[Recenzja] Bandi – Oskarżenie

Bandi to po koreańsku „świetlik”. Świetlik, który oświetla to, co na co dzień jest w cieniu: Koreę Północną. Kraj, o którym wiemy mało albo jeszcze mniej. I co najważniejsze – wyjmuje z anonimowej masy Koreańczyków indywidualne historie.

„Oskarżenie” to zbiór sześciu opowiadań, napisanych w okresie bliskim Wielkiemu Głodowi, podczas którego zginęło kilka milionów osób. Tak mało wiemy o Korei Północnej, że jedyna nasza reakcja to myśl: „To straszne”. Bliskie staje się nam wtedy niesławne powiedzenie Stalina: „jedna śmierć jest tragedią, a milion – statystyką”. Bandi przybliża nam rzeczywistość w tym okresie pokazując w jaki sposób nie tylko każda historia z osobna, ale i wszystkie razem, są tragedią.

Wiele z tytułowych oskarżeń wcale nie jest wykrzyczanych wprost. Wplecione zostały między dłuższe opisy, w dialogi, ale już od samego początku w każdym z nich czujemy niepokój. Tłem staje się wygnanie, alkohol czy choroba dziecka. Ale gdy spojrzymy na to głębiej i zaczniemy doszukiwać się znaczenia w każdym wypowiedzianym słowie, nawet jeśli pozornie ma pochwalić reżim, nagle otwiera się przed nami całkowicie inny świat.

Gdy spędziłam dwa miesiące w Korei Północnej prawie dwa lata temu, żałowałam tylko jednego – że nie będzie mi nigdy dane dowiedzieć się, co te osoby naprawdę myślą, czego się boją, o czym marzą. Gdy czytałam opowiadania Bandiego, przypominałam sobie to tło, które uzupełniałam jego słowami. Przypomniałam sobie brodzenie po kolana w wodzie w przejściach podziemnych, bo nawet w „kolebce koreańskiej cywilizacji”, Pjongjangu, w większości nie ma kanalizacji ani deszczówki:

„Rwące potoki, pokryte kipiącą pianą, popłynęły w okamgnieniu zatłoczonymi przejściami podziemnymi, pod okapami gmachów publicznych, w holach i korytarzach budynków mieszkalnych, w wejściach do metra, w wiatach przystanków autobusowych… Wylały nawet ścieki.”

Przed oczyma stanęły mi banery z hasłami o Matce Partii, o Cywilizacji Socjalizmu i mijające je znudzone twarze. Moja przejażdżka metrem, mimo że teoretycznie jest dla cudzoziemców zabroniona (choć kosztowało w przeliczeniu mniej niż jeden grosz). Przypomniałam sobie śmiejących się ludzi podczas pokazu fajerwerków 15. sierpnia i… moje zdziwienie. Bo nigdy wcześniej nie pomyślałam, że ludzie w KRLD mogą się śmiać. Bo byłam bombardowana obrazami, które odbierają im człowieczeństwo.

„Zostałeś wprowadzony w błąd przez tablicę, przez ten słynny plakat ze wspaniałymi hasłami, takimi jak „Demokracja”, „Równość, „Lud jest panem Historii”, „Zbudujmy raj na ziemi”, który pod warstwą pięknego lakieru kryje najgroźniejszą broń dyktatury”

Bandi pokazuje, że nawet jeśli żyją w takim a nie innym kraju, nawet jeśli są bardzo blisko piekła, to nadal są ludźmi. Nie są bezmyślnymi maszynami, nie mają wypranych mózgów. Nawet jeśli boją się dla dobra siebie i swoich bliskich wypowiedzieć tego, co naprawdę myślą na głos.

Pokazuje ciężką pracę Koreańczyków, którzy chcieliby wierzyć w ideały, które głoszone są im w szkołach. A nawet mimo swojego potu, krew i łez, nikt nie doceni ich trudu. Może dostaną order, dwa czy trzynaście, jak bohater „Bezcennego wiązu”. Ale co z tego, jeśli do garnka, pod którym i tak nie mają czym nagrzać, wkładają jedynie kukurydzę. W pewnym momencie żona pyta bohatera:

„Naprawdę myślisz, że musisz zachować twarz, żeby odebrać ten nędzny medal, który nie da nam ani jedwabnych ubrań, ani domu krytego dachówką, a tym bardziej niczego, czym moglibyśmy się najeść albo ogrzać?”

Jednym z najlepszych opowiadań w zbiorku jest „Miasto widm” – główny wątek to strach małego dziecka przed portretami Marksa i Kim Ir Sena, przed którymi jego mama musi zasłaniać zasłonami okna, żeby choć trochę pospało. Pamiętam te setki, tysiące portretów: teraz Marksa zastąpił Kim Dzong Il. Nie dziwię się, że małe dzieci mogły przez nie płakać, zwłaszcza że dawniej nie były one uśmiechnięte, patrzyły groźnie na każdego, kto przechodził obok.

Co gorsza, okazuje się, że matka, chcąca dobrze dla swojego dziecka, zawiniła. Popełniła grzech ciężki. Dostała od Partii białe firanki („to, że musieliście za nie zapłacić, nie ma najmniejszego znaczenia” – tłumaczy jej dobra obywatelka), a zamiast tego powiesiła inne. Czy coś ukrywa? Czy chce przynieść miastu wstyd? Miastu, które od miesięcy przygotowuje się na obchody rocznicy założenia partii? Gdy to czytałam, nie mogłam przestać się zastanawiać: ile osób miało podobne dylematy, gdy całe miasto ćwiczyło, nawet w nocy, podczas mojego pobytu? Ile dzieci bało się portretów, a mimo to musiało grzecznie trwać godzinami na placu? Bandi uchylił dosłowne i metaforyczne firanki w moim zrozumieniu Pjongjangu, w moich wspomnieniach, obrazach, które we mnie tkwią do dziś. Pokazał na czym naprawdę polega „szczęście” mieszkania w stolicy.

Przypomniałam sobie moje podróże po kraju, w którym podróż jest luksusem. W kraju, w którym trzeba mieć pozwolenie nawet na odwiedzenie umierającej matki, tak jak w opowiadaniu „Tak blisko, tak daleko”. Pozwolenie, którego bohater nie dostanie, bo w tym czasie planowana jest w okolicy „Wydarzenie Numer Jeden” – wizyta Kim Ir Sena. Choć naprawdę po zwiedzaniu „Muzeum Przyjaźni”, gdzie wystawione są tysiące prezentów dla Wodza, włącznie z pociągiem i samolotem, mało co już mnie zdziwi.

Od razu stają mi przed oczyma setki murali i plakatów, które widziałam w różnych miastach czy dzielnicach Pjongjangu. Wyryte w skałach cytaty z Wielkiego Wodza, pomalowane na krwistą czerwień, żeby podporządkować sobie naturę. Nawet rocznice odwiedzin są traktowane jakby było to największe święto.

Jednym istnienie Wodza uniemożliwia pożegnanie z matką, bohaterkę innego opowiadania pozornie uszczęśliwia, kiedy jest jej dane spotkać go twarzą w twarz. Jednak dla niej rozmowa z uśmiechniętym wodzem jest w rzeczywistości torturą. Wodzem o „potężnym ciele” (w kraju chudych ludzi!), który: „Był ubrany na srebrno, od butów po filcowy kapelusz, rzekłoby się, że otacza go aureola z mgły.”

Wszystko co związane jest z Kim Ir Senem, w KRLD uznawane jest za święte. Bohaterka, twardo stąpająca po ziemi kobieta, potrafi spojrzeć na niego chłodno, nawet gdy jej twarz udaje wzruszenie, a z ust padają wyuczone słowa podziwu. W tym czasie jej bliscy są tratowani w tłumie, czekającym na pociąg, ludzie nie mogą też podróżować drogami, bo Kim Ir Sen zablokował obie te arterie:

„kiedy widok z pociągu był przyjemniejszy niż ten z drogi, wsiadał do wagonu, jeśli nie – wolał jechać wzdłuż wybrzeża samochodem…”

Pani Oh nie może się opanować, gdy słyszy w wiadomościach puszczanych w zamontowanym w każdym domu głośników informację o „wybuchach śmiechu szczęśliwych ludzi”:

„Gdzie zniknęły wszystkie te okrzyki bólu, które poruszyły niebo i ziemię, skoro teraz rozlega się wszędzie wyłącznie szczęśliwy śmiech?

I już po wszystkim, kiedy wraca do domu, kiedy wiadomości opowiadają w kółko historię jej spotkania z wodzem, opowiada swojej wnuczce bajkę. Bajkę, która jest chyba jedną z najlepszych metafor, jakie słyszałam do tej pory na temat totalitarnych państw. Opowieść o pandemonium, o szalonym czarowniku, „któremu usługiwały tysiące ludzi”.

Każdy bohater widzi swoje życie w Korei Kimów trochę inaczej. Dla jednych to wieczna gra, to bycie „w dwudziestej trzeciej klasie szkoły teatralnej”, to wyuczone gesty, to płacz wtedy, kiedy trzeba płakać i podziw, gdy trzeba podziwiać. Pamiętam opowieści osób, które mieszkają tam dłużej i pamiętają śmierć Kim Dzong Ila: ponoć żałoba po Kim Ir Senie była sto razy bardziej intensywna, niczym koniec świata. Historie o zdzieraniu szat, o płaczu, o wyrywaniu włosów, o to, co będzie teraz, jak ułożyć sobie życie w nowym porządku, jak żyć?

Gdy tłumy płaczą za Wielkim Wodzem, nikt nie przejmuje się śmiercią dziewczyny, która wpadła w przepaść, zbierając kwiaty, żeby złożyć je później na ołtarzu. Nikogo z Partii nie obchodziło, skąd ludzie wezmą bukiety, choć wiedzieli, że wszystkie kwiaty zniknęły z miejskich rabat w ciągu kilku dni. Liczyły się pozory, liczyły się zdjęcia i filmy i legenda. Bo każda zbyt skromna wiązanka, każdy brak łez, mógł grozić tytułowym oskarżeniem. Bez prawa do obrony. Bo całą przeszłość twojego rodu i jego przyszłość może przekreślić jeden niedouczony gest.

Jeden z bohaterów wykrzykuje w pewnym momencie wysoko postawionemu w partii ojcu: „Na każdej scenie w końcu zawsze opada kurtyna.”

Gdy skończyłam czytać, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak wiele ryzykował Bandi, pisząc te opowiadania, jak wiele poświęcał, przekazując ten rękopis nieznanemu mężczyźnie i jak silnym musi być człowiekiem, jeśli postanowił zostać ze swoją rodziną na miejscu, żeby dalej pisać…

Oby miał rację. Oby kurtyna tego, co przyszło mi zobaczyć tylko przez chwilę, nareszcie opadła.


 

Mam tylko jedną uwagę – dlaczego nikt nie pofatygował się przetłumaczyć tych opowiadać bezpośrednio z koreańskiego? Zastanawiam się, jak brzmiałyby one, gdyby nie były tłumaczone z francuskiego, bo podejrzewam, że może to mieć wpływ na styl. Momentami gubiłam się w wątkach, ale jeśli choć trochę interesujecie się tematyką Korei Północnej, to sięgnijcie po „Oskarżenie” – nie zawiedziecie się 🙂

Moja ocena: 4/5
★★★★☆

Za udostępnienie książki dziękuję Wydawnictwo Czarna Owca.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *