Jazd (یزد) – łapiąc wiatr i uśmiechy

W Jazdzie zatopiłam się bez reszty. Przyjechałam do niego o piątej nad ranem i prosto z dworca ruszyłam na zwiedzanie starego miasta. Wąskie uliczki między domami z suszonego błota wciągają, niczym do innego wymiaru i wypluwają po jakimś czasie już w zmienionej formie.

Tutaj, gdzieś nad litrami herbaty, w palącym słońcu, zrozumiałam jedną ważną rzecz. Niby wiedziałam to od dawna, ale dopiero tutaj poczułam to aż do bólu. Podróż to relacja obustronna. Ja poznaję Irańczyków, a oni mnie. Oni też patrzą. Słuchają. Pytają. Coraz więcej rozumieją. Coraz mniej się boją. Tak jak i ja.

Dziewczynka karmiąca żółwia w Iranie

Zwiedzanie to nie tylko oglądanie starych budynków i robienie masy zdjęć. To coś więcej niż czytanie o historii i nauka kilku słówek w lokalnym języku. Zejście ze ścieżki, zrezygnowanie z zobaczenia jakiegoś zabytku nie jest łatwe. Zwłaszcza w Jazdzie – jednym z najstarszych miast na świecie. Schowane w oazie, otoczone pustynią (ach, tęsknię za Dasht-e Kavir!), przenosi do innego wymiaru.

Stare miasto w Jazdzie zbudowane jest z suszonego błota. Prymitywne? Nic z tych rzeczy. W środku budynków jest chłodno, a w mieście, gdzie latem temperatura przekracza często 50 stopni, ta odrobina chłodu oznacza życie. Chodziłam po mieście, dotykałam ścian, i nie mogłam się nadziwić, że kilka tysięcy lat temu ludzie umieli przeżyć w tak nieprzyjaznym miejscu. Ba, nie tylko przeżyć – żyć w miarę komfortowo.

Jak? Czy to możliwe?

Nie jest to łatwe. Kiedy myślimy o szeroko-pojętym Wschodzie, mało komu na myśl przyjdzie zaawansowana technologia. Kurz, pył, osiołki, jasne. Bzdury. Przez kilkaset lat to arabscy i perscy matematycy i inżynierowie królowali wiedzą i doświadczeniem. I mimo, że ich złoty wiek przeminął, w Jazdzie można to dostrzec gołym okiem. „Łapacze wiatru”, zwane badgir, wpuszczające chłodne powietrze w wąskie alejki. Qanaty – podziemne kanały doprowadzające wodę z gór. Specjalne dziedzińce bez okien, wkopane w ziemię.

Zabudowany dziedziniec w jednym z domów w Jazdzie

Można zacząć zwiedzanie od wizyty w pięknym piątkowym meczecie. Nie ma w tym nic złego. Mnie jednak fascynuje zawsze to, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Ścieram kurz, zdzieram kolejne warstwy skóry, dobieram się do żył, którymi płynie krew tego miasta.

Qanaty. Zbawienie okupione cierpieniem. Budowniczy tych podziemnych kanałów byli najlepiej opłacanym fachem przez wieki. Mały błąd mógł poskutkować nie tylko utratą życia, ale zniszczeniem sporej części kanałów, zawaleniem budynków po drodze czy wyczerpaniem źródła. Woda na pustyni jest błogosławieństwem. Nie używa się jej nadaremno.

Dlatego zanim zobaczyłam, co Jazd oferuje przeciętnemu turyście, zeszłam pod ziemię.

Najpierw, całkowicie przez przypadek, wylądowałam w podziemiach jednego ze starych wodnych młynów w mieście. Siedziałam sobie na krawężniku i zajadałam się chlebem.

Autorka bloga z tradycyjnym irańskim chlebem w Jazdzie

– Chcesz zobaczyć z nami stary młyn? – usłyszałam. Wybudzona nagle z mojego transu,  z zastanawianiem się nad strukturą Jazdu (i świata?), dołączyłam bez większego namysłu do małej wycieczki.

Był koniec kwietnia. Temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Było zbyt gorąco i sucho na nawet namiastkę ulgi, na kroplę potu. Skóra, nawet pod długimi rękawami, zaczęła przypominać małoziarnisty papier ścierny. Każde zaproszenie do cienia przyjmowałam bez namysłu.

Wystarczyło kilka kroków (i wykupiony bilet), aby znaleźć się w oazie chłodu. Jeden stopień, drugi, kolejny, i tak przez kilka minut, w otchłań miasta. Od upału, poprzez przyjemną bryzę, aż do chłodu.

Aż dotarłam do podziemnej budowli. Ogromnej. Hades Jazdu nie mógłby wyglądać lepiej. Trochę zaniedbany, ale nie szkodzi. W mieście z błota mogłam włożyć ręce do przejrzystej i chłodnej wody. Jeszcze niedawno funkcjonował tam stary młyn, teraz jest jedynie jego cieniem.

Po kilkunastu minutach wyszłam na zewnątrz. Gorąco, parno – słońce grzało bez litości. Szłam przed siebie wąskimi uliczkami miasta, ale w mej głowie szumiał qanat.

Nie jestem fanką muzeów. Naprawdę. Ale musiałam zrozumieć ten fenomen, to miasto w mieście (a raczej pod nim). Wyjęłam z torby przewodnik, przycupnęłam pod ścianą jednego z domów w ostatnim skrawku cienia w okolicy i – jest! – Muzeum Wody.

Pięknie zdobiony dziedziniec Muzeum Wody. Jazd, Iran.

Kilkanaście pomieszczeń ze zdjęciami i opisem procesu tworzenia tych żył życia. Pracy wykonywanej przez specjalistów zwanych muqannī, którzy ryzykowali swoje życie za każdym razem, kiedy schodzili pod ziemię. Byli świetnie opłacani, ale w momencie, kiedy zaczynali nową pracę, ich żony mogły szukać sobie nowego męża. Wszelkie prace wykonywane były ręcznie, a nawet najmniejszy błąd niósł ze sobą poważne konsekwencje.

Sztuka budowania qanatów powoli wymiera. Wyschły prawie wszystkie qanaty w Jazdzie. W muzeum można przejść się po tradycyjnym domu. Zamknąć oczy i poczuć chłód, mimo upału na zewnątrz. Czy to nie zabawne, że bogacze w Persji budowali domy nie do góry tylko wgłąb ziemi? Drążyli, drążyli cudzymi rękami ziemię w poszukiwaniu cienia. Który potem zawłaszczali tylko dla siebie.

Kiedy biedacy szukali choć skrawka cienia na powierzchni, artystokracja moczyła się w hammamach kilka pięter pod ziemią. W Iranie to chłód jest największym luksusem – widać to nie tylko w Jazdzie, ale także, a może przede wszystkim, w Teheranie.

Qanatów nie da się dostrzec, jeśli nie wiemy, jak do nich trafić, do którego domu wejść, jak nisko zejść, którymi schodami. Ale qanaty to tylko jeden z genialnych wynalazków.

Badgir, „łapacze wiatru” w różnych kształtach, wciągają w swe sidła każdy podmuch i wypychają go w wąskie uliczki. Razem z qanatami zbawiają mieszkańców Jazdu od stuleci.

"Łapacze wiatru" w Jazdzie

To zdziwienie, kiedy w mieście na pustyni czujesz lekką bryzę. Próbujesz znaleźć jej źródło, ale nie potrafisz.

W centrum miasta znajduje się kilka zbiorników z wodą, schowanych pod ogromnymi kopułami. Woda jest chłodna, nawet latem, właśnie dzięki „łapaczom”.

Zbiornik wody, która jest chłodzona wiatrem

Najwięcej nauczyłam się tutaj nie o architekturze, lecz o ludziach. Ludziach, którzy chcieli ze mną rozmawiać, chcieli mnie (i przy okazji także siebie) czegoś nauczyć. Zwłaszcza o tym, że większość stereotypów można włożyć między bajki.

Golnaz, młoda studentka ekonomii, z którą spędziłam nad herbatą miętową cały wieczór, nie stresuje się zasadami. Wkłada przepisowe manto, zawiązuje niedbale szalik i wychodzi z domu. Nie mówiła tak, bo wypada. Po prostu ma na głowie inne problemy niż to, czy może nie zakładać szalika czy nie. Uczy się, studiuje, spotyka ze znajomymi. Odrabia lekcje, sprząta w swoim pokoju.

Portret młodej Iranki.

Mieszka sama, nikt jej nie pilnuje, nie musi się nikomu spowiadać. Jest niezależną kobietą, którą boli to, że wiele osób nadal boi się przyjechać do jej kraju. Pokazałam jej zdjęcia z uczennicami sprzed kilku dni z Szirazu.

– Och! Uczennice liceum! – zaśmiała się, wspominając swoją szkołę, w Teheranie. – I nie myśl, że one ubierają się tak na co dzień, to po prostu mundurek.

I wtedy dostałam olśnienia.

Przypomniał mi się mój mundurek w liceum. Koszulka polo z logiem szkoły, zakaz robienia makijażu, malowania paznokci, nauczycielki ciągające siłą dziewczyny do łazienki za zbyt mocno nałożoną mascarę. Mierzenie wysokości obcasów do oficjalnego mundurka, awantury, że uczennice po lekcjach, zdejmują z siebie koszulki i wybiegają na dwór już w innym zestawie.

Czy naprawdę różni się to wiele od tego, co można zobaczyć w Iranie?

Przenieśmy się kilka lat później, do Oksfordu. Na każdy egzamin i oficjalne uroczystości trzeba ubrać tak zwany subfusc. Dla dziewczyn jest to: czarna spódnica i czarne rajstopy, czarne buty, biała koszula, czarna wstążka, czarna peleryna i czapka. Jeśli ktoś się zagapi, nie ogarnie, zapomni wstążki, nie dostanie dopuszczony do egzaminu. Chyba że ma farta i egzaminator się nad nim zlituje, to skończy się tylko na błaganiu o pozwolenie i obiecaniu poprawy.

Gdy siedziałam na dachu jednego z tradycyjnych domów w klimatycznej knajpce i przez przypadek spadł mi hidżab, zestresowałam się tak, że poprawiając go, prawie się nim udusiłam. Siedzące obok kobiety uśmiechnęły się do mnie, machnęły ręką, jakby chciały powiedzieć „nic nie szkodzi”. Siedziałam tak dobre kilka minut, pokazując moją tlenioną czuprynę światu, a nikt nawet tego nie zauważył. Grupka kobiet naprzeciwko popijała herbatę, uśmiechała się do mnie, a ja do nich, i pewnie nawet nie zwróciły uwagi, że coś jest nie tak. Ot, spadł komuś szalik z głowy.
Śmiejące się Iranki w Jazdzie.

Rozmowa zeszła na stereotypy. Na to, jak postrzega się Iran w Europie. Golnaz jest tego świadoma i stara się z tym „walczyć”. Mimo że za granicą była tylko raz, w Turcji, ma nadzieję, że kiedyś uda się jej pojechać do Europy i zobaczyć to, do czego wszyscy tęsknią. I czego się boją. Mechanizm produkowania stereotypów jest taki sam w Europie, w Iranie, w Japonii czy w Ameryce.

Golnaz nigdy nie była w Europie, ale wychowała się w Teheranie i miała znajomych z zagranicy, a także kolegów i koleżanki, którzy mieli możliwość wyjeżdżać poza Iran. Dlatego też stereotypy na temat „Zachodu” nie specjalnie znalazły u niej podatny grunt.

Panorama starego miasta w Jazdzie

Ale u wielu się udało. Oglądali „Przyjaciół” i nie mogli się nadziwić, że Amerykanie poświęcają całą swoją energię na znajdowanie nowych kochanków i imprezowanie. Włączali „Grę o tron” i łapali się za głowy, że w Europie popularny jest serial, gdzie normą jest gwałt, morderstwa i tortury. Pragnęli kontaktu ze światem, ściągali masowo filmy i wielu doszło do tego samego wniosku:

Zachód to centrum rozpusty.

Kiedy my patrzymy na zakryte szalem włosy, czytamy o uchodźcach, o muzułmanach, zapala się w nas podobna lampka. Swoją wiedzę na temat Islamu i państw na Bliskim Wschodzie czerpiemy z telewizyjnego koktajlu: urywki z filmikami terrorystów, którzy odcinają maczetami głowy dziennikarzom, ISIS, Osama bin Laden, obrzezanie kobiet, czador. Nie mamy pojęcia, jaka jest różnica między nikabem a czadorem, między Szyitami a Sunnitami. Nie wiemy, że ramadan jest przestrzegany często tak bardzo, jak my przestrzegamy postu w piątek.

Nie ma lepszego sposobu na naukę, na zrozumienie tego, niż podróż.

Mury ogrodu Dolbat Abad w Jazdzie

Podczas spaceru po ogrodach Dolmat Abat, otoczyła mnie grupka uczennic, które nie mówiły nic po angielsku, ale chciały mieć ze mną zdjęcie. Porozmawiałam chwilę łamaną angielszczyzną z ich nauczycielką. Machały mi na pożegnanie przez dobre kilka minut, a ich „Have a nice day!” słyszałam jeszcze po drugiej stronie murów.

Grupka uczennic w Iranie Grupka uśmiechniętych uczennic w Iranie

Nie rozumiałyśmy się prawie w ogóle, ale ich uśmiechy, tak szczere, tak otwarte, zapraszające wystarczały. Słowa nie były potrzebne, czasem nie są.

Pałac Bagh-e Dowlat w sercu ogrodu może poszczycić się najwyższym „łapaczem wiatru” w Iranie; pnie się on ku niebu na 33 metry. Dawniej mieszkał tutaj perski władca Karim Chan. Pierwsze, co sobie zażyczył po objęciu tronu to właśnie ta rezydencja, skąpana w morzu drzew. A jeśli już rządził krajem, to należał mu się największy luksus – klimatyzacja w wersji de luxe. Oryginalna wieża nie przetrwała, zawaliła się w zawirowaniach historii. Odbudowano ją całkiem niedawno, bo w latach 60. XX wieku.
Dziedziniec pałacu w ogrodach Dolat Abad tonący w kwiatach granatu Zacieniona ścieżka w ogrodach Dolat Abad

Ostatniego dnia w Jazdzie wróciłam do szukania podmuchu wiatrów, do parzenia sobie palców świeżym chlebem i do spacerów labiryntem uliczek. Zaszyłam się na dłużej w rezydencji Arabzadeh z czasów dynastii Kadżarów (1794 – 1925). Gdy siedziałam sobie na murku, podeszła do mnie młoda Iranka z mamą. Usposobienie kontrastu – córka z iPadem w modnych ubraniach, mama w czadorze.

Obie uśmiechały się na mój widok od ucha do ucha i ucieszyły się, że chcę zrobić im zdjęcie. Na pamiątkę. Na pamiątkę kraju, który nauczył mnie o ludziach więcej niż jakikolwiek inny. Kraju, gdzie kobiety częstują mnie pestkami słonecznika i dziękują mi, przykładając rękę do serca, gdy ja wyciągam z plecaka daktyle.

Młoda Iranka z matką w Jazdzie

Młode, stare, liberalne, konserwatywne. Wierzące i niewierzące. Ubrane na kolorowo, lub zawinięte w czarny czador. To bez znaczenia.

Bo większość obdarowuje mnie uśmiechem, dotyka delikatnie mojej dłoni na pożegnanie, nawet jeśli spotkanie trwało tylko chwilę.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (20)

  1. Dobrych słów o Iranie słyszałem już setki i zawsze zastanawia mnie co na własnej skórze oznacza, że „nigdy nie jesteś tam sam” 🙂 Chyba trzeba będzie zboczyć niedługo z Indochin w nieco inne klimaty. Dzięki za ciekawe historie!

  2. Karolina, trochę abstrahując od tematu (chociaż notka świetna, a Iran magiczny), to W krainie tajfunów wygląda teraz rewelacyjnie!

  3. świetny wpis i piękne zdjęcia 🙂 właśnie jestem w trakcie spisywania naszych wspomnień z Jazd i mamy bardzo podobne wrażenia! uwielbiamy to miasto <3

  4. Zimno tam musiało być,lepsza byłaby uszanka niż jakiś szalik okręcony wokół uszu.

  5. Imponująca architektura.
    Niestety, tak to jest, że ciężko oddzielić ziarno od plew, kiedy jedynymi źródłami informacji są wiadomości w tv i artykuły w internecie. Niby mam wspaniałe możliwości i możemy dotrzeć wszędzie, a jednak nie możemy- a to kredyt, a to praca… Gratuluję, że tobie się udało, z tego, co piszesz, tamtejsze kobiety są po prostu czarujące:)

  6. Piękna fotografia POZDRAWIAM wszystkich co są na niej uwiecznieni

  7. „Kiedy my patrzymy na zakryte szalem włosy, czytamy o uchodźcach, o muzułmanach, zapala się w nas podobna lampka. Swoją wiedzę na temat Islamu i państw na Bliskim Wschodzie czerpiemy z telewizyjnego koktajlu: urywki z filmikami terrorystów, którzy odcinają maczetami głowy dziennikarzom, ISIS, Osama bin Laden, obrzezanie kobiet, czador.”

    moim zdaniem bardzo upraszczac piszac, ze ludzie czerpia wiedze o innych krajach tylko z telewizji. owszem, na pewno wielu tak robi, ale mnostwo ludzi w Polsce i nie tylko, zywo interesuje sie swiatem i nigdy nie budowaloby swojej opinii tylko na tym co uslyszy, czy przeczyta w mediach. to troche obrazliwe wrzucac wszystkich do jednego worka.

    • Karolina

      Też nie czerpię swojej wiedzy z telewizji – ba! nawet go nie mam. Jednak to, jak media przedstawiają islam ma ogromny wpływ na to, jak większość ludzi go postrzega. Mogłabym dodać teraz przy każdym zdaniu słowa typu „często”, „większość”, „czasem”, ale chyba nie o to chodzi. Chodzi o ogólny trend.

  8. Przepiękny wpis! A dla mnie świetna inspiracja, bo mam już bilety do Iranu na przyszły rok. Dziękuję i proszę o więcej!

  9. Twój blog jest rewelacyjny!

  10. Chociaż Iran jest piękny to niestety ale pełen ludzi uciśnionych i to nie prawda że ludzie tam dziwią się że Europejczycy boją się odwiedzać Iran skoro sami Irańczycy lecąc do Dubaju na wypoczynek są poddawani skrupulatnej kontroli odczuwając że traktuje się ich tam jako terrorystów .I nie prawdą jest że Ramadan jest przestrzegany tam jak u nas post czyli symbolicznie .Otóż jest surowo przestrzegany podobnie jak na przykład zakaz malowania się kobiet w miejscach publicznych bo nad całością czuwają wszelakie formacje mundurowe mające posterunki na każdym osiedlu , w każdym parku , na każdym skrzyżowaniu . Ponadto nic się nie zanosi że coś się tam zmieni ,bo ucisk dotyczy głównie kobiet -To jest męski świat z życiem podporządkowanym wyłącznie mężczyznom gdzie dopóki w tym świecie kobiety nie upomną się o swoje to będzie jak jest .Jest kilka dobrych filmów Irańskich gdzie na przykład kobieta jest przedstawiona jako karta przetargowa człowieka niepełnosprawnego któremu grozi śmierć na ulicy jeśli siostra nie wyjdzie za mąż -polecam ,szczególnie dlatego że ich twórcy musieli ratować się ucieczką z kraju . Więc jeśli chce ktoś poznać naprawdę Iran to powinien wybrać się tam w pojedynkę z wyjątkiem kobiet które powinny być w męskim towarzystwie ,zejść z utartych szlaków poodwiedzać kafejki , bary ,kluby i poobserwować szczególnie ludzi młodych , młode dziewczyny -ich zachowanie w miarę możliwości pobyć w towarzystwie jakiś czas ,rozmawiać . Często ludzie po pewnym czasie mówią coś czego nie chcą mówić przypadkowo lub poufnie i wtedy pozna się Iran .

  11. Bylismy z moja Pania 2 lata temu. 3 tygodnie wloczylismy sie po Iranie.
    Fantastyczny kraj, fantastyczni ludzie. Iranczycy uwielbiaja campingi i pikniki.
    Wielce drazniace jest ze swiat , te cale pieprzone media wciskaja nam gówno do mozgów mowiac ze Iran zly, ze tam terrorysci ze maja bomby nuklerane ze chca nam na głowy je pozrzucac. Oni to samo maja u siebie w mediach o nas. Jebani politycy i ich media.
    MAmy fantastyczne wspomnienia z Iranu.

  12. Wspaniały art. Mam nadzieję, że kiedyś tam dotrę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *