grożą. Wszystko tylko nie Południe!

Zostań tutaj z nami, popatrz na nasze czarne samochody, na wózki, w których wozimy dzieci, kto by je nosił na plecach. Na imitacje europejskich marek, na importowane marki. Poczuj nasze perfumy, unoszące się w chmurach, zza których miga raz na jakiś czas samotny szczyt Damavand. Chodź z nami do kawiarenki na fajkę wodną, opowiemy Ci o życiu, którego oficjalnie tu nie ma. O imprezach, o alkoholu, o życiu, które nie różni się niczym od tego w Europie. Może spróbujesz kawy, za którą zapłacisz tak dużo, że mieszkaniec Południa musiałby zbierać na nią kilka tygodni. Słabą, bo nie o jakość tu chodzi, tylko o to, żeby się pokazać.

Chodź z nami na spacer, powdychajmy świeże powietrze, schowajmy się w cieniu, wypijmy bezalkoholowe piwo i udajmy, że jednak ma w sobie te kilka procent!

Kawiarnia w Iranian Artists Forum w centralnym Teheranie - oaza w zatłoczonym i brudnym mieście

Kawiarnia w Iranian Artists Forum w centralnym Teheranie – oaza w zatłoczonym i brudnym mieście

Kusi. Kusi jak cholera, żeby się w tym zatopić. Smakuje tak dobrze i nie można przestać. Góry wyglądają tak pięknie z wysokiego apartamentowca. Aż człowiek chwilami wierzy, że lepiej świat podziwiać z góry, z daleka.

Nie jestem jednak panem Bogiem. Nie chcę mieć monopolu na szczęście. Nie umiem wyleczyć swojego idealizmu. Chrzanię tą windę, odpicowane lobby i pana w przyciasnym garniturze, który coś za mną krzyczy.

Biegnę zobaczyć Teheran bez tapety na twarzy.

I chyba mi się udaje. Spotykam na swojej drodze kilka osób, które uświadamiają mi, że Irańczycy i Polacy mają ze sobą wiele wspólnego.

Bardzo ważną rzecz uświadamia mi Sogand, Amerykanka irańskiego pochodzenia, która postanowiła przeprowadzić się do kraju swoich rodziców. Rozmawiamy w mega hipsterskiej kawiarnii o feminizmie, o rodzącej się turystyce i dochodzimy do kwestii religii.

Portret Sogand, jednej z Iranek, które spotkałam w Teheranie

Sogand – jedna z najbardziej inspirujących osób, które spotkałam podczas swojej podróży

Autorka bloga i Sogand, Amerykanka irańskiego pochodzenia, którą spotkałam w Teheranie

Tak bardzo boimy się islamu, złorzeczymy na niego, „to oni, to nie my” – powtarzamy. Nie uczą nas w szkołach o tym, czym się różnią szyici od sunnitów, na czym polega islam.

  • Wiesz co? – Sogand dostaje olśnienia – w Stanach chodziłam do katolickiej szkoły. Jestem muzułmanką, ale niezwykle dobrze się tam odnajdowałam.

I wybucha śmiechem. Ona tłumaczy mi podstawy szyickiego islamu,    a ja porównuję to z katolicką interpretacją chrześcijaństwa:

    Katolicy mają świętych, szyici imamów.
    12 apostołów/12 imamów
    Pielgrzymki do świętych miejsc
    Mekka/Watykan
    Hierarchia kapłanów/organizacji wiary
    Interpretacja Biblii/Koranu nie tylko ze wględu na treść, ale także tradycję
    Święta Rodzina (u Szyitów są to krewni Mohameta)
    Postać Zbawiciela (Jezus/Husajn), który ma wrócić na Ziemię i ocalić ludzkość
    Wiara w „wolną wolę”
    Święta religijne – w tym przeżywanie śmierci Proroka (u nas Wielkanoc, u nich Ashoura)
    Męczennicy
    Kult maryjny / Fatima al-Zahra (córka Mahometa)

Tak, są też różnice. Poruszałam jednak ten wątek z różnymi osobami w Teheranie i każdy stwierdzał to samo „co to za różnica? Jak zwał, tak zwał. My nazywamy Go Allahem, dla Was jest on Jahwe”.

Pobyt w Teheranie to głównie rozmowy. Z Sogand, z ludźmi, u których się zatrzymałam. Z wierzącymi i niewierzącymi, z ludźmi po ślubie i bez. Liberalnymi i konserwatywnymi. Poznawałam głównie Północ, która w mniemaniu większości Irańczyków jest „krainą miodem i mlekiem płynącą”.

Zmęczyło mnie to miasto. Pobudzały jedynie rozmowy i kawa. Nie potrafiłam sobie w nim poradzić, przejść przez ulicę, bez zamykania oczu, bo inaczej się nie da. Każdy przejazd taksówką był walką, moją z kierowcą, kierowcy z innymi kierowcami, pieszymi. Nie czułam się dobrze w królestwie, przy którym prawo dżungli wydaje się łagodne. Trąbienie, wyzywanie, hamowanie, oszukiwanie. To nie na moje nerwy.

Streetart w centrum Teheranu i morze taksówek Chaos na ulicach w centrum Teheranu

Centrum Teheranu, okolice placu Vali Asr, to ostatni przyczółek „Północy” w mieście. To kilka parków, muzea, uczelnie, ministerstwa – w końcu trzeba gdzieś pracować. Są więc i brudne ulice, ale także kawiarenki, w których kawa kosztuje więcej niż kolacja na Południu. Jest masa street artu, są sklepiki z nowoczesną wariacją na temat wymaganego przez irańskie prawo stroju. Cienie zoroastriańskiej przeszłości – szkoła, malutka płaskorzeźba nad drzwiami. Z każdym metrem na Południe idzie się coraz wolniej, powietrze robi się coraz gęstsze, a w płucach coś zaczyna drapać.

Ostatniego dnia wybrałam się do Darband, miejsca, które poleciła mi Patrycja z Archiwów Podróży. Nauczyłam się już obsługiwać wspólne taksówki, dojechałam na miejsce. I na początku poczułam ukłucie żalu. Znowu są tu ludzie? Za jakie grzechy?

Kawiarnia w Darband ukryta wśród drzew i kwiatów

Na szczęście większość wymiękła już po kilkuset metrach spaceru pod górę. Zaszyła się w jednej z wielu kawiarenek, przysiadła na platformach nad wodą i zatopiła w oparach sziszy.

Ja szłam jednak dalej. Powietrze było coraz czystsze. Po dwóch tygodniach piasku i pyłu, napełniałam płuca, niemalże do bólu.

Góry i piękne widoki w Darband Rwąca rzeka i piękne skały w Darband w Teheranie

Po godzinie powolnego marszu, a może trochę wcześniej, doszłam na teherański koniec świata. Stare chaty, ludzie na osiołkach. Kobiety w chustkach, które nie przypominały klasycznych hidżabów.

  • Gdzie ja jestem? Czy to nadal Teheran? – głowiłam się, ale nie mogłam przestać iść.

Zaczęło się ściemniać, minęła mnie kobieta niosąca bukiet bzu. Zatrzymałam się, żeby nacieszyć się tym zapachem. Od tej słodyczy zakręciło mi się w głowie.

Irańska obieta w czadorze w kwiaty niosąca kwiaty bzu

Robiło się coraz ciemniej. Spojrzałam na resztę szlaku, pożegnałam się z biegającymi w pobliżu psami i wróciłam z powrotem. Do bogactwa, którym miałam nacieszyć się jeszcze kilka chwil.

teheran-33

Malutka kawiarenka w Darband w Teheranie

Przycupnęłam w jednej z kawiarenek, qavekhane sonnati. Wypiłam herbatę. Wróciłam do wysokiego apartamentowca. I po raz ostatni podziwiałam Teheran (a raczej tylko jego jedną twarz) z wysokości.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (5)

  1. Ładny tekst, choć wg mnie brakuje dokładniejszego opisu Południa 😉 Tylko pleonazm wróciłam z powrotem kłuje w oczy…

    • Karolina

      Południe wygląda podobnie do innych irańskich miast, tyle że z brudniejszym powietrzem. Powtórzenia się zdarzają – „mylić się jest rzeczą ludzką”. Poprawię, jak będę przy komputerze.

  2. Spędziłem w Teheranie 2 tyg . To prawda wole południe , jest biedniejsze ale uśmiechnięte ❤️W październiku lecę znowu . Tym razem Mazandaran i Gilan❤️

  3. Hej!
    Tak sobie myślę, że jeśli przechodziłaś przez ulicę w Teheranie z zamkniętymi oczami, to masz niesamowite szczęście, że żyjesz 😉
    Miałem okazję być w tym mieście 2 razy i gdyby nie ten szalony ruch uliczny to bym je pokochał. Choć trzeba teherańczykom przyznać, że są niezłymi kierowcami – ja przynajmniej nie widziałem żadnego wypadku na drodze…
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *