Osorezan (恐山) – u bram japońskiego piekła

Dotarcie na Osorezan jest nie lada wyzwaniem. Ale stojąc w oparach siarki, dotarło do mnie, dlaczego według buddyzmu to tu znajduje się granica między światem doczesnym i światem umarłych.

Półwysep Shimokita to jeden z najbardziej odległych i trudno dostępnych kawałków Japonii. Gdy tylko zobaczyłam, jak trudno tam dojechać, wiedziałam, że muszę wymyślić sposób, żeby się tam dostać i jeszcze zobaczyć tam kilka miejsc. Planowałam to na ostatnią chwilę, siedząc w przymuzealnej kawiarnii w Hachinohe i kombinując – jak? gdzie? kiedy? za ile?

Dojazd lokalnymi pociągami zajął mi niby dwie godziny, potem jeszcze kilkanaście minut pieszo do ukrytego blisko lasu B&B. Totalna cisza, spokój, wszędzie drzewa, jak w gęstej tajdze. Zatrzymałam się na dwie noce na skraju miasta Mutsu, które było kolejnym z tych, gdzie raczej straszą pustki niż zachęca życie. Niektóre walące się drewniane domy zostały ze mną na długo, ale pisałam o Japonii zapomnianej i wymierającej już wiele razy – np. przy okazji wizyty w Naruko (鳴子).

Udało mi się dogadać z właścicielem B&B, który zawiózł mnie z samego rana na szczyt góry Kamafuse (釜臥山), skąd zeszłam powoli w palącym słońcu w stronę położonej nad jeziorem Usori świątyni Bodai-ji (菩提寺)- jednego z najświętszych miejsc dla buddystów w całym kraju. Najpopularniejszą nazwą jest jednak Osorezan (恐山), dosłownie „Góra Strachu”, choć odnosi się do całego okolicznego pasma górskiego.

Świątynię założył (przynajmniej według oficjalnych podań) w 872 roku słynny mnich Ennin (圓仁), znany pośmiertnie jako Jikaku Daishi (慈覺大師). Ennin bynajmniej nie leniuchował – to jemu zawdzięczamy także świątynie Yamadera czy Matsushima. Świątynię na „Górze Strachu” także poświęcono opiekunom dusz, Jizō (地蔵).

Pamiętacie małą chatkę z postacią wiedźmy na Yamadera?

Według wierzeń, każdy zmarły musi przekroczyć rzekę w drodze do zaświatów. Niestety, dzieci nie są w stanie tego zrobić, ponieważ nie zebrały odpowiedniej ilości życiowych doświadczeń. Zagubione dusze spotyka właśnie Datsue-ba, która zabiera im ubrania i każe usypać górkę żwiru, żeby móc przejść na drugą stronę. Gdy są coraz bliżej celu, razem z demonami z zaświatów psuje ich górkę, śmiejąc się w niebogłosy. Zagubionym duszom pomaga boddhisatva Jizō, którego figurki zdobią trasę na szczyt góry. Każdy krok ponad drewniane schronienie Datsue-ba jest krokiem z dala od piekła.

Dzisiaj odwiedziłam japońskie piekło 👹

A post shared by W krainie tajfunów | Karolina (@wkrainietajfunow) on

W Bodai-ji Jizō przeprowadza dusze, zwłaszcza zmarłych dzieci, przez pachnącą z oddali siarką rzekę Sanzu (三途の川). Jej nazwa oznacza dosłownie „rzekę trzech przejść”. Które przejście jest dla nas? To wszystko zależy od tego, jakie mieliśmy życie. Dobre – możemy przejść mostem. Średnie? Spróbować przejść brodem. Złe? Musimy przejść przez wodę, narażając się na niebezpieczeństwo ze strony czyhających w niej demonów.

Świątynia znana jest także z obecności niewidomych medium itako (イタコ). Tradycyjnie są to niewidome kobiety, które przywołują dusze zmarłych i przekazują im wiadomości od bliskich.  Tradycja ta powoli umiera – w całej Japonii zostało już jedynie dwadzieścia z nich, a wszystkie mają powyżej czterdziestu lat. To ciekawa pozostałość z dawnych czasów, kiedy rodziny wysyłały swoje niewidome córki, często jeszcze jako dzieci, do świątyni, żeby pełniły rolę medium.

W drugiej połowie XIX wieku próbowano zabronić tej tradycji. Pod płaszczykiem „modernizacji”, zaczęto zakazywać wszystkiego, co kojarzyło się rządowi jako „zacofane”. Ale nie tak łatwo wykorzenić tradycję i pozbawić ludzi możliwości kontaktowania się ze zmarłymi przodkami, zwłaszcza gdy Japonia wyruszyła na wojenną ścieżkę i coraz więcej osób nie wiedziało, czy ich mężowie czy synowie, kiedykolwiek jeszcze wrócą do domu.

Itako znane są pod różnymi nazwami w zależności od regionu: np. w południowej części prefektury Akita nazywa się je ichiko (市子), na południu prefektur Iwate i Miyagi – ogamisama (男神様). Jednak większości Japończyków z niewidzialnymi medium kojarzy się głównie Osorezan. Pielgrzymi zjeżdżają się tu zwłaszcza w okolicy japońskiego święta zmarłych – Obon (お盆) – z nadzieją na kontakt ze zmarłymi i znalezienie ukojenia. 

We mnie z wizyty w Bodai-ji zostaną jednak setki małych figurek Jizō, często poprzypalanych miejscami od gorących oparów siarki. Stopione monety. Małe wiatraczki, wbite w wulkaniczne skały albo szary piasek, wirujące jak szalone na wietrze, który uderza w twarz siarkowym powietrzem. Cisza.

Setki, tysiące figurek. Każda z nich symbolizuje konkretne dziecko, ból konkretnej osoby, żałobę jakiejś rodziny. Zawiązują im dookoła szyj czerwone szaliczki, wkładają na głowy czapeczki, żeby przypadkiem nie było im zimno, żeby nie przewiało ich drobnych ciał. Zostawiają kwiaty i zabawki, które mokną później na deszczu. Nikt się nimi nie bawi.

Pozostają tylko słowa modlitwy: Namu amida butsu (南無阿弥陀仏). Chwała Amidzie Buddzie.

Karolina

autor:

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i piszę tutaj głównie o Azji Wschodniej. W wolnych chwilach czytam, gotuję wegańskie pyszności i próbuję wymyślić, jak choć trochę ulepszyć świat.

Komentarze

  1. Pierwszy raz o Osorezan usłyszałam w szczenięcych latach podczas seansu Króla Szamanów, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że to prawdziwe miejsce. Odwiedzająca je Anna była właśnie Itako, a twój wpis tłumaczy, dlaczego jej mentorka była niewidoma. Aż mi wstyd, że nigdy nie przyszło mi do głowy, że naprawdę coś takiego funkcjonuje. Dziękuję za ten wpis.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *