Yamadera (山寺) – świątynia zasypana śniegiem

Mam słabość do etymologii. Do doszukiwania się głębszego znaczenia, zwłaszcza w języku japońskim („Srebrna Góra” czy „Góra Burz” to tylko niektóre z nich). Ale rzadko kiedy schowane za znakami kanji znaczenie jest tak oczywiste. „Górska świątynia” to idealne określenie tego, czym jest Yamadera. Świątynią na szczycie góry. Oprószoną odrobiną magii.

Chciałam odwiedzić Yamaderę już kilka lat temu, przy okazji kilku dni spędzonych w okolicy Haguro-san (羽黒山). Kombinowałam, liczyłam, przesuwałam palcem po mapie. Ale chyba już miałam dość świątyni i atmosfery pielgrzymek. Nadrobiłam to teraz, po rodzinnym weekendzie w Ginzan Onsen (銀山温泉). Było zimno, biało i ślisko.

Może o to chodziło? Żeby wybrać się tam z najbliższymi, poślizgać się na wąskiej ścieżce i zrobić setki zdjęć w śniegu? Odkrywać zasłonięte puchem kamienne twarze Jizō i doszukiwać się w ich grymasach głębszych znaczeń? Szukać skały, która zainspirowała Bashō do napisania jednego ze swoich najsłynniejszych haiku?

„Jaka cisza!
przez skałę przenika
głos cykady”

閑かさや岩にしみ入る蝉の声. Shizukasa ya iwa ni shimiiru semi no koe.

Dawno, dawno temu, wierzono, że ogromne skały są miejscem, gdzie spotykają się światy – niebo z ziemią, bogowie z ludźmi. Mnich Ennin (o którym pisałam więcej przy okazji wizyty w Matsushima), znany raczej pod swoim pośmiertnym imieniem, Jikaku Daishi (慈覺大師), zaczął ze swoimi uczniami wykuwać w skale schody w drugiej połowie XIX wieku.

Główna świątynia, Konpon-chūdō (根本中堂), w której znajduje się ośmiusetletnia postać Buddy, jest najważniejszym miejscem na Yamadera. Zniszczono ją, gdy przez Japonię przelała się fala bratobójczych walk w XVI wieku. Ale po obudowie, Yamadera tylko urosła w siłę 1400 koku (石) – ilości ryżu, która nakarmiłaby człowieka przez rok. To w koku w erze Edo określano wartość ziemi, na podstawie której nakładano później podatek. Yama-dera, a tak naprawdę Risshaku-ji (立石寺), była jedną z bogatszych świątyń w tamtych czasach. Mnisi spoglądali z góry na świat, świadomi swojej siły.

Tyle historii. Trasa na szczyt ma tysiąc stopni, co przy śniegu, zdecydowanie spowolniało marsz. Najbardziej w mojej pamięci wyryła się „hala starych kobiet”, Uba-dō (姥堂), w której można pomodlić się za stracone dziecko. Na samym środku siedzi Datsue-ba (奪衣婆), dosłownie „stara kobieta zdejmująca ubrania”. Według japońskiego folkloru siedzi ona zazwyczaj na brzegu japońskiego Styksu, rzeki Sanzu (三途の川 Sanzu-no-kawa).

Dlaczego akurat nad rzeką? Według wierzeń, każdy zmarły musi przekroczyć rzekę w drodze do zaświatów. Niestety, dzieci nie są w stanie tego zrobić, ponieważ nie zebrały odpowiedniej ilości życiowych doświadczeń. Zagubione dusze spotyka właśnie Datsue-ba, która zabiera im ubrania i każe usypać górkę żwiru, żeby móc przejść na drugą stronę. Gdy są coraz bliżej celu, razem z demonami z zaświatów psuje ich górkę, śmiejąc się w niebogłosy. Zagubionym duszom pomaga boddhisatva Jizō, którego figurki zdobią trasę na szczyt góry. Każdy krok ponad drewniane schronienie Datsue-ba jest krokiem z dala od piekła.

A na szczycie, po setkach niepewnych kroków i wciągania się po poręczy (godzinę później zjeżdżałam po niej w dół, żeby nie wybić sobie wszystkich zębów), ukazał mi się taki widok:

Mogłabym pisać i pisać – o śniegu, o widokach, o pokazywaniu Japonii moim bliskim (to najlepsza rzecz pod słońcem, serio). O tym, że ciągnie mnie na północ Japonii, żeby poszukiwać kolejnych kokeshi do kolekcji, żeby wspiąć się na kolejne szczyty. Tak jak mogłabym tak stać bez końca i patrzeć na malutką czerwoną Nokyō-dō (納経堂), przycupniętą na ogromnej skale, w której trzymane są święte sutry, na przysypane śniegiem nagrobki, na przylepione do drewnianych ścian wejściowej bramy senjafuda (千社札)…

Ale w podróżach chyba najbardziej lubię ludzi. Na trasie na szczyt Yamadera nie spotkałam ich wiele – większość poddawała się na śliskich stopniach jeszcze w sferze piekieł. Chciałabym wrócić kiedyś do Yamadera i móc zwiedzić zasypaną śniegiem część kompleksu, którą mogłam teraz tylko podziwiać z odległości. I spędzić więcej czasu na odkrywaniu małych sklepików i knajpek u podnóży świątyni.

To tu, w „Restauracji na Skale”, zjadłam najpyszniejszy posiłek całego pobytu w Tōhōku (choć w prefekturze Yamagata zawsze karmią wyjątkowo dobrze!). Wróciliśmy całą rodziną do niej po wspinaczce, żeby zjeść coś słodkiego, popatrzeć się na wylegujące za oknem w słońcu koty i posłuchać lekkiego szumu rzeki za oknem.

A potem, ogrzani, z zakwasami, które rodziły się w naszych nogach i z tysiącem zdjęć w komórkach i aparatach, wsiedliśmy w pociąg na malutkim drewnianym dworcu i pojechaliśmy dalej.

PS. Oprócz wspomnień przywiozłam ze sobą rzeźbioną drewnianą figurkę orła, otakapoppo (お鷹ぽっぽ). Pochwalę się nią za jakiś czas na tajfunowym Facebooku! Może chcecie poczytać coś więcej o tradycyjnych „zabawkach” z rejonu Tōhōku poza kokeshi?

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

  1. Agnieszka

    Kolejny piękny wpis na blogu 🙂
    Chciałabym kiedyś pięknego dnia znaleźć się w Japonii 🙂

  2. Ale piękny kotek 🙂

    czy możesz mi wytłumaczyć ten fragment w haiku

    しみ入る – czy shimiiru to dosłownie znaczy przenikać? Wiem, że ‚iru’ to wchodzić, ale nie rozumiem części ‚shimi’. Wrzuciłam w jisho i nie ma tego słowa, samo shimi nie daje mi satysfakcjonując wyników.

    Dziękuję bardzo.

    Agata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *