Bangkok, czyli „Wenecja Azji”?

W żyłach Bangkoku płynie woda. Schowane pod tkanką ulic, chodników, mostów, śmieci i smogu, dla wielu pozostają niezauważone. To właśnie z wodnej perspektywy to miasto urzekło mnie najbardziej.

Niektórzy nazywają Bangkok „Wenecją Wschodu”. Coś w tym jest, bo miasto przecinają setki mniejszych i większych kanałów. Większość turystów zadowala się wycieczką po rzecze Chao Praya i robieniem zdjęć Wat Arun z jej perspektywy. Ja spędziłam kilka dni na powolnych spacerach wzdłuż bocznych kanałów i pływając lokalnymi wodnymi taksówkami. Najlepszy sposób na poznawanie bardziej tradycyjnego Bangkoku.

Sir John Bowring, wysłany przez królową Wiktorię do Tajlandii w połowie XIX wieku pisał:

„Drogami w Bangkoku nie są ulice, lecz rzeka i kanały. Łódki są podstawowym środkiem transportu i komunikacji… Dzieci spędzają większość swojego czasu w wodzie, wiosłując, nurkując i pływając, jakby były w swoim żywiole.”

Woda zakorzeniona jest w tajskiej świadomości od dawna. W wodzie rośnie ryż, z wodą związany jest słynny festiwal Loy Khratong, na wodzie budowało się domy, woda była łącznikiem między ludźmi, wyznaczała siatkę miast. Główna rzeka Chao Praya była łącznikiem ze światem, na jej wody mogły wpływać ogromne statki.

Rzeka Chao Praya, Bangkok

Rzeka Chao Praya, Bangkok

Król Rama I przeniósł w 1782 roku stolicę z Ayutthaya do Bangkoku – serce nowej stolicy stworzono na wyspie Rattanakosin (เกาะรัตนโกสินทร์), przecinając jej oblicze kanałami, służącymi także jako fosy. To tu znajduje się do dziś Pałac Królewski i liczne świątynie, np. Wat Pho, słynąca z posągu leżącego Buddy.

Pierwsze drogi w naszym europejskim wyobrażeniu powstały sporo później, w połowie XIX wieku, głównie przez i dla Europejczyków. Mimo coraz gęstszej sieci dróg i torów, większość Tajów jeszcze przez wiele dziesięcioleci wybierała wodę:

Jeden z kanałów w Bangkoku

Mimo niedawno wybudowanych kolei, 80 procent towarów w kraju transportowana jest na targi wodą, a wszystkie wycieczki i załatwianie spraw odbywa się na łódkach, tak jak u nas na drogach… Syjamskie dzieci uczą się pływać zanim zaczną chodzić i cały naród od dzieciństwa zna się na wszelkiego typu łodziach„. (W.A. Graham)

Khlong Lat Mayom (ลาดน้ำคลองลัดมะยม)

Bangkok słynie z „pływających marketów”, przynajmniej według turystycznych przewodników. Odrzuciłam od razu największe i najpopularniejsze z nich z Damnoen Soak na czele. Zamiast tego jednego dnia wzięłam taksówkę i kilkanaście minut później wylądowałam na przedmieściach Bangkoku. Ciągnący się w nieskończoność targ, tłumy Tajów, pyszne jedzenie… i ja. Witamy na Khlong Lat Mayom (ตลาดน้ำคลองลัดมะยม).

Targ Khlong Lat Mayom pod Bangkokiem

Pierwsza myśl: „Mogłabym zamieszkać w Bangkoku, nawet jeśli tylko po to, by robić tu co weekend jedzeniowe zakupy”. Banany w kilkunastu gatunkach, mango tak soczyste, że od samego ich widoku świat wydawał się słodszy, warzywa, zioła, tradycyjne tajskie słodycze. Do tego przygotowywane świeżo dania z różnych regionów Tajlandii, pieczone ryby, którymi dzieliły się rodziny Tajów, wielkie misy z pad thai (ผัดไทย) i dania, których nawet nie umiałam nazwać. No i te zapachy!

Skusiłam się na khao lam (ข้าวหลาม), ryż pieczony w bambusie z dodatkiem mleka kokosowego i cukru. Popijałam wodę ze świeżego kokosa, podjadałam coraz to nowe owoce (królem dnia zostały malutkie ananasy z prowincji Chiang Mai) i nie mogłam się nadziwić, że nie spotkałam ich do tej pory nigdzie w centrum.

Domy nad kanałami na zachodzie Bangkoku

Rozmowy na łódce na kanale w Bangkoku

Co pół godziny z samego serca tagu rusza wycieczka łódką po pobliskich kanałach. Domy na palach z łódkami tam, gdzie my trzymamy samochody, starsze panie płynące na łódkach na pobliski targ, ludzie gnający motorówkami w odwiedziny do znajomych czy po pracy. Świat, który powoli zanika, bo ludzie dali sobie wmówić, że pojazdy na czterech kołach są lepsze, ważniejsze, wygodniejsze.

Wycieczka łódką po kanałach Bangkoku

W poprzecinanym setkami kanałów Bangkoku nawet z najbardziej luksusowym samochodem wygrywa jeszcze w niektórych miejscach łódka.

Khlong Saen Saep (คลองแสนแสบ)

To nie Chao Praya oczarowała mnie najbardziej. Czułam jej siłę, widziałam światła świątyń odbijających się w jej wodach, ale to nie było to. Mam słabość do dzielnic z dala od neonów, sklepów i turystycznych szlaków: tak jak Kiyosumi-Shirakawa (清澄白河) w Tokio czy labirynt hútòngów w Pekinie. Przemawia do mnie to japońska estetyka wabi-sabi, celebracja śladów używania, przemijania, zepsucia. Rozumiem, o czym pisze Tanizaki w „Pochwale cienia”, gdy wychwala „obłą miękkość półcienia”.

Podczas pobytu w Bangkoku poruszałam się głównie łódką, nawet jeśli musiałam nadłożyć drogi. Wskakiwałam do niej w pędzie, bo łódka ledwo przybiła do pomostu, a już zaczynała odpływać, odliczałam kilka bahtów i wręczałam wiszącemu za linami „konduktorowi”, patrząc na świat przez rozbryzgiwaną w silnym słońcu brunatną wodę kanału.

Jeden z rzecznych autobusów w Bangkoku

To gdzieś tu, wzdłuż Khlong Saen Saep odnalazłam to, czego szukałam w Tajlandii. Gdzieś nad wielkim garem zupy, w towarzystwie „domów duchów”, w morzu uśmiechu, z którego słyną Tajowie (Co się za nim kryje? Czy jest szczery? Nie wiem.) i porośniętych chciwymi pnączami domów, znalazłam spokój, ułamki piękna, które przemawiają do mnie o wiele bardziej niż wypolerowane posadzki świątyń.

San phra phum (ศาลพระภูมิ), „domy duchów”, są w Tajlandii wszędzie. Przed domami, hotelami, knajpkami – wszędzie, gdzie potrzebna jest opieka duchów. Relacja jest jednak obustronna: ludzie dają duchom schronienie i codziennie rano składają w ofierze kwiaty i jedzenie (hitem jest truskawkowa Fanta w świętym, różowym kolorze), w zamian duchy opiekują się nami.

Zerkałam w stronę podwórek, siedziałam na ławkach wciśniętych w wąskie alejki, patrząc na życie dookoła i próbując choć trochę zrozumieć otaczającą mnie rzeczywistość.

Nie odwiedziłam Pałacu Królewskiego i wielu słynnych świątyń. Nie byłam w wielu miejscach, które przewodniki opisują jako „must see”.

Zamiast tego spędziłam większość dni na powolnych spacerach wzdłuż khlongu, zapuszczając się każdego dnia coraz dalej i dalej, prowadzona często na oślep przez kuszące zapachy, przez iskrzenie czegoś w słońcu, przez plusk mętnej wody…


Cytaty pochodzą z książki:

15958793Temples & Tattoos: Cultural Encounters in the Thai World

John Hoskin

John Beauty Publishing, 2013.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Comments (5)

  1. Zakochałam się w Twoim opisie Bangkoku! Jeszcze bardziej chcę tam pojechać! 😀

  2. Hej,

    czytam Twojego bloga od dłuższego czasu i chciałam tylko napisać, że to co robisz i to jak piszesz jest świetne. Twoją książkę kupię bez wahania 🙂

    Pozdrawiam serdecznie

    • Karolina

      Dziękuję ślicznie <3 Cieszę się, że ktoś tu jeszcze czasami zagląda, mimo że nie piszę tak często, jakbym chciała.

  3. Meega! Podoba mi się twój blog <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *