Aso (阿蘇) – powrót na Kjusiu, cz. 1

Byłam w Japonii już kilkanaście razy, ale nigdy nie podróżowałam po niej samochodem. Zazwyczaj rozkładam na czynniki pierwsze rozkłady lokalnych pociągów i autobusów, biegnę z plecakiem przez pustkę z nadzieją, że przystanek znajduje się w tamtą stronę. Tym razem koleżanka zaproponowała wypożyczenie samochodu. I nie wiadomo kiedy znalazłam się (w roli pasażera) w drodze ku wulkanowi Aso.

Im częściej jeżdżę do Japonii, tym coraz częściej mam wrażenie, że tak naprawdę nic w niej nie widziałam. Drżę na myśl o premierze książki, bo budzę się ze strachem, że tak naprawdę, to ja przecież o niej nic nie wiem! Nie byłam przecież jeszcze na Okinawie, w Tottori, w prefekturze Iwate… biorę wtedy głęboki oddech, bo tylko tyle mogę zrobić. No i układam kolejne podróże do kolejnych miejsc, bo Japonia w mojej głowie nie ma końca.

Kjusiu odwiedziłam po raz pierwszy latem, kiedy zbierałam materiał do jednego z ostatnich rozdziałów książki. Znalezienie bohaterki zajęło mi parę dobrych tygodni, a gdy się już udało, okazało się, że mieszka ona w Kumamoto. Choć byłam wtedy w Tokio, nie mogłam sobie pozwolić na szybki wyjazd do Kumamoto (dwie godziny samolotem w jedną stronę), więc obiecałam sobie, że załatwię to przy kolejnej okazji. I to właśnie w lipcu, w indyjskiej knajpie, poznałam M., z którą pół roku później zjechałam Kjusiu.

Kumamoto dość mocno ucierpiało podczas trzęsienia ziemi sprzed roku – do tej pory nietrudno o widok ruin, schowanych czasami za prześwitującym lekko rusztowaniem. Zamek, symbol miasta, pozostanie zamknięty jeszcze przez lata, a miasto pewnie przez długi czas nie wygrzebie się jeszcze z ogromnych kosztów, które musi ponieść w związku z naprawą setek budynków.

Symbolem starań mieszkańców jest Kumamon – czarny miś z diżym czerwonym serduchem. Nie bez powodu: 熊 (kuma) w nazwie miasta to właśnie niedźwiedź. Kumamon reklamuje tutaj dosłownie wszystko. Znany jest w całej Japonii i zachęca ludzi z różnych rejonów kraju do odwiedzeniaKumamoto i wsparcia ich budżetu, aby można było kontynuować kosztowną odbudowę. Na plakatach napisy: „Ganbarō Kyūshū”, „Powodzenia Kyushu”!

Rok temu w kwietniu Kumamoto nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Gdy patrzę na zdjęcia "tuż po", to nie mogę się nadziwić, że tak sprawnie poszło im uprzątnięcie tego chaosu. Sporo budynków w mieście jest nadal w remoncie, w tym słynny zamek, który niestety będzie zamknięty jeszcze przez co najmniej kilka lat, patrząc na skalę zniszczeń murów. Symbolem starań mieszkańców jest Kumamon – czarny miś z diżym czerwonym serduchem. Nie bez powodu: 熊 (kuma) w nazwie miasta to właśnie niedźwiedź. Kumamon reklamuje tutaj dosłownie wszystko. Znany jest w całej Japonii i zachęca ludzi z różnych rejonów kraju do odwiedzenia Kumamoto i wsparcia ich budżetu, aby można było kontynuować kosztowną odbudowę. Na plakatach napisy: "Ganbarō Kyūshū", "Powodzenia Kyushu"! ʕ•ᴥ•ʔ

A post shared by Karolina Bednarz (@wkrainietajfunow) on

Trzęsienie uszkodziło też trasy w stronę czuwającego nad miastem wulkanu Aso. Część dróg została zamknięta, wiele jest w remoncie. Między Kumamoto a Beppu jeździł kiedyś pociąg, ale tory nadal nie nadają się do przejazdu, zwłaszcza w okolicach wulkanu.

Półtora roku później. Ganbare Kumamoto!

A post shared by Karolina Bednarz (@wkrainietajfunow) on

Mimo tych wszystkich przeszkód, można wędrować po szlakach w okolicy wulkanu (choć nie w promieniu kilometra czy dwóch dookoła samego krateru). Nieużywana stacja linowa, która kiedyś zawoziła spragnionych widoków turystów na sam szczyt, teraz rdzewieje. Nie oznacza to jednak, że w jej okolicy nie ma ludzi. Z trzeszczących głośników leci muzyka i reklama lodów ze świeżego mleka, a tuż obok wiatr świszcze przez powalone kawałki starej świątynki.

Na północnym zboczu wulkanu znajduje się miasteczko o tej samej nazwie. Okolica świątyni Aso to stare uliczki pełne sklepików ze wszystkim i niczym: z zegarami, z tofu, z roślinami. Uwielbiam takie klimaty – kojarzą mi się z podróżami po Tohoku – ale wiem, że nigdy nie mogłabym w takim miejscu mieszkać. Więc oglądam, spaceruję, obserwuję.

Świątynia Aso także ucierpiała podczas trzęsienia – zawaliła się brama rōmon (楼門) i jeden z głównych świątynnych budynków. Ruiny zostały zasłonięte, ale w głębi duszy miałam nadzieję, że uda mi się zobaczyć budynki w gruzach. Mam w sobie trudną do opisania fascynację ruinami.

Przed trzęsieniem brama rōmon była jedną z trzech największych bram świątynnych w całym kraju. Teraz jej remont zajmie pewnie dobrych parę lat. Nie przeszkadzało to rodzinom w świętowaniu shichi-go-san (七五三), dosłownie „siedem-pięć-trzy”: rytuału przejścia dla dziewczynek w wieku 3 i 7 lat i chłopców w wieku 3 i 5. Ubrane w odświętne małe kimona, niektóre z nich w pełnym makijażu, pozowały do zdjęć z poważnymi minami, jakby były modelkami w Vogue, a nie po prostu dziećmi. Tylko jedna z nich stroiła miny do obiektywu, więc musiałam uwidocznić całą scenę także na swoim aparacie.

Wyspa Kjusiu wielu wydaje się odległą prowincją, niewiele znaczącą wyspą – zwłaszcza Tokijczykom, którzy wpadają tu na chwilę wymoczyć się w Beppu albo opić herbaty w Kagoshimie. Świątynia w Aso powstała jednak jeszcze przed wstąpieniem na tron pierwszego legendarnego cesarza Japonii – Jinmu (神武), czyli kilkaset lat przed naszą erą. Oczywiście nie miała wtedy takiej formy, jak dziś – nie wiadomo też do końca, gdzie się znajdowała, bo często ją przenoszono. Wulkan Aso czczono jednak od początków japońskiej państwowości.

Budynki, które znajdują się teraz w świątyni pochodzą z pierwszej połowy XIX wieku. Przed Restauracją Meiji w 1868 roku i powstaniem nowego systemu prefektur, Aso jinja była główną świątynią, ichinomiya (一宮) w prowincji Higo (肥後). Dziś jest jedną z najważniejszych świątyń szintoistycznych w prefekturze Kumamoto.

Świątynia poświęcona jest Aso-no-Ōkami – kami Aso – znany także jako Tateiwatatsu-no-Mikoto, czyli wnuk cesarza Jinmu. Dawniej modlono się do niego głównie o wyznaczanie drogi; dzisiaj prosi się go o ochronę przed wypadkami drogowymi czy egzorcyzmami, ale także (klasycznie) o dobre zamążpójście i sukcesy w nauce.

http://www.explore-kumamoto.com/hifuri-shinji-festival

Co roku na terenie świątyni odbywa się festiwal ognia, który bardzo chciałabym zobaczyć, zwany Hifuri Shinji (火振り神事). Wygląda groźnie, lecz sił w rytuale może spróbować ponoć każdy: polega on na kręceniu dookoła siebie zapalonej liny (!). Nie dość, że wygląda to niesamowicie, to jeszcze ma zapewnić dobre zbiory ryżu. Win-win. 

Świątynia Aso znajduje się w samym centrum kaldery wulkanu – która jest przy okazji największą kalderą na świecie (!). O różnych miejscach do wędrowania w rejonie wulkanu i podziwiania widoków napiszę niebawem. A na razie zostawiam Was z pytaniem – kto z Was skusiłby się na kręcenie zapaloną liną?

Categories Podróże Religie
Karolina

Cześć! Mam na imię Karolina. Jestem absolwentką japonistyki na Oxfordzie i autorką książki "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet" (Wydawnictwo Czarne). Na blogu piszę głównie o Azji Wschodniej - zwłaszcza w kontekście podróży. Prowadzę też Tajfunowy Klub Książkowy, grupę na FB, gdzie rozmawiamy o japońskiej literaturze pięknej.

2 comments on “Aso (阿蘇) – powrót na Kjusiu, cz. 1

  1. Cudownie czyta się Twoje teksty. Przepiękne zdjęcia. Pozazdrościć tylko.

  2. Japonia to moje wielkie marzenie! Może w ciągu najbliższych 2-3 lat w końcu uda mi się spełnić to marzenie. Póki co karmię się takimi tekstami i zdjęciami 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *